• Wojciech Plewiński

    Opublikowany Wrzesień 1, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

     

    Poznałem Annę i Jerzego Turowiczów, gdy zacząłem się zalecać do Joanny Wolskiej. W lipcu 1953 roku pobraliśmy się i wtedy wprowadziłem się do wynajmowanego przez Joannę pokoju w mieszkaniu Turowiczów przy Lenartowicza. Udało jej się znaleźć to lokum dzięki mamie, Annie z Sozańskich Wolskiej – spowinowaconej z Anną Turowiczową[1] – która sprowadziła się z dziećmi do rodzinnego dworu Anny w Goszycach pod Krakowem na początku wojny, gdy uciekała przed bolszewikami z majątku Perepelniki, położonego kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Lwowa.

    Przyjęcie po naszym ślubie odbyło się na Lenartowicza. Tam urodził się nasz syn, Maciej, i wtedy przerzucono nas do pokoju znajdującego się tuż przy drzwiach wejściowych. Mieszkaliśmy u Turowiczów do 1964 roku; nasz pokój wynajął chwilę później ks. Adam Boniecki.

    ***

    Personą, wokół której na Lenartowicza kręciło się wiele spraw, była pani Kernowa, czyli Zofia z Zawiszów, primo voto Gąsiorowska, secundo voto Kernowa (1889–1971), matka Anny Turowiczowej, zwana Ciociuniasią. Jej wizyty były wizytami znaczącymi, bo zawsze kończyły się jakimiś rodzinnymi burzami, które wybuchały z racji różnicy temperamentów – ciocia Kernowa była niezwykle apodyktyczna i zawsze wiedziała lepiej, wygłaszając jedynie słuszne poglądy na wszystko: tak sprawy domowe, jak polityczno-światopoglądowe. Zawsze miała wyrobione zdanie i chętnie dzieliła się wiedzą, jak należy ten świat uporządkować. Ciocia Kernowa lubiła przychodzić, np. trzy dni z rzędu. Pierwsze pół dnia było miło, ale na trzeci dzień to już właściwie na noże szło, bo nie dało się wytrzymać. Jerzy robił tutaj raczej uniki, nie był konfrontacyjną osobą i nie prowadził dyskusji z teściową.

    Zawiszanka intrygowała mnie ze względu na swoją legionową przeszłość. Sam miałem taki „przypadek” w rodzinie, bo siostra mojego ojca (a jednocześnie moja matka chrzestna) przebrała się za chłopaka, by służyć w legionach Piłsudskiego, a ciocia Kernowa była obłędną wprost patriotką, wielbicielką Marszałka i całego tamtego czasu. A poza tym pisała książki i artykuły, była niezwykle religijna – na swój sposób rzecz jasna: emocjonalno-patriotyczny, w stylu: „Boże, coś Polskę”. Wszystko musiało się rozgrywać przy „łopocie sztandarów”, z niesamowitą emfazą. Trudno się dziwić, że Turowiczowie mijali się z Ciociuniasią mentalnie.

    Poznałem kiedyś pana Wilamowskiego z Brończyc, położonych niedaleko Goszyc, który lubił i szanował pana Romualda Kerna, znał też panią Kernową. Pan Wilamowski pamięta, że jako młody chłopak widział ją przemawiającą z wozu w Słomnikach na jakimś jarmarku. To był czas, kiedy „zaczynała się Polska”. Komuś to wystąpienie było widać nie w smak, bo do wozu, na którym stała, zaprzęgli konie i wyjechali z nią. Było to zabawne, ale i tragiczne równocześnie.

    Ciocia Kernowa zaimponowała mi, gdy kupiłem jakieś stare strzelby, i usłyszałem od niej: „O, widzę, że interesujesz się bronią! A wiesz Wojtku, że byłam wykładowczynią na kursach Polskiej Organizacji Wojskowej? Jeździłam i szkoliłam młodych chłopców na temat broni. Wszystko o niej wiem: jakie były konstrukcje, kiedy pojawiła się broń kapiszonowa, kiedy skałkowa, jakie są systemy pistoletów i karabinów – wszystko to musiałam umieć i instruować tych chłopaków”. I to tak padło ni z tego, ni z owego – zupełnie nie pasowało mi to do tej postaci: przygarbionej, szarej, kuśtykającej, z chlebakiem przez plecy, siwej, w okularach. Teraz, widząc twarz Władysława Bartoszewskiego, przypomina mi się ciocia Kernowa…

    Bywało, że bolał ją kręgosłup. Wtedy, niezależnie od tego gdzie była – czy u siebie w mieszkaniu na Olszy, czy na Lenartowicza, czy u Szczepańskich na Helclów – kładła się na podłodze, najlepiej pod stołem, oczywiście przy zgaszonym świetle, by było oszczędniej. Potem podnosiły się jakieś straszne krzyki, gdy ktoś nadepnął na babcię albo podtknął się w ciemnościach o wystające spod stołu nogi.

    Jej mąż, Romuald Kern (1881–1955), był sympatycznym, łagodnym, dowcipnym – z cicha pęk – panem. Przeciwieństwo dynamiki tkwiącej w cioci Kernowej. Chodził w wysokich butach i bryczesach, takie panicho… Sylwetka zupełnie nie pasująca do ówczesnego, powojennego otoczenia.

    Przypominam to wszystko, ale zdaję sobie sprawę, że niewiele można dodać do opisu tych dwu postaci po napisaniu przez Jana Józefa Szczepańskiego wspaniałego opowiadania „Trzy czerwone róże”.

    ***

    Przez dom na Lenartowicza przewijało się mnóstwo ludzi. To był właściwie normalny kołchoz! Poza naszą trójką, mieszkali tam Turowiczowie z trzema córkami. Potem pojawił się mąż i syn Elżbiety, najstarszy wnuk Turowiczów – Łukasz Jogałła. A wcześniej bywały jeszcze koleżanki ich córek, Elżbiety i Magdaleny, ze szkoły niepokalanek w Szymanowie, m.in. Beata Tyszkiewicz. Przez jakiś czas mieszkała na Lenartowicza także Dunka Micińska, nim wyprowadziła się do mieszkania przy Alei Słowackiego. Naprawdę nie wiem, jak myśmy się tam wszyscy mieścili!

    Te tłumy były jednak ważne, tak jak i silne więzy, na jakich ten dom się opierał. Właściwie nie mieliśmy przed sobą tajemnic – ani w sferze zawodowej, ani personalno-towarzyskiej. Nigdy jednak nie wynoszono niczego na zewnątrz.

    Wtedy wszyscy namiętnie palili, a że ja nie paliłem, więc zamykałem drzwi od naszego pokoju i otwierałem okno. Staraliśmy się z Joanną nie brać zbyt intensywnego udziału w życiu tego domu. W dużej mierze byliśmy lokatorami mieszkającymi pod jednym dachem z gospodarzami. Nie mieszaliśmy się do tego życia, bo między nami była jednak dość duża różnica pokoleniowa – Jerzy był przecież starszy ode mnie o szesnaście lat. I związki były raczej domowo-kuchenne, niż intelektualne.

    Jeśliby popatrzeć na ten układ oczami Jerzego, to wyglądało to tak, że ma on jakichś ludzi pod bokiem, takie młodsze gniazdo, ale intelektualnie nie mógł chyba odczuwać z nami jakiejkolwiek więzi. Czasami nawet zdawało mi się, że on mnie kiepsko trawi. Wzruszają mnie więc teraz listy pisane do Anny przez Jerzego (które pokazuje mi ich najstarsza córka, Elżbieta), w których Jerzy, wydawałoby się obojętny na nasze sprawy i pochłonięty ważniejszymi kwestiami, opisuje, co się wydarzyło u sublokatorów. Do głowy by mi nie przyszło, że Jerzy zniża się do tych naszych problemów! Tymczasem on wszystko widział, interesował się tym, nawet przejmował, tylko nie dawał tego po sobie poznać.

    Myśmy się czuli tacy rozbici po wojnie… Byłem człowiekiem dość samotnym rodzinnie. Mój ojciec, Witold Plewiński, zginął w 1954 roku, był zresztą dużo starszy ode mnie i nie było między nami specjalnej więzi, prócz emocjonalnej. Mama, Zofia z Malkiewiczów Plewińska, też była starszą osobą. Chyba szukałem wówczas w Jerzym mentora – kogoś, kto mógłby być mi przydatny, gdy miałem jakiś problem i nie miałem kogo zapytać o radę. Czasami to robiłem, ale potem zrezygnowałem, bo on nie dawał mi jednoznacznych odpowiedzi: ani w prawo, ani w lewo – Jerzy tylko słuchał, a potem mówił: „Zrób, jak uważasz”. Miałem większe oczekiwania, ale on w mądrości swojej tak to widział. Może nie znosił udzielania dobrych rad? Pamiętam jednak te własne zmogi wewnętrzne, z których na końcu niewiele wynikało.

    Jerzy był miły, wesoły, dowcipny, ale ogromnie mnie peszył, miałem do niego duży dystans. To brało się nie tylko z jego wiedzy, wieku czy sprawowanej funkcji, ale postawy: zdecydowanej i określonej. Było w moim myśleniu trochę takiego przekonania: „Gdzie mi do niego?”. Myślałem: „On jest wysublimowanym intelektualistą, wszystkie wie i wszystko czyta, a ja? A ja jestem od nurkowania” (bo wtedy bardzo intensywnie zajmowałem się tą dziedziną sportu). Byłem jednak na tyle wrażliwy czy chłonny, że intuicyjnie wyczuwałem, że to jest ważny człowiek, dawałem się mu formować i pozostawałem pod jego wpływem, pozwalając wejść jego ideom w swoją krew i zmienić myślenie.

    Wyszedłem przecież z innego domu, odebrałem, w sensie polityczno-ideologicznym, odmienne wychowanie – endeckie. Było to nieuniknione, bo warstwa ziemiańsko-ułańska, do której należała moja rodzina ze strony ojca, była niewątpliwie antysemicka. Oni tego nawet nie czuli, tak było to dla nich normalne. Na szczęcie inaczej było z rodziną ze strony mamy: pochodziła z Kresów, z Mińska Litewskiego. Pradziad, dr Donat Malkiewicz, i dziadek mój, dr Jan Malkiewicz (którego znałem i bardzo ceniłem) byli ludźmi otwartymi (obaj byli lekarzami). Dziadek był społecznikiem, ukształtowanym w tradycji wielonarodowej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Mówił po białorusku, rosyjsku, niemiecku, francusku i w jidisz, bo tak wynikało z wykształcenia i potrzeb w kontaktach z pacjentami. Choć jednak endecko-antysemickie poglądy Plewińskich potwornie mnie wkurzały, poradziłem sobie z nimi dopiero dzięki Jerzemu, czytając to, co pisze, próbując rozmawiać. Pewne sprawy komentowało się właściwie na okrągło i w kuchni, i w łazience, tym bardziej, że w tym kołchozie trudno było nie stykać się ze sobą właściwie bez przerwy.

    To, o czym mówię, to jest taka sprawa między nami. On nie musiał tego wiedzieć, ale im dłużej żyję, tym silniej to sobie uświadamiam: ile w tej mojej rodzinnej warstwie było niechęci wobec innych, ksenofobii, ciasnoty intelektualnej, najgorszej parafiańszczyzny. A Jerzy był światły, niezwykle wyczulony na wszystkie takie odruchy, które po prostu nazywał podłością, wściekając się, że ludzie coś takiego mogą w sobie akceptować. Byłem gotowy wewnętrznie na to otwarcie oczu. Od lat nosiłem w sobie przekonanie, że przez to, iż starsi ludzie, uważani za światłych, mają takie zapatrywania, nie stają się one przez to lepsze. Problem mnie mierził i miałem już za sobą jakieś dyskusje akademickie na ten temat, ale to Jerzy upewnił mnie w moich intuicjach, klarownie, w paru zdaniach, przedstawiając swój punkt widzenia.

    ***

    Dziwiłem się nieraz, jak Jerzy wytrzymywał tak intensywny tryb życia. Kładł się między drugą a trzecią w nocy; spał mnie więcej do dziesiątej przed południem. Około jedenastej pan Kazimierz Jedynak stał już z redakcyjną warszawą pod kamienicą. Jerzy palił papierosy extra mocne i gauloisy – nie były to wytworne papierosy, ale wśród intelektualistów panowała wówczas taka moda. Z pudełek po nich wycinał szare tekturki, które zapełniał drobnym maczkiem – „rozkładem jazdy” na cały dzień. Dzięki temu panował nad wszystkimi sprawami – i poważnymi, i błahymi – to porządkowało mu pracę i myślenie. Jerzy wracał z redakcji około trzeciej–czwartej po południu.

    Ciężki był czas po przejęciu „Tygodnika” przez PAX, kiedy Jerzy został bez pracy. Co nie znaczy, że nie miał czym się zająć: porządkował bibliotekę i różne „Tygodnikowe” papiery, masę czytał, pisał listy, robił tłumaczenia. Problem w tym, że to nie przynosiło dochodów (albo niewielkie), a trzeba było za coś żyć. Coś od czasu do czasu kapało. Ni z tego, ni z owego przychodziły jakieś pieniądze z zagranicy od rodziny, czasami bezinteresowni ludzie wspomagali Jerzego i jego rodzinę, ale ogólnie była bida. Problemów finansowych jednak nie eksponowano.

    Joanna i ja też otrzymywaliśmy czasem paczki z zagranicy, z Londynu, od Joanny ciotek: Beaty Obertyńskiej i Leli Pawlikowskiej. Ważne to były chwile, bo w sklepach nie było wówczas zbyt wiele. Co było największym prezentem? Płyn do zmywania! Rewelacja: parę kropel i znikał tłuszcz! Przy okazji wspomnę, że obowiązkiem Jerzego w tamtych czasach było zmywanie. Córki robiły to niechętnie. Anna z wielkim rozmachem, zalewając całą kuchnię i obijając wszystkie naczynia. Jerzy natomiast oddawał się myciu fachowo i metodycznie: spokojnym gestem, z papierosem w kąciku ust, manipulował przy zlewie z taką falistą, wysoką czupryną, w fartuchu w niebiesko-białe paski. Zlewozmywak był prymitywny – metalowa misa przymocowana do ściany na końcu kuchennego blatu, na którym zawsze był nieprawdopodobny bałagan.

    Jedzenie było niewyszukane. To zresztą w ogóle nie był „temat” – jedzenie. Poza tym byliśmy zwierzętami stołówkowymi. Jadało się przy biurze architektów, u literatów przy Krupniczej, u dziennikarzy „Pod Gruszką” – tak było najwygodniej, a jedzenie było raczej niedrogie i do zniesienia, bo były aż dwa dania do wyboru. Pamiętam sporo takich nor, z których śmierdziało kapuchą i zasmażką, oraz stołówkowiczów czekających na miejsce, z kciukami w zupie. Wtedy nauczyłem się jeść błyskawicznie.

    Posiłki w domu przy Lenartowicza to też nie była celebracja, jadało się raczej pokątnie, na ogół w kuchni. Nie mogły to być „zasiadane” obiady, bo nie było przy czym zasiąść. W gabinecie Jerzego stół był biurkiem do pracy, w dużym pokoju podobnie, trzeci pokój był sypialnią. Jeszcze kiedyś stały w tych pokojach łóżka dziewczynek, potem dopiero wszystko się zagraciło.

    Właściwie od tamtej pory nie mam biblioteki, bo zaszczepiłem się przeciwko gromadzeniu książek, obserwując zarastanie domu przy Lenartowicza, gdzie po pewnym czasie istniały tylko ścieżki między książkami, gazetami i papierami. Nie wiem, jak to wytrzymały te drewniane stropy. Do tej pory jawią mi się grzbiety książek, bo w naszym pokoju też były książki Jerzego – te, których już nie potrzebował, ale nie miał serca wyrzucić (w pewnym momencie odgrodziliśmy szafą część pokoju wyłącznie dla siebie) – i zasypiając miałem je zawsze przed oczami. Była to też jednak duża wygoda – o cokolwiek bym Jerzego zapytał (głównie dotyczyło to literatury faktu czy historii sztuki, ale też nowości), prosząc o wypożyczenie, podchodził do półki, ściągał co trzeba i mówił: „Proszę bardzo”. Cała historia sztuki była właściwie w zasięgu ręki. Albumy z wydawnictwa Skiry oglądaliśmy prawie na klęczkach. Do tej pory mam malutkie albumy przez niego podarowane. A poza tym w ciągłym obiegu były kryminały albo po francusku, albo po polsku.

    Jerzy był człowiekiem-instytucją także w tym sensie, że jeśli gdzieś wyłapałem nazwisko z dziedziny sztuki, polityki, literatury czy nawet ekonomii, szedłem do niego, jak do internetu w tej chwili. Był niezawodny. Mówiąc o tych ludziach, dawał od razu szerszą otoczkę: skąd się wywodzili, z kim byli powiązani, co robili etc. Odnosiłem wrażenie, że np. dwudziestolecie międzywojenne to właściwie przedłużenie współczesnego Jerzemu świata. Wszystko, co dotyczyło tamtego czasu miał w małym palcu, żył tym. Można było z tej wiedzy czerpać garściami… Oczywiście za mało z tego korzystałem. Mimo wszystko wspaniale się żyje w domu, który jest kopalnią wiedzy i książek.

    Na swój sposób Jerzy Turowicz był niezwykle wydajnym mechanizmem, jeżeli można tak człowieka nazwać: zorganizowanym, elastycznym, mądrym, przewidującym. Był właściwie „materiałem” na redaktora naczelnego – umiał to środowisko cementować i prowadzić, ale samym sobą, nie zamordystycznie. Taki był Turowicz, ale też Jaś Szczepański – wyważony, niezwykle prawy, świetnie pisał. I jeszcze ta klarowność przeszłości… To byli ludzie, którzy coś znaczyli, przynajmniej dla mnie. Byli też na pewno kimś takim dla pokolenia młodszego. To jest właściwie niespłacona i chyba nieświadoma z ich strony zasługa. Oni przecież nikogo nie przekonywali, po prostu byli i dawali świadectwo takie, jak należy. I to się liczyło.

    ***

    W sierpniu 1956 roku pojechaliśmy z Jerzym na spływ kajakowy po jeziorach mazurskich: ja z żoną i Jerzy z córką Joanną. Jerzy był milczący i czytający, trudno było powiedzieć, czy on w ogóle ma z tego jakąś radość. Miałem wrażenie, że on właściwie zniża się do nas, do tego naszego rozentuzjazmowania wodą i kajakami. Był tam jakby wmontowany; to nie był jego świat, co było wyraźnie widać. Trudno by Jerzy, np. chodził zbierać drzewo. On był rebe, nie wypadało zawracać mu głowy takimi drobiazgami.

    Przypuszczam, że fizycznie był bardzo sprawny, ale nie korzystał z tego i nie pasjonował się sportem czy turystyką. Inaczej niż Szczepański czy Krzysztof Kozłowski, nie wspinał się ani nie chodził po górach, choć wówczas takie aktywności – dodając jeszcze do tego nurkowanie i żeglarstwo – było wcale udaną ucieczką od rzeczywistości. Mieliśmy naprawdę masę pomysłów, by się urwać i nie dać. Jerzy „urywał się”, biorąc książkę do ręki.

    Na tych wakacjach Joanna, środkowa córka Jerzego, kończyła 15 lat. Unosiła się nad nią aura nadzwyczajności, „wydarzenia” – zapowiadała się obiecująco intelektualnie, szybko zaczęła tłumaczyć i już wówczas była bardzo ładna. Robiłem jej tam zdjęcia i utkwiło mi w głowie, że sądząc z metryki jest podlotkiem, a na zdjęciach wyglądała jak zupełnie dojrzała kobieta.

    Nie widziało się, by Jerzy angażował się w zabiegi wychowawcze. Miał jednak u córek ogromny autorytet. Gdy pojawiały się jakieś problemy w ich życiu osobistym, wewnętrznie cicho cierpiał. Jednak nawet w najgorszych momentach nie było w domu atmosfery podniesionych głosów.

    Jerzy był czuły na wdzięk kobiet. Widać to po zdjęciach, np. gdy pozuje Ance Bohdziewicz ma zupełnie inną twarz – promienieje. Inaczej bywał raczej chmurny. Nie że nieprzyjazny, bo niby dlaczego? Ale właściwie zamknięty. Koleżanki dziewczyn, choćby wspomniane Dunka Micińska i Beata Tyszkiewicz, uwielbiały Jerzego i wszystkie zwracały się do niego: „tato”. Upojnie i nieustająco z nimi tańczył, gdy co jakiś czas po mieszkaniach organizowano imprezy taneczne. Miał w sobie ciepło i moc, choć mnie zawsze jawił się jako człowiek zamknięty i zrównoważony. Wiele rzeczy potrafił przemilczeć (choć w wielu sprawach, nawet kiedy milczał można było wywnioskować, co o nich sądzi), więc może to ja sobie stworzyłem taki jego obraz, bo byłem przekonany, że mu przeszkadzamy mieszkając tam? Faktem jednak jest, że korzystałem z obecności ładnych dziewczyn w domu, szukając „kociaków” na kolejne okładki „Przekroju”. I Beata, i Dunka, i Elżbieta stały się „dziewczynami z okładki”.

    ***

    Proszę sobie wyobrazić, że choć tak mnie fascynowała Zofia Kernowa, nie mam jej portretu. Tak jak nie mam zbyt wielu domowych zdjęć Jerzego, choć mogłem zrobić ich setki (nawet ze wspomnianego tutaj zmywania). To nie był jednak czas na myślenie o tym, nie bardzo wypadało mi też łazić z aparatem fotograficznym po domu. Poza tym, to były towarzyskie spotkania i niezręcznie było, niczym paparazzi, wyciągać nagle aparat. No i atmosfera polityczna była nieznośna, co też przeszkadzało w swobodnym robieniu zdjęć.

    Mam w głowie masę nie utrwalonych obrazów, choćby jak Jerzy siedzi przy biurku, ale też jego gości czy przyjaciół: Kisiela, Jasia Szczepańskiego, Mrożka, Cata-Mackiewicza. To samo mam z moim wieloletnim szefem, czyli Marianem Eilem – widzę go jak siedzi ww wsuwanych ohydnych kapciach, w fotelu pod światłem, na cotygodniowych zebraniach redakcyjnych. Z fotela zwisały sprężyny i włosie. Mędził tak, papierosy palił. Wystarczyło wyciągnąć aparat i fotografować. Czasami ogarnia mnie wściekłość, że tyle materiału przepuściłem z powodu własnej niedojrzałości, wkładając sporo fatygi w zdjęcia, które na to nie zasługiwały. Choćby kociaki. Przykre to nie było, ale pochłaniało masę czasu.

    Od czasu do czasu robiłem zdjęcia dla „Tygodnika”, ale kiedy Eile zangażował mnie do „Przekroju”, poszedłem inną drogą. W 1957 roku pojechałem jednak, razem z reporterem Maciejem Malickim, na polecenie Antoniego Gołubiewa na objazd Ziem Zachodnich: od Nysy przez Zgorzelec aż do Ustki. Gołubiew wyobrażał chyba sobie materiał optymistyczny, jak Polacy zasiedlają ziemie, wykorzystują pozostawiony niemiecki potencjał na rzecz kraju i społeczeństwa. Tymczasem w reportażu wyszedł nie ład i dobrobyt, tylko straszliwe spustoszenia dokonane na Ziemiach Zachodnich przez osadników i poczucie tymczasowość, bo większość liczyła się z rychłym powrotem na Kresy. Poszły trzy odcinki materiału z paroma utłamszonymi zdjęciami, bo to nie była bomba – nie tak miało to wyglądać…

    Poza tym miałem w redakcji teczkę i kiedy trzeba było dostarczałem zdjęcia, m.in. ukazał się duży materiał po obchodach milenijnych Kościoła w 1966 roku. Zawsze byłem angażowany forograficznie przy okazji wizyt papieskich. Zdjęcia zacząłem zresztą przynosić do Jerzego jeszcze gdy pracowałem w pracowni konserwacji zabytków i dużo kręciłem się po Polsce. Kiedy wydawało mi się, że coś może ich zainteresować, pokazywałem.

    Wiem, że Jerzy robił zdjęcia, kiedyś nawet sprzedałem mu aparat – praktikę. Nie interesował się jednak fotografią tak, jak np. poezją czy historią sztuki.

    ***

    Kiedy usiłuję sobie przypomnieć atmosferę domu przy Lenartowicza wydaje mi się, jakby I wojna światowa była właściwie tuż za plecami, świeżo w pamięci. Opowieści o tym, że żona Jerzego, mała Anna Gąsiorowska, przesiadywała na kolanach Józefa Piłsudskiego, który trzymał ją do chrztu, była dla mnie istotna i bliska. Na dokładkę Zofia Kernowa jeździła do Goszyc, przymusowo opuszczonych przez rodzinę po przeprowadzeniu reformy rolnej, w lutym 1945 roku. Anna nie chciała jeździć do Goszyc ani patrzeć na to, co się stało z jej domem. Nie lubiła też rozmów o Goszycach. To była rana niesłychanie bolesna, że wyrzucono ją z domu, że jej go zabrano. Tego tematu się unikało, by nie rozdrapywać ran, nie roztkliwiać się, bo przecież w niczym by to nie pomogło. Trudno, stało się, taka historia.

    Gdy się wyprowadziliśmy z Joanną, kontakty z Turowiczami stały się bardziej towarzyskie, ale pamiętałem o tym, by składać Turowiczom i Szczepańskim życzenia świąteczne, telefonicznie albo osobiście, zawsze te dwa słowa się wówczas zamieniało. Nawet ustaliła się taka tradycja, że przed Bożym Narodzeniem zanosiłem do obu domów zająca albo bażanta (od kilkudziesięciu lat jestem myśliwym). Obie rodziny zachowały przynajmniej niektóre zwyczaje ziemiańskie, więc wiedziano, co z tym robić, by mogło znaleźć się na stole.

    Do ich śmierci do nich dzwoniłem, a odchodzili po kolei, wedle starszeństwa: Jerzy Turowicz, Anna, Jaś Szczepański, Danuta… Bezpośrednich kontaktów było już jednak mało, żyliśmy w zupełnie innych światach.

    Kraków, 20 lipca 2009 r.

    WOJCIECH PLEWIŃSKI (ur. w 1928 roku w Warszawie) jest z wykształcenia architektem (studiował też rzeźbę na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie). Po studiach pracował w Pracowniach Konserwacji Zabytków w Krakowie. Od 1953 roku zajmuje się fotografią. Portrecista, reportażysta, twórca aktów. Dokumentował 700 spektakli teatrów: Rapsodycznego, Starego, Słowackiego w Krakowie, im. Witkacego w Zakopanem; jako fotograf współpracował z teatrami: Polskim i Współczesnym we Wrocławiu oraz Narodowym w Warszawie. Przez 45 lat związany z „Przekrojem”, gdzie stworzył blisko 500 „okładek z dziewczyną”. Laureat licznych nagród i zdjęć pokazywanych w galeriach na całym świecie. Wydał książkę Migawki. Wspomnienia fotografa (Znak, Kraków 2016). Mieszka w Krakowie.

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

    © Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego

    [1]        Patrz przypis 1. do relacji Joanny Potockiej.

Tutaj nie można dodawać komentarzy.