• Stanisław Rodziński

    Opublikowany Wrzesień 1, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

     

    Do sklepu z materiałami galanteryjnymi mojego ojca, który znajdował się przy krakowskim placu Mariackim w kamienicy przylegającej do kościoła p.w. św. Barbary, przyszedł kiedyś kard. Adam Stefan Sapieha. W trakcie rozmowy zgadało się im, że mój ojciec urodził się w Nawojowej koło Nowego Sącza, gdzie w pałacu Stadnickich mieszkała siostra kardynała. Tak zaczęła się przyjaźń między obu panami. W tym samym czasie, a był to koniec lat 40., pojawił się w domu moich rodziców „Tygodnik Powszechny” jako gazeta, którą należy czytać. Podobnie, jak należało słuchać Radia Madryt, Radia Londyn, Głosu Ameryki czy potem Radia Wolnej Europy.

    ***

    Po ukończeniu w 1963 roku Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie przez dwa lata byłem wychowawcą w domu dziecka przy ulicy Siemiradzkiego, a potem w szkole podstawowej przy ulicy Urzędniczej uczyłem wychowania plastycznego. Wśród moich uczniów były dzieci Jacka Woźniakowskiego: Róża, Anna i Jan. Podczas jednej z wywiadówek zacząłem rozmawiać z ich mamą, Mają Woźniakowską, o uczeniu malowania i o malarstwie. W pewnym momencie zaproponowała: „A może by pan do nas zajrzał?”. Zaproszenie do domu Woźniakowskich przy ulicy Wyspiańskiego przyjąłem z ochotą i tak rozpoczęły się moje kontakty z tą rodziną, a z czasem ze środowiskiem „Tygodnika” i Znaku.

    Przed swoją pierwszą po studiach większą wystawą obrazów (chodziło zapewne o wystawę w Galerii Pegaz w Zakopanem w 1964 roku albo w Galerii ZPAP, obecnie Pryzmat, w 1965 roku) zaprosiłem do pracowni, która mieściła się przy Starowiślnej, Jacka Woźniakowskiego, prosząc go, by napisał wstęp do katalogu. (Do takiego, jak wówczas one wyglądały: szaro-burego, niczym podziemne wydawnictwa z lat 80.). Zaczęliśmy rozmawiać… Jacek zapytał mnie o ulubionych malarzy. Wymieniłem Emila Krchę, u którego studiowałem, i Józefa Czapskiego, którego obrazy wisiały tylko w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Na to Jacek: „Przecież to wuj mojej żony!”. I także jego ulubiony malarz.

    Jacek wstęp napisał, a niebawem i ja zacząłem pisać do „Tygodnika Powszechnego”. Pierwsza recenzja dotyczyła wystawy obrazów Andrzeja Wróblewskiego, podczas której pokazano m.in. „Rozstrzelania”, zorganizowanej w 1967 albo 1968 roku w krakowskiej siedzibie ZPAP przy Łobzowskiej[1]. Najpierw tekst pokazałem Jackowi, który zaprosił mnie do redakcji „Tygodnika” i przedstawił Jerzemu Turowiczowi. Po prezentacji obiecał zatelefonować za kilka dni z oceną tekstu. Tak się stało. Ku wielkiemu zdumieniu, bo jakoś nie wierzyłem w swoje umiejętności pisarskie, usłyszałem od Jacka: „Bardzo ładny tekst, drukujemy”. Po ukazaniu się recenzji, zadzwonił z kolei Jerzy, pytając: „A może by pan do nas pisał?”. Powstała sytuacja dla mnie niezwykła. Wcześniej pisała przecież do „Tygodnika” Helena Blumówna, którą znałem (przyjaźniła się z prof. Krchą) i ceniłem. A teraz ja?…

    Gdy już pisałem regularnie, Jerzy poprosił mnie o uczestniczenie w czwartkowych zebraniach redakcyjnych, jeśli, oczywiście, byłoby to możliwe. Z tym rzeczywiście był pewien kłopot, bo w tym czasie prowadziłem zajęcia w szkole (z czasem zacząłem prowadzić zajęcia z wychowania plastycznego w liceum ogólnokształcącym i Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie). Czasami jednak udawało mi się brać udział w kolegiach. Pamiętam, że po dyskusjach, momentami gwałtownych, na temat tekstów, numeru, propozycji redakcyjnych, zapadała cisza. I z którymś tam papierosem z rzędu, Jerzy Turowicz rozpoczynał analizę fragmentów rozmów, wyciągając z każdej najbardziej rzeczowe albo najważniejsze kwestie. W trakcie przemowy Jerzego zaczynaliśmy się orientować, jak ma wyglądać numer.

    Za sprawą zebrań zobaczyłem też, że redakcja „Tygodnika”, choć składała się z silnych osobowości, tworzyła zespół. Ludzie świetnie się ze sobą rozumieli, mimo różnic w poglądach. Byli też znakomitymi specjalistami – jak Jacek Susuł czy Tadeusz Żychiewicz – w swoich dziedzinach. Dzięki temu czwartkowe zebrania były właściwie wydarzeniami intelektualnymi.

    Przekonałem się o tym nie raz, choćby przy okazji tak niepozornego zdarzenia. Po napisaniu jednego z pierwszych tekstów, zadzwonił do mnie Jurek Kołątaj z prośbą: „Zajrzyj do nas przy okazji…”. Przychodzę i dostaję swój tekst z zaznaczonymi poprawkami: „Przyjrzyj się im, bo mam wrażenie, że twój tekst jest trochę za długi”. „Jak to za długi?” – pomyślałem. „Taki świetny tekst i ma być za długi?”. W domu spokojnie przeczytałem tekst raz jeszcze, spozierając na adnotacje poczynione na marginesach. I rzeczywiście: to niepotrzebne, i tamto, i to też. Tekst skróciłem, bez jakiejkolwiek szkody dla jego wartości, zgodnie z radami Jurka Kołątaja.

    Ze względu na takie właśnie, z pozoru drobne zdarzenia, czas intensywnej mojej współpracy z „Tygodnikiem” był dla mnie najbardziej przejmujący w swoim charakterze, napięciu i ważności w latach PRL-u.

    ***

    Fantastycznym wydarzeniem było zaproszenie Turowicza i ekipy „Tygodnika” do mojej i żony Ireny pracowni przy Wrzesińskiej. Przyszli wszyscy, oglądali obrazy i ogólnie było miło. Wtedy Jerzy Turowicz zaproponował: „Od dzisiaj bądźmy na ty”. To był przełom lat 60. i 70., kiedy moja współpraca z pismem była już systematyczna, a więzy przyjaźni łączące mnie z ludźmi tego środowiska stawały się coraz silniejsze.

    Odwiedzaliśmy się ze Skwarnickimi, Żychiewiczami, Szczepańskimi. Parę razy byłem też u Jerzego przy Lenartowicza. Z Janem Józefem Szczepańskim łączyły mnie godziny rozmów o malarstwie, ale też o polityce, a moja córka Judyta, która była jego wierną czytelniczką, bywała na wakacjach u Szczepańskich w Kasince. Z Tadziem Żychiewiczem z kolei wydaliśmy wspólnie książeczkę rozważań na Drogę Krzyżową. Medytacje napisał Tadeusz, mojego autorstwa były stacje, które w oryginalnej postaci znajdują się w kaplicy księży misjonarzy w ich domu na Woli Justowskiej.

    Przyjaźnie zadzierzgnięte w „Tygodniku” wpłynęły na całe moje życie. To w redakcji przy Wiślnej poznałem Czesława Miłosza czy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, z którym później przez wiele lat utrzymywaliśmy intensywny kontakt. Ogromne znaczenie integracyjne, ale też duchowe, miały rekolekcje redakcyjne w Tyńcu u benedyktynów, na Bielanach u kamedułów czy w Przegorzałach u jezuitów. Zdarzały się też redakcyjne wyjazdy na Jasną Górę, dokąd zawsze przyjeżdżał kard. Karol Wojtyła.

    W latach 70., wraz z ks. Józefem Tischnerem, Markiem Skwarnickim i prof. Władysławem Stróżewskim, przygotowywaliśmy na obrady Synodu Krakowskiego materiały o roli kultury w życiu duchowym. Podczas tamtych dyskusji przekonałem się, jak ważna była sztuka dla kard. Wojtyły. To doświadczenie nie pozostało we mnie bez konsekwencji, bowiem po wygłoszeniu przez kardynała rekolekcji w Watykanie „Znak, któremu sprzeciwiać się będą”, powstał cykl moich rysunków „Ukrzyżowany wśród obojętnych”. Prosząc Wojtyłę o dedykację w książeczce z tymi rozważaniami, wspomniałem, że zainspirowany tymi tekstami narysowałem coś. „A dałoby się to przywieźć do kurii?”. „Oczywiście, żeby się dało”. To było jedno z najbardziej niezwykłych spotkań w moim życiu: pokazałem kardynałowi rysunki i dwa obrazy, a on długo pytał mnie: „dlaczego tak? skąd się bierze ten rodzaj deformacji? a dlaczego taki kolor?”. Objaśniając różne kwestie – na tyle, na ile to jest możliwe przy dziele sztuki – zorientowałem się, jak głęboki kardynał ma kontakt ze sztuką.

    Wiele lat później, już jako Jan Paweł II, napisał w „Liście do artystów” z kwietnia 1999 roku o kwestii niepokoju artysty w taki sposób, że – jestem tego pewien – wiedział, o czym mówi. Paweł VI był koneserem sztuki, założył nawet galerię sztuki współczesnej w Muzeum Watykańskim. Przyznawał jednak, że nie wie, o co chodzi w sztuce współczesnej – więcej: że ona go właściwie przeraża. A Jan Paweł II potrafił napisać: historia sztuki nie jest tylko historią dzieła, ale i ludzi.

    W gabinecie redaktora naczelnego „Tygodnika” wisi obraz przeze mnie namalowany, który miał być wręczony papieżowi podczas jego drugiej wizyty w Polsce, w 1983 roku. Do spotkania z Janem Pawłem II nie doszło, więc zostawiłem obraz w redakcji, natomiast do Watykanu dwa lata później zawiozłem jego replikę.

    ***

    Dlaczego o tym wszystkim mówię? Bo do tych spotkań i rozmów doszło dzięki „Tygodnikowi” i Jerzemu Turowiczowi, który zaprosił mnie do współpracy ze swoim pismem. Kiedy człowiek się starzeje – a ja już jestem w takim wieku – uświadamia sobie, jaką łaską Bożą było to, że w pewnym momencie złączyłem się z zespołem pisma, którego znaczenie w Polsce owych czasów było najzupełniej zasadnicze. Ale, co obserwuję od dłuższego czasu, zaczyna nam umykać nadzwyczajność tego, co ludzie z „Tygodnika” robili. Natomiast młodsze pokolenie, które jako dziecko wchodziło w III RP, zdaje się w ogóle naszych zmagań nie rozumieć. Sam zacząłem siebie pytać, jak mam im dzisiaj wytłumaczyć odwagę moich przyjaciół z „Tygodnika”? Sens bojów z cenzurą.

    Trudno wytłumaczyć, że ludzie tak utalentowani – był to przecież zespół wybitnych intelektualistów – zaryzykowali jakość życia, a momentami życie po prostu, w imię swoich poglądów. Czym innym są bowiem dowcipy, jak to Krzysztof Kozłowski podczas rozmowy redakcyjnej podnosi słuchawkę, by zapytać: „Panie pułkowniku, czy dobrze słychać?”, a czym innym życie wśród podsłuchów i inwigilacji dzień w dzień. A także rezygnacja z kariery, uznania, bezpiecznego życia. I to w imię czego? Niepodległej Polski, która miała zostać wskrzeszona nie za naszego życia? To naprawdę trudno wytłumaczyć, tym bardziej, że ostatnio nawet ci, którzy w poprzednim ustroju żyli jak najbardziej świadomie, piszą o PRL-u i pracy w „Tygodniku” w taki sposób, jakby nic nie pamiętali albo nie rozumieli.

    Mam wrażenie, że słowo jest bezradne wobec absurdów, w których przychodziło wówczas ludziom żyć, a które traktowano jako coś oczywistego. Jak to przekazać współczesnemu odbiorcy, by potrafił zrozumieć nasze życie? Obawiam się, że są sytuacje, których wytłumaczyć współczesnemu odbiorcy nie można; można je tylko wspominać. Tymczasem bez adekwatnego opisu trudno zrozumieć, kim byli wówczas tacy ludzie jak: Turowicz, Woźniakowski, Kisiel, Szczepański.

    Jerzy Turowicz był jednym z tych, który zaryzykował wszystko, poświęcając życie „Tygodnikowi” (on sam na pewno nigdy by tego tak nie ujął). We wspomnieniu po jego śmierci[2], opisałem jak widywałem go z Anną na mszy o dziesiątej rano w Kolegiacie św. Anny, bo o tej porze odprawiał bp Jan Pietraszko. To nie jest opowiastka o tym, że Jerzy Turowicz był pobożny. Widząc, jak Jerzy idzie do komunii, byłem przekonany, że to człowiek bez reszty oddany Panu Bogu. Mogłem zakładać – i nie sądzę, bym się mylił – że wszystko, co Jerzy robił nie miało charakteru działalności li tylko politycznej czy społecznej. Redagując takie pismo jak „Tygodnik Powszechny”, nie chodziło Jerzemu tylko o tworzenie w miarę niezależnego pisma, by ludzie mieli do czytania coś więcej, niż jedynie prasę reżimową albo rozrywkową. Działanie Jerzego, całe jego życie, wynikało z jego stosunku do Pana Boga. Było konsekwencją jego wiary. Wybory tekstów Jerzego – „Chrześcijanin we współczesnym świecie”, „Kościół nie jest łodzią podwodną” czy „Bilet do raju” – ukazują to znakomicie, choć dzisiaj czyta się je zupełnie inaczej, niż wtedy, gdy były publikowane po raz pierwszy.

    ***

    Jeszcze w latach 70. koledzy z Akademii Sztuk Pięknych rozpoczęli starania o zatrudnienie mnie na uczelni. „Nie ma mowy, bo Rodziński współpracuje z »Tygodnikiem«” – usłyszeli w Komitecie Wojewódzkim PZPR w Krakowie (bo taka instancja wypowiadała się wówczas o możliwości zatrudnienia na niektórych stanowiskach). Fiaskiem zakończyły się też zamiary uczynienia mnie dyrektorem Liceum Sztuk Plastycznych, gdzie pracowałem, ponieważ postawiono mi jeden warunek: rezygnacja z kontaktów z „Tygodnikiem Powszechnym” i takimi osobami, jak: Jerzy Turowicz, Jan Józef Szczepański, Jacek Woźniakowski. Odparłem, że to w ogóle nie wchodzi w rachubę.

    Na pierwszą rozmowę z funkcjonariuszami SB wezwano mnie już w 1958 roku, kiedy byłem studentem ASP. Rozmowa trwała ponad dwie godziny i dotyczyła duszpasterstwa akademickiego u św. Anny. Pytania były przedziwne, np. indagowano mnie o ustawę o przerywaniu ciąży uchwaloną wówczas w Bułgarii. Na końcu musiałem podpisać oświadczenie, że nikt się o naszej rozmowie nie dowie. Tyle że ja o wszystkim od razu opowiedziałem ks. Pietraszce, który zaprowadził mnie do biskupa Wojtyły na Kanoniczą (to był mój pierwszy z nim kontakt). To on udzielił mi rady o dużym znaczeniu: bym nigdy niczego nie podpisywał po takich rozmowach, bo z podpisem można zrobić wszystko.

    Później wzywany byłem na tzw. rozmowy regularnie, przeważnie dlatego, że współpracowałem z „Tygodnikiem” (ostatnią rozmowę miałem w 1986 roku!)[3], ale także z powodu moich spotkań z Józefem Czapskim. O wezwaniach i treści rozmów opowiadałem w „Tygodniku”, m.in. Turowiczowi. Esbecy zadawali np. takie pytanie: „I jak pan to widzi?”. Mówiłem to, co uważałem za słuszne: redaktorzy „Tygodnika” to ludzie, którzy różnią się w poglądach, ale którym zależy przede wszystkim na sprawach polskiej kultury, sztuki, literatury, pozycji Kościoła.

    ***

    Tyle mówię o różnych sprawach, a mało o Jerzym, tymczasem bez niego to wszystko by się nie stało. Bez niego byłbym o coś uboższy. Te kilka słów od Jerzego usłyszanych: „bardzo dobrze napisałeś”, „znakomicie to ująłeś” sprawiały, że czułem się jak w siódmym niebie! Jestem zresztą pewien, że stałem się znany dzięki „Tygodnikowi” – najpierw kojarzono mnie jako faceta, który pisze o sztuce w „TP”, dopiero później dzięki temu co maluję[4].

    Jerzy zawsze przychodził na moje wernisaże, podczas których rozmawialiśmy o moich obrazach, ale też o innych wystawach. To były rozmowy z jego strony niezwykle kompetentne, bo on był znawcą współczesnej sztuki – podobne do tych, jakie toczą między sobą malarze, a które są z reguły o wiele ciekawsze niż prowadzone z historykami sztuki. Miał też Turowicz swoje ulubienia w malarstwie, np. bardzo się interesował Picassem, Rouaultem, Braque‘m – podobnie jak ja. Mieliśmy też wspólne fascynacje literackie, m.in. książki François Mauriaca.

    Kiedy Jerzy zmarł, w styczniu 1999 roku, malowałem cykl poświęcony Marii Magdalenie. Jeden z obrazów zadedykowałem pamięci Jerzego.

    Kraków, 8 sierpnia 2011 r.

    Prof. STANISŁAW RODZIŃSKI (ur. w 1940 roku w Krakowie) jest malarzem (studiował w krakowskiej ASP w pracowni prof. Emila Krchy). Od 1963 roku prowadzi samodzielną działalność artystyczną i edukacyjną. W 1981 roku został wykładowcą w krakowskiej ASP (w latach 1996–2002 był jej rektorem). Był sygnatariuszem Deklaracji Towarzystwa Kursów Naukowych, a w latach 1981–1989 uczestniczył w ruchu kultury niezależnej. Przez wiele lat, od końca lat 60., był publicystą „Tygodnika Powszechnego” (z czasem także innych czasopism) zajmującym się tematyką sztuki. Wydał m.in.: Sztuka na co dzień i od święta (Biblos, Tarnów 1999), Obrazy czasu (Gaudium, Lublin 2001), Mój szkicownik (Gaudium, Lublin 2005). Autor kilkudziesięciu wystaw indywidualnych i uczestnik wielu zbiorowych. Mieszka w Krakowie.

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

    © Copyright by Fundacja Jerzego Turowicza

    [1]        Stanisław Rodziński, Wystawa Andrzeja Wróblewskiego w Pryzmacie, „Tygodnik Powszechny” nr 17, 28 kwietnia 1968, s. 4.

    [2]        Stanisław Rodziński, W papierosowym dymie, „TP” nr 6, 7 lutego 1999, s. 16.

    [3]        Podczas autoryzacji tekstu prof. Rodziński opowiedział, jak zapamiętał tę ostatnią rozmowę. Przesłuchujący malarza oficer SB powiedział wprost, że zdaje sobie sprawę z trudnych warunków mieszkaniowych jego rodziny: mieszka z żoną i córką oraz mamą i jej siostrą (obie wówczas chorowały, o czym esbek także wiedział) w dwóch pokojach. Tymczasem mógłby się przenieść do dużego, wygodnego mieszkania, wraz z pracownią, jakie zamierzano mu przyznać, jeżeli zgodzi się z SB współpracować. Rodziński kolejny raz odmówił, po czym usłyszał od esbeka, że wszystko mu się „popierdoliło”: „Panu się wydaje, że my tutaj, niczym UB w latach 40., wyrywamy ludziom paznokcie. Tymczasem jesteśmy służbą zorganizowaną wedle zachodnioeuropejskich wzorców, powołaną do zapewnienia bezpieczeństwa w tym kraju i musimy w cywilizowany sposób zbierać informacje o ludziach, którzy dostają paszporty, wyjeżdżają na stypendia…”.

    [4]        O przyjaźni z redakcją „TP” prof. Rodziński opowiada też w katalogu towarzyszącym wystawie jego malarstwa w Galerii Pryzmat (listopad–grudzień 2007; wyd. ZPAP, Kraków 2007, s. 9–12).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *