• Władysław Stróżewski

    Opublikowany Wrzesień 5, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

     

    Zaczęło się wcześnie – w 1957 roku pojawiłem się w redakcji miesięcznika „Znak” w zastępstwie Stefana Wilkanowicza, który jako sekretarz pisma wyjechał pierwszy raz zagranicę. Do pracy redaktorskiej zarekomendował mnie prof. Stefan Swieżawski, promotor mojej pracy magisterskiej, który blisko współpracował ze Stefanem i całą redakcją „Znaku”. W ten sposób znalazłem się pod skrzydłami pani Hanny Malewskiej, redaktor naczelnej pisma (wspaniała kobieta, wielki umysł, genialna pisarka). Zostałem współpracownikiem miesięcznika, a jednocześnie zacieśniały się moje kontakty z „Tygodnikiem” (nigdy jednak nie byłem związany formalnie z pismem Jerzego Turowicza). Tym bardziej, że pracowało tam paru moich znajomych, m.in. Krzysztof Kozłowski, który studiował filozofię na KUL-u w tym samym czasie co ja; znałem też Marka Skwarnickiego i Jurka Kołątaja.

    Gdy popatrzeć na tamten zespół, każdy z redaktorów był nieprzeciętną osobowością w swoim wymiarze. Poza już wymienionymi, muszę wspomnieć choćby Mietka Pszona – człowieka z heroiczną przeszłością, przenikliwego, wyważonego, który jako jeden z pierwszych po wojnie rozpoczął starania o nawiązanie dialogu z Niemcami.

    Zjawiskiem niepowtarzalnym i ważnym dla polskiego katolicyzmu był Tadeusz Żychiewicz. Chciałbym, żeby ktoś pokusił się o porównanie jego „Poczty ojca Malachiasza” z tym, co się mówi teraz na podobne tematy w „Rozmowach niedokończonych” w Radiu Maryja. Te materiały dzieli przepaść w myśleniu o Kościele i chrześcijaństwie! Odpowiedzi Tadeusza Żychiewicza na listy ludzi dotyczące niesłychanie trudnych spraw są przykładem chrześcijaństwa otwartego, pełnego – mówię to bez cienia przesady – miłości, wyrozumiałości, chęci prowadzenia dialogu na każdy temat. To była nie tyle odpowiedź na pytanie czy wątpliwość czytelnika, ile rozważenie pewnej prawdy wiary na nowo. Równie ciekawe były teksty Tadeusza o świętych czy o Biblii, na które specjaliści mogą kręcić nosem, ale nie ulega wątpliwości, że to były rozważania wynikające z żywej intuicji wiary: inteligentne i autentyczne.

    Poza tym miał Żychiewicz wszechstronne zainteresowania: kolekcjonował ordery, kamienie, które potrafił pięknie oszlifować, kleił modele samolotów, dzięki czemu miał pod sufitem swojego gabinetu całą eskadrę. To było szalenie sympatyczne i zupełnie nie kłóciło się z głębią jego myśli i umiejętnością wnikania w istotę chrześcijaństwa.

    Zasługą Turowicza jest, że stworzył redakcję z wybitnych osobowości. Nietrudno bowiem rządzić przeciętniakami, którzy zrobią wszystko, co im się każe. Natomiast spotkać ze sobą wielkie indywidualności i zgrać je ze sobą, to wielka sztuka, która mogła się udać tylko takiej osobie, jaką był Turowicz. Bo też zespół „Tygodnika” opierał się na głębokiej przyjaźni i zrozumieniu, a Jerzy zapewniał mu maksimum swobody twórczej. Z każdym potrafił się porozumieć, nie narzucał własnego zdania i kierował zespołem w taki sposób, że linia ideowa „Tygodnika” nie podlegała dyskusji.

    Czesław Miłosz w wierszu „Caffè Greco” z 1986 roku określa Turowicza dwoma słowami: mądrość i dobroć. To najlepszy portret Jerzego i klucz do poznania tajemnicy jego udanych kontaktów z tak różnymi ludźmi, nawiązywania licznych przyjaźni, umiejętności tworzenia zespołu. Dodałbym do cech opisanych przez poetę jeszcze fantastyczne poczucie humoru Jerzego, a przede wszystkim jego uśmiech: trochę lisi, ale szczery, życzliwy. W oczach zapalało się właśnie coś takiego…

    Jeden zwłaszcza epizod pamiętam, który rzuca światło na to, jakim człowiekiem był Turowicz. Zdarzyło się – był to chyba czas urlopów – że zostałem w redakcji miesięcznika „Znak” sam i musiałem skomponować jeden czy dwa numery. Przyszedł wówczas list-paczuszka, zawierający fragment dziennika duchowego czy literackiego Jerzego Zawieyskiego. Przeczytałem. Nie podobało mi się – wydawało mi się trochę banalne. No, ale Zawieyski to Zawieyski, trudno mi było tak po prostu to odrzucić. Nie wiedziałem co zrobić, więc poszedłem do… Turowicza, oczywiście. Jerzy zastanowił się, tak po swojemu, i powiedział: „Może pan ma rację, ale to jest jednak bardzo wybitny pisarz, znany w różnych kręgach. Poza tym ma wielu wiernych czytelników, wręcz wielbiących go. Myślę, że byłoby im bardzo miło, gdyby mogli to przeczytać”.

    Nie tylko merytoryczna odpowiedź Jerzego jest tu ważna, ale też sposób, w jaki mnie potraktował. Przecież tak naprawdę mógł powiedzieć: „Młody człowieku, drukuj, zamiast się wymądrzać”, a on odbył ze mną rzetelną rozmowę i w sposób niesłychanie delikatny przedstawił swoje racje. Oczywiście, rzecz została opublikowana[1].

    Osobowość Jerzego pomogła nie tylko stworzyć zespół, ale przetrwać pismu całe 40-lecie PRL-u. Wydawać niezależne pismo przy takiej presji cenzury, władz i inwigilacji środowiska było nie lada wyczynem. Istniały zresztą dwa bieguny, pomiędzy którymi trzeba było prowadzić tę politykę: jeden to była władza komunistyczna, drugi – niektóre czynniki kościelne, którym nie zawsze „Tygodnik” się podobał. W tych zmaganiach rozwaga i roztropność Jerzego były najwyższej próby.

    ***

    Rzadko odwiedzałem Turowicza w jego mieszkaniu przy Lenartowicza, ale jedno spotkanie, do którego tam doszło w latach 80., zapamiętałem jako szalenie ważne. To był czas, kiedy milicja prewencyjnie zatrzymywała studentów wychodzących z zajęć, obawiając się, że inaczej sformują pochód i pójdą na Rynek Główny. Prof. Jerzy Wyrozumski i ja najczęściej chodziliśmy pertraktować do milicjantów, by pozwolili studentom spokojnie rozejść się do domów po zajęciach.

    I wtedy właśnie zwrócił się do mnie z „wielkim kłopotem natury politycznej”, którego istoty nie umiem już sobie przypomnieć, ówczesny rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, prof. Aleksander Koj. Wspólnie ustaliliśmy, że trzeba byłoby zasięgnąć rady jeszcze jednej mądrej osoby i… pojechaliśmy na Lenartowicza. Obaj wpadliśmy na ten sam pomysł, więc proszę sobie wyobrazić, jakim Jerzy był dla nas wszystkich autorytetem. Weszliśmy do mieszkania, przeszliśmy między stosami książek i czasopism, po czym rozpoczęła się długa, wnikliwa rozmowa.

    Kilka lat później zrobiłem dla Jerzego pewien gest, który chyba dał mu sporo radości: podałem pomysł nadania mu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, co poszło łatwo, bo nikt nie miał wątpliwości, że Turowiczowi to się po prostu należy. Uroczystość wręczenia odbyła się 13 listopada 1990 roku; miałem przyjemność wygłosić laudację podczas tej uroczystości[2].

    ***

    Jerzy dość szybko zaproponował mi, byśmy sobie mówili po imieniu, taki zresztą panował w redakcji zwyczaj zwracania się do siebie. Chyba mam prawo powiedzieć, że Jerzy jakoś mnie lubił, a powoli ugruntowująca się między nami przyjaźń była autentyczna i głęboka.

    Dwa wspomnienia utwierdzają mnie w takim mniemaniu. W roku 1993 na 60. urodziny otrzymałem od przyjaciół i uczniów księgę jubileuszową „Wartość bycia”. Ku memu zdumieniu zbiór tekstów różnych autorów otwierał esej Turowicza, który napisał niezwykle piękną rzecz o tolerancji[3]. Autor rozpoczyna tekst od nazwania siebie „filozofem nieprofesjonalnym”… Bardzo mnie ten „prezent” ucieszył. Jerzy pisał przecież raczej niewiele; niestety, nigdy nie znalazł czasu na napisanie samodzielnej książki.

    A znowu przy okazji innej uroczystości mnie poświęconej Jerzy przeczytał publicznie wiersz z 1994 roku, zatytułowany później „Pochwała komputera”, który napisałem dla uczczenia kolokwium habilitacyjnego Teresy Walas[4]. Przedstawiając mnie jako „poetę”, Jerzy dał dowód niesłychanej wobec mojej osoby życzliwości… Tym bardziej że odważyłem mu się pokazać tylko jeden swój wiersz – o zmartwychwstaniu, który wydrukowano w „Tygodniku” w latach 80.

    ***

    „Pięknieje dar mądrości i zwyczajna dobroć./ Czytany przez nas obu dawniej Maritain/ Miałby powód do chluby” – pisze Miłosz we wspomnianym już przeze mnie wierszu „Caffè Greco”, dzięki czemu wiem, że Turowicz nie był tylko filozofem-amatorem, jak napisał o sobie skromnie w tekście „Kilka uwag o tolerancji”. Znał się na filozofii, choć nie pamiętam, byśmy prowadzili rozmowy na ten temat, podobnie jak nie dyskutowaliśmy o Kościele czy koncepcji chrześcijaństwa. Przyczyna tego była jedna: myśleliśmy tak samo, więc właściwie o czym było rozmawiać?

    Także w sprawach politycznych myśleliśmy podobnie. Na początku lat 90., kiedy polityka spaliła wiele moich przyjaźni, dwa autorytety przetrwały wszystkie burze: prof. Swieżawskiego i Turowicza. O ile z niektórymi przyjaciółmi na KUL-u powoli traciłem wspólny język, choćby z moim mistrzem, prof. Mieczysławem A. Krąpcem OP, czego ogromnie żałowałem, o tyle ze Swieżawskim i Turowiczem wciąż dzieliłem to samo patrzenie na świat czy wydarzenia w Polsce, ocenę polskiego Kościoła.

    Dzisiaj nie mam złudzeń, że myślenie o Kościele w Polsce, które nazwałbym Turowiczowskim, poniosło klęskę. Zmiany soborowe przeprowadzono tylko naskórkowo, podobnie jak recepcję nauczania Jana Pawła II. Współczesny polski katolicyzm – zarówno ten w parafiach, jak w dużej części episkopatu – zdominowało myślenie, które reprezentuje ks. Tadeusz Rydzyk i jego media. Brakuje ośrodków, które działałyby równie prężnie, ale wprowadzały inne myślenie. Laski, środowisko „Więzi”, miesięcznik „Znak” czy „Tygodnik Powszechny”, niestety, nie liczą się w polskim Kościele w takim stopniu, w jakim na to zasługują.

    Kraków, 25 stycznia 2011 r.

    Prof. WŁADYSŁAW STRÓŻEWSKI (ur. w 1933 roku w Krotoszynie) jest filozofem, b. kierownikiem Zakładu Ontologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Studia filozoficzne ukończył w 1955 roku na KUL, w latach 1958–1979, z przerwami, prowadził na tej uczelni zajęcia. Od 1957 roku pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim; jest też wykładowcą w Wyższej Szkole Pedagogiczno-Filozoficznej Ignatianum w Krakowie. Główne obszary badań: ontologia, filozofia wartości, estetyka, filozofia człowieka, historia filozofii. Uczeń profesorów: Izydory Dąmbskiej, Romana Ingardena, Mieczysława A. Krąpca OP, Stefana Swieżawskiego.

    W latach 60. i 70. członek redakcji miesięcznika „Znak”, następnie członek zespołu tego pisma. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego” i członek kapituły Medalu Św. Jerzego, przyznawanego przez „TP”. Mieszka w Krakowie.

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

    © Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego

    [1]        Jerzy Zawieyski Notatki o książkach czytanych w r. 1955, „Znak” nr 4, wrzesień 1957 s. 306 – 325. Wspomnienia Jerzego Zawieyskiego, Brzegiem cienia. Kartki z dziennika [1955 – 1957], były jedną z pierwszych książek wydawnictwa Znak (Kraków 1960).

    [2]        Patrz: Władysław Stróżewski Mądrość i dobroć; Jerzy Turowicz Próba wolności, oba teksty w: „Tygodnik Powszechny” nr 47, 25 listopada 1990, s. 3.

    [3]        Jerzy Turowicz Kilka uwag na temat tolerancji, w: Wartość bycia. Władysławowi Stróżewskiemu w darze, Polskie Towarzystwo Filozoficzne, Kraków–Warszawa 1993, s. 26–34.

    [4]        Władysław Stróżewski Stracą sporą część pracy… (dedykacja: Teresie [Walas] jako podpowiedź czwartego wykładu habilitacyjnego), „Dekada Literacka” nr 11, 15 czerwca 1994, s. 12, rubryka: Bawiąc się piórkiem.

Tutaj nie można dodawać komentarzy.