• Uta Kalinowska

    Opublikowany Lipiec 25, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

    Dom na Lenartowicza to był dla mnie osobny świat – wyspa wolności w szarej, gomułkowskiej Polsce, której zresztą, właśnie za sprawą „oazy na Lenartowicza”, nie za dobrze dziś pamiętam. Może w kraju było siermiężnie, ale mnie zostało w pamięci co innego: pan Jerzy przy biurku, któremu pani Anna podaje po popołudniowej drzemce mocną kawę; „mała czarna” z weluru uszyta na mój pierwszy bal, zorganizowany na zamku w Pieskowej Skale przez Piwnicę pod Baranami, na który poszłam z panem Jerzym; słoiczek poziomek, który pani Anna przyniosła mi z listem do szpitala, gdy urodziłam córkę.

    ***

    Najpierw poznałam Magdalenę, najmłodszą córkę Turowiczów. Właśnie wróciłam z Poznania, z liceum prowadzonego przez siostry Sacré Coeur, bo zdecydowałam, że maturę będę zdawać w Krakowie. Były z tym niejakie korowody, bo nikt nie chciał mnie przyjąć po nauce w szkole prowadzonej przez zgromadzenie zakonne, ale ostatecznie udało się znaleźć miejsce. Na lekcje religii, której już od kilku lat nie uczono w szkole, zapisałam się u ks. Mieczysława Turka w Kolegiacie Św. Anny. Tam spotkałam Magdalenę Turowiczównę, z którą wspólnie wracałam z zajęć, bo mieszkałyśmy dość blisko siebie (ja na Szymanowskiego przy Parku Krakowskim). Szybko się zaprzyjaźniłyśmy i równie prędko stałam się prawie domownikiem przy Lenartowicza.

    Wszyscy byli dla mnie tacy dobrzy… Ponieważ przez kilka lat edukacji licealnej nie było mnie w Krakowie, przyjaciele Magdaleny z liceum i studiów stali się moimi przyjaciółmi, m.in. Mitka, późniejsza żona Zbyszka de Barbaro, której córki, Natalii, zostałam matką chrzestną. Więzy między nami były więc naprawdę silne. Były siostry Magdaleny: Elżbieta z mężem, Jerzym Jogałłą, i synem Łukaszem – mieszkali w pokoju, który wcześniej zajmowali Wojtkowie Plewińscy; Joanna mieszkała właściwie za rogiem, przy Siemiradzkiego, z mężem, Markiem Piaseckim; do tego były ich przyjaciółki.

    Z Warszawy przyjeżdżała Beata Tyszkiewicz, koleżanka Elżbiety ze szkoły niepokalanek w Szymanowie, potem już jako żona Andrzeja Wajdy (nawiasem mówiąc: kilka lat później ubranka ich córki, Karoliny, przez Elżbietę, otrzymała moja córka). Z Zakopanego pojawiała się Dunka Micińska, która mieszkała na Lenartowicza podczas studiów. Przychodziło sporo różnej dorastającej młodzieży i traktowano to jako coś naturalnego.

    Dom był otwarty i prowadzony tak, jak byśmy żyli w innym świecie. Już na schodach często słyszało się śpiewających Juliette Gréco, Édith Piaf, Charlesa Aznavoura, Jacques’a Brela. Oczywiście, nie osobiście, tylko na płytach, które pan Jerzy przywoził z zagranicy. Wszystkich wymienionych słuchałam po raz pierwszy właśnie na Lenartowicza. Któregoś z nich, dzięki panu Jerzemu, usłyszałam też podczas koncertu, bo pan Jerzy zawsze miał wejściówki na najważniejsze imprezy w mieście i czasem zabierał którąś z dziewczyn. Moim rodzicom nie przyszłoby do głowy pójść na koncert Brela czy Aznavoura, choć byliśmy przecież bardzo umuzykalnioną rodziną: tato był przed wojną pianistą i całą rodziną co tydzień chodziliśmy na koncerty do Filharmonii Krakowskiej. Dzięki panu Jerzemu, francuska muzyka lat 50. i 60. ukształtować wrażliwość moją i innych młodych ludzi, przechodzących przez jego dom.

    Dostęp Tasia, jak w otoczeniu rodzinno-przyjacielskim zwracaliśmy się do pana Jerzego, do różnego rodzaju imprez kulturalnych był chyba niczym nie ograniczony. Turowicza wszędzie zapraszano i chętnie goszczono na wernisażach, premierach, koncertach, dyskusjach, spotkaniach, nie tylko towarzyskich. Jeśli tylko było to możliwe, zabierał którąś z nas. Tak znalazłam się pierwszy raz w Piwnicy pod Baranami i na pierwszym w życiu balu – to był wielki bal zorganizowany przez Antka Dzieduszyckiego z Piwnicy pod Baranami na zamku w Pieskowej Skale. Pani Anna i Elżbieta uszyły specjalnie dla mnie „małą czarną” tyle, że z granatowego weluru, bo czarnego nie udało się zdobyć. Byłam bardzo szczęśliwa!

    W moim domu rodzinnym coś takiego byłoby raczej nie do pomyślenia. Dla pani Anny Turowiczowej to było naturalne, że młode dziewczyny powinny wychodzić, stroić się i mieć suknię, w której wystąpią na balu. Moja mamusia była bardziej nastawiona na rozwój intelektualny swoich dzieci – to było dla niej najważniejsze. Bale? Imprezy? To fanaberie i strata czasu.

    Mimowolnie porównuję oba domy – mój i Turowiczów – ale nie po to, by mój w jakikolwiek sposób zdyskredytować. Raczej, żeby pokazać odmienność i otwarcie na innych, w tym młode osoby, domu przy Lenartowicza. Moi rodzice w żaden sposób nie byli zresztą zazdrośni o Turowiczów – wydaje mi się, że moja mama była szczęśliwa, że jestem w tak dobrych rękach: jestem nie tylko bezpieczna, ale mogę rozwijać się w sposób, któremu oni mogli tylko przyklasnąć.

    Zresztą wiele oba domy łączyło, choćby skromne prowadzenie. U mnie też wiecznie brakowało pieniędzy – ojciec musiał przecież z pensji uniwersyteckiej utrzymać żonę, trójkę dzieci, mamę i teściową. Do skromnego życia byłam przyzwyczajona i nie dziwiło mnie, że na Lenartowicza żyje się podobnie. Brak pieniędzy to zresztą nie był temat, wśród moich znajomych nikt ich nie miał w nadmiarze. Teraz myślę, że dom Turowiczów, ale też Kisielewskich czy Stommów, był niesłychanie inspirujący, tyle że dzieciom chyba niełatwo w nich się żyło. One nie wybierały sobie takiego stylu życia, podzielały więc nie swoje wybory, być może nawet pragnęły czegoś innego.

    ***

    Dom Turowiczów miał swój rytm. Osią były godziny pracy pana Jerzego. Najważniejszą scenerią był jego pokój pracy, w którym znajdowała się pokaźna część biblioteki. Pod książkami uginały się półki i stół. Na biurku było jeszcze nieco wolnego miejsca, więc można się było za nie wsunąć i pracować na wolnym kawałku blatu.

    Ponieważ Taś pracował do trzeciej–czwartej nad ranem, a o dziewiątej jechał do redakcji, po powrocie z pracy ucinał sobie z dwie godziny drzemki. Gdy przychodziłyśmy ze szkoły i innych swoich aktywności, pan Jerzy się budził, a pani Anna parzyła mu bardzo mocną kawę. Siadał przy biurku i próbował pracować, ale pozwalał też sobie zawracać głowę: rozmawiał z nami, czasami nastawiał muzykę ze swoich ukochanych płyt. Nie pamiętam o czym konkretnym rozmawialiśmy, chyba o wszystkim, co się aktualnie u mnie czy Magdaleny działo. Zresztą z Tasiem można było o wszystkim rozmawiać, bo był uważnym słuchaczem. Takim go zresztą z tych rozmów zapamiętałam: że on bardziej słuchał niż wypytywał, nie nadawał tonu naszym rozmowom.

    Domownicy żyli intensywnie, więc pewne prace należało wykonać jak najsprawniej, nie tracąc na nie zbyt wiele czasu. Choćby gotowanie: pani Anna pysznie gotowała, ale wszystko było robione jakby mimochodem. Byle przygotować i zjeść, bo zdaniem pani Anny czas należało poświęcić ważniejszym zajęciom niż przyrządzanie jedzenia. I tak: królik przyrządzony przez panią Annę nie miał sobie równych. Z kolei na jednym z przyjęć imieninowych pana Jerzego, co uznałam za szczyt kulinarnego wyrafinowania w owych czasach, jadłam pory polane winegretem! Prawdziwa la cuisine française w Krakowie lat 60. XX wieku. Swoją drogą, jak mi się udało dostać do tych porów, skoro na imieninach Tasia były z reguły takie tłumy, że trudno było się zorientować, kto przyszedł…

    Na zmywanie też nie tracono czasu. Robiono je w cembrzyku raz dziennie. Tę pracę zrewolucjonizowało wprowadzenie do sprzedaży ludwika. Bardzo żeśmy to przeżywali: jakie to udogodnienie, cud świata prawie, tym bardziej, że nie raz, gdy brakowało cierpliwości, by zagrzać wody w garnku na piecyku gazowym, myło się naczynia w zimnej wodzie.

    Chyba raz na miesiąc przyjeżdżała pani Basia z dawnego majątku pani Anny w Goszycach i urządzała wielkie pranie. Dla mnie to było wydarzenie, bo z racji nauki w szkołach przyklasztornych, z praniem, gotowaniem i innymi czynnościami domowymi w ogóle nie miałam do czynienia. Dom przy Lenartowicza podczas pobytu pani Basi był podzielony: tu odbywało się moczenie, tam prano białe poszwy, tu bieliznę, tu rzeczy kolorowe, i jeszcze krochmalenie. Trzy dni nikt nie mógł swobodnie umyć się w łazience, bo „operacja: pranie” skutecznie zabierała przestrzeń i miejsce. Magdalena i ja, ewentualnie jeszcze jacyś młodzi, pomagaliśmy pani Basi zawiesić pranie na strychu.

    Z Goszyc od czasu do czasu przyjeżdżał ktoś jeszcze i stawiał w drzwiach kosz jabłek albo kilka kobiałek truskawek. Nigdy jednak nie rozmawiało się o tym, czym są Goszyce, dlaczego ktoś to przywozi i dlaczego Turowiczowie nie mogą, czy nie chcą, sami jechać do rodzinnego dworu pani Anny.

    Po praniu miało oczywiście miejsce prasowanie, ale tym pani Anna chyba zajmowała się już sama. Deska do prasowania na co dzień leżała na jej łóżku, tyle, że nie z powodu prasowania, któremu, przypuszczam, nie poświęcała więcej czasu niż innym pracom domowym, ile z racji swojego zniszczonego kręgosłupa. Musiała po prostu spać na czymś twardym.

    Nie pamiętam, by pani Anna odprawiała imieniny. Unikała wyjść, wolała siedzieć w domu. Może wynikało to z tego, że wyjścia pana Jerzego były w pewnym sensie służbowe, bywał przecież wszędzie nie jako osoba prywatna, ale redaktor naczelny pisma. To było jakby przedłużenie jego życia zawodowego i pani Anna uważała, że powinna trzymać się z boku, w żaden sposób nie ingerując w tę sferę. Poza tym, lubiła domowe klimaty i pracę intelektualną w domu – robiła przecież znakomte tłumaczenia z języka francuskiego. Kiedyś w latach 90. zorganizowałam wieczór kolędowy w Pałacu Pugetów przy Starowiślnej, gdzie m.in. śpiewała Ania Szałapak. Nawet wtedy nie udało mi się namówić pani Anny na przyjście do nas. Widać naprawdę nie lubiła wychodzenia i tzw. mondu.

    Inaczej niż pan Jerzy, który w soboty i niedziele prawie na pewno gdzieś wychodził. W dni powszednie było to trudniejsze – poza Krzysztoforami i Piwnicą pod Baranami raczej nie było miejsc, w które warto było pójść. Zresztą około dwudziestej życie publiczne w Krakowie zamierało. Byłam z panem Jerzym na wielu wernisażach, co uwielbiałam. Dzięki niemu zaczęłyśmy z Magdaleną oglądać konfrontacje filmowe. Trzeba przyznać, że gdziekolwiek się pojawiał był osobiście i publicznie witany. Wiedziałam i widziałam, że jest kimś ważnym dla ludzi, ale też zdawałam sobie sprawę, że cały czas obracamy się w dosyć zamkniętym, krakowskim środowisku.

    Znowu jednak: siła oddziaływania pana Jerzego nie wypływała z faktu, że był redaktorem naczelnym ważnego pisma, autorem ważkich tekstów, ani nawet nie z tego, że był autorytetem, z którym wielu się liczyło. To też miało znaczenie, ale ci, którzy fetowali obecność Turowicza, np. w Piwnicy pod Baranami, robili to chyba dlatego, że obecność jego osoby była dla nich istotna. Ówczesne kobiece gwiazdy Piwnicy, w tym Ewa Demarczyk, bynajmniej tej obecności nie lekceważyły. Lubiły się kręcić koło pana Jerzego, który zresztą nigdy nie ukrywał, że lubi ładne dziewczyny – ożenił się przecież z bardzo piękną kobietą! – ale w serdeczny, pozbawiony jakichkolwiek dwuznaczności sposób.

    ***

    Dom na Lenartowicza kształtował mnie wtedy, kiedy dorastałam i dojrzewałam. Był inspirujący intelektualnie. Wychowanie dokonywało się jakby mimochodem: mowy nie było o jakichś pouczających rozmowach, nikt nikogo do niczego nie zmuszał. Turowiczowie wychowywali przez swoją obecność: przez to, o czym rozmawiali, kto bywał w ich domu, jak żyli, no i przez sztukę. Człowiek to chłonął, niespodziewanie dla samego siebie zmieniając się pod wpływem tych ludzi.

    A ludzie, w świat których wprowadził mnie dom na Lenartowicza, byli zaiste różnorodni. Dużo rozmawiało się o Miłoszu i Miłosza się czytało, jeśli tylko pan Jerzy otrzymał coś świeżo wydanego w Bibliotece Kultury Giedroycia. Pamiętam taki moment, gdy on siedzi przy swoim biurku, my, młodzi, wokół niego i Taś czyta.

    Stommów i Kisielewskich też było mi dane poznać osobiście. Wielki wpływ na moje życie wywarła Dunka Micińska, a dzięki jej przyrodniej siostrze, Urszuli Kenarównie, z którą byłam mocno zaprzyjaźniona, przez długi czas jeździłam do Zakopanego na Sobczakówkę, gdzie mieszkała z rodzicami. W ten sposób poznałam zakopiańskie środowisko ludzi sztuki (zawsze mnie do nich ciągnęło, może dlatego, że mój ojciec był historykim sztuki). U Kenarów wieczorami spotykało się mnóstwo interesujących osób, m.in. Władysław Hasior, Antoni Rząsa, Arkadiusz Waloch – wystarczyło usiąść gdzieś w kącie i posłuchać[1]. Nigdy, podobnie jak u Turowiczów, nie rozmawiało się tam o polityce. Bynajmniej jednak nie z powodu nas, młodocianych – by nas chronić. To po prostu nie było interesujące, tak jak gotowanie i sprzątanie na Lenartowicza. Dyskutować warto było o sztuce, nie o Gomułce.

    Związki z Dunką, która uczyła wówczas języka polskiego w Szkole Kenara (czyli w Państwowym Liceum Technik Plastycznych w Zakopanem, której dyrektorem był drugi mąż jej mamy, Haliny Micińskiej-Kenarowej, Antoni Kenar), pozwoliły mi spędzić kilka Sylwestrów pod Tatrami. Co to były za spotkania! Ewa Demarczyk miała tam wówczas narzeczonego. Daniel Olbrychski, który straszliwie kochał się w Dunce, żądał w któregoś Sylwestra, by właśnie tego dnia zdecydowała, czy z nim będzie, bo on się musi ożenić. A my z Urszulą, dużo młodsze od nich wszystkich, podsłuchiwałyśmy ciągle, śmiejąc się z kolejnych kawalerów szalejących za Dunką.

    Przyjaźń z Dunką, poznaną u Turowiczów, zaczęła się rozciągać na kolejnych ludzi, mogę więc powiedzieć, że wiele moich dróg rozpoczęło się na Lenartowicza… Dzięki Dunce spotkałam się z przedstawicielami przedwojennej polskiej inteligencji, bo w Zakopanem mieszkało wówczas wiele wdów po mężczyznach zamordowanych podczas wojny, m.in. znakomita projektantka tkanin, Maria Bujakowa. Kolejny krąg fantastycznych ludzi, z którymi dane mi było zetknąć się za sprawą Dunki, to artyści z Sopotu skupieni wokół gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, np. ciocia Wnukowa, czyli Józefa Wnukowa, malarka i żona Mariana Wnuka, rzeźbiarza, rektora ASP.

    Innym światem, w który weszłam dzięki Turowiczom, było środowisko męża ich środkowej córki, Joanny, Marka Piaseckiego, fotografika, członka Grupy Krakowskiej, której siedzibą była galeria „Krzysztofory”.

    Kolejnym była redakcja „Tygodnika Powszechnego”, którą z Magdaleną i innymi koleżankami traktowałyśmy jak „dom na mieście”. Wpadałyśmy tam znienacka, by porozmawiać z redaktorami. Do dzisiaj zresztą są mi bardzo bliscy: Zofia i Marek Skwarniccy, Krzysztof Kozłowski, ks. Adam Boniecki. Trochę patrzyłyśmy na nich, jak na starych ludzi – mieli przecież prawie 40 lat, a my połowę mniej – ale byli dla nas dużym oparciem.

    Środowisko moich rodziców było podobne: też artystyczne i wolnomyślicielskie. Znajomi moich rodziców byli bowiem profesorami albo artystami, ludźmi twórczymi i niesłychanie inspirującymi dla młodych ludzi – bywali u nas w domu: Helena Blumówna (dziennikarka pisząca o sztuce, m.in. w „Tygodniku Powszechnym”), Jonasz Stern, prof. Czesław Rzepiński i jego żona, Maria, prof. Kazimierz Lepszy, członkowie Grupy Krakowskiej, w tym Marysia i Tadeusz Kantorowie. Tyle że rodzice byli bardzo serio, co wynikało chyba z tego, że rzeczywistość, w której przyszło im żyć, co rusz ich rozczarowywała. Generalnie byli więc na „nie”. Nigdy na przykład nie podpisaliby listu otwartego przeciwko jakimkolwiek nadużyciom władzy. Nie z powodu obaw o swoje bezpieczeństwo, ale głębokiego przekonania, że taki sprzeciw nie ma najmniejszego znaczenia. Turowicz – przeciwnie. Podpisał choćby List 34 w marcu 1964 roku przeciwko ograniczeniom wolności słowa (chodziło o coraz bardziej limitowane przydziały papieru i panoszącą się cenzurę). To właśnie w panu Jerzym mi imponowało: mimo trudnych doświadczeń, których też mu życie nie skąpiło, zachował pogodę ducha i wiarę w siłę pozornie pustych gestów. Uważał, że należy je wykonywać, nawet jeśli wydaje się to pozbawione sensu i zapłaci się za to jakąś cenę.

    Dom na Lenartowicza nie był rozrywkowy ani zabawowy – rozmawiało się o ważnych sprawach, ale atmosfera tam panująca była swobodna, miała oddech i szeroki horyzont. Taki był Turowicz, taki ton, wraz z panią Anną, nadawał swojemu domowi. I bardzo mi się to podobało: że można być ważnym człowiekiem, prowadzić poważną działalność, a jednocześnie czerpać radość z tańca, obejrzanego spektaklu teatralnego czy filmu, przeczytanej książki, towarzystwa ludzi.

    Dzięki Turowiczowi duża liczba ludzi w Polsce mogła, biorąc raz w tygodniu do ręki jego „Tygodnik”, poczuć się w innym świecie. Na mniejszą skalę dotyczyło to także nas, ludzi bliżej związanych z domem na Lenartowicza – dzięki pani Annie i panu Jerzemu znajdowaliśmy się w innym świecie: wolnym. Na tym polegała siła nieformalnego oddziaływania Turowicza: po pierwsze, przez pismo; po drugie, przez kontakt osobisty.

    Żałuję, że niewielu już o tym pamięta, a pamięć o Turowiczu jakoś się nam zatarła.

    ***

    Zawsze starałam się podtrzymywać kontakty z Turowiczami, bo w pewnym momencie nasze drogi się rozeszły. Po złożeniu matury pracowałam przez rok, by zdać na medycynę, którą po roku studiów rzuciłam i rozpoczęłam naukę na innym kierunku. Zaczęłam trochę hipisować – może nie byłam do końca hipiską, ale trzymałam się z nimi i ubierałam tak, jak oni – teraz wydaje mi się, że to było być może przedłużenie mojego życia w domu przy Lenartowicza. Tam nauczyłam się podejmować decyzje i wybrałam właśnie tak.

    Dość szybko wyszłam za mąż i równie prędko moje małżeństwo zaczęło się walić. Pan Jerzy, który dowiedział się od kogoś, jakie mam problemy, napisał wtedy do mnie bardzo piękny list, prosząc bym nie robiła żadnych pochopnych kroków, nim się z nim nie spotkam. Na klejenie mojego małżeństwa było już jednak za późno, a jego rozpad mocno odchorowałam. Nie dane mi było spotkać się wtedy z panem Jerzym i nigdy potem już do tej sprawy nie wracaliśmy.

    Gdy później urodziłam córeczkę, która była ciężko chora i wydawało się, że nie przeżyje, odwiedziła mnie w szpitalu między innymi pani Anna. Nikt w tamtych czasach nie mógł dojść do położnic i pamiętam, że przez pielęgniarki otrzymałam od niej słoiczek poziomek w syropie. To było i słodkie, i czułe…

    Potem zostałam sama z dzieckiem i choć nasza droga nie była już wspólna, zawsze otrzymywałam ze strony Turowiczów oferty pomocy. Nie było między nami bliskości, bo nie było już czasu, by ją podtrzymywać, nigdy jednak nie byliśmy od siebie zbyt daleko. Nie mogło być inaczej: kochałam ten dom i nigdy o nim nie zapomnę.

    Kraków, 5 lutego 2010 r.

    UTA KALINOWSKA (ur. w 1946 roku w Krakowie) jest antykwariuszem. Studiowała medycynę i archeologię. Wiele lat pracowała jako technik konserwator zabytków, pracując w DESIE, a potem w Pracowni Konserwacji Zabytków. Od 1993 roku prowadzi w Krakowie własny antykwariat.

    Córka prof. Lecha Kalinowskiego (1920–2004), historyka sztuki o wielkich zasługach w badaniach nad sztuką średniowieczną i w teorii sztuki.

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

    © Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego

    [1]        Patrz też: Anna Micińska, Wędrówki bez powrotu, Biblioteka Więzi, Warszawa 2008.

Tutaj nie można dodawać komentarzy.