• Marek Skwarnicki

    Opublikowany Wrzesień 1, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

     

    Czytelnikiem „Tygodnika Powszechnego” jestem od roku 1946, czyli od czasów mojej nauki w jednym ze szczecińskich liceów. Właściwie mogę powiedzieć, że wychowałem się na tekstach Kisiela i Turowicza.

    Zadebiutowałem w „Tygodniku” wiosną 1951 roku tekstem „O optymizmie wiary” pod pseudonimem Jerzy Patkiewicz[1]. Do redakcji wszedłem natomiast w lutym 1958 roku, jako poeta i autor kilku recenzji; protegowany Zygmunta Kubiaka, który był moim przyjacielem i dla podjęcia pracy w „Tygodniku” wraz ze mną sprowadził się z Warszawy do Krakowa. Ja znalazłem mieszkanie przy alei Daszyńskiego, Kubiak wynajął mieszkanko w kamienicy Matyldy Osterwiny przy ulicy Pijarskiej. Ale w 1959 roku Kubiak zwiał spod Wawelu, uważając „Tygodnik” za „klasowe towarzystwo”. Był on trochę nerwus, ale przede wszystkim rodowity warszawiak z Grochowa, więc trudno się dziwić, że krakowskie układy towarzyskie o zabarwieniu snobistycznym działały na niego jak płachta na byka. Zygmunta rozpierały jednak pomysły i zdolności, których nigdy pismu nie skąpił.

    Rozpoczynając pracę w „Tygodniku”, spodziewałem się zasadniczej rozmowy z Turowiczem, tym bardziej, że właściwie nie wiedziałem, jakie obowiązki na mnie spoczną: może na początek korektora? pracownika sekretariatu albo administracji? Czekałem bezowocnie. Wreszcie ośmieliłem się pójść do gabinetu szefa i zapytać, czym mam się zająć. Boże, jak Turowicz się zdziwił! „Ależ panie Marku, niech pan robi, co się panu podoba…”.

    Ja też się zdziwiłem, bo w Bibliotece Narodowej, gdzie wcześniej pracowałem, była personalna, więc spóźnienia nie obywały się bez konsekwencji, a wypełnianie obowiązków było skrupulatnie przestrzegane. No, ale w Warszawie to był PRL. W Krakowie, na szczęście, wszystko wyglądało inaczej; po tylu latach mogę powiedzieć, że dzięki tej przeprowadzce przeżyłem komunizm. Miała rację moja żona, Zofia, że jeśli się nie przeniesiemy, do końca życia będziemy żałować.

    Natomiast nieformalny, nie narzucający się klimat redagowania, jaki wytwarzał w redakcji Turowicz, dał mi swobodę robienia tego, czym się najbardziej interesowałem i z czego redakcja mogła mieć najwięcej ze mnie pożytku. Właśnie dzięki Turowiczowskiemu stylowi redagowania, od początku czułem się w „Tygodniku” na swoim miejscu, a z perspektywy czasu widzę, że miałem powołanie pisarskie, które dzięki Jerzemu udało mi się zrealizować.

    ***

    W drugim „Tygodniku”, jaki powstał po 1956 roku i który miałem przyjemność współtworzyć z ówczesnymi młodymi, czyli: Krzysztofem Kozłowskim, Antonim Łubkowskim, Bronisławem Mamoniem, Jackiem Susułem, Tadeuszem Żychiewiczem, obowiązywała zasada mówienia sobie po imieniu. Dzięki temu, że istniejącą w pierwszym „Tygodniku” przyjaźń przeniesiono na nas, odrodzona redakcja mogła stać się tak wyjątkowa i zżyta ze sobą. Z tęsknotą myślę o tamtej jednoczącej nas lojalności – przypuszczam, że dzięki temu nie było w naszym gronie tajnych współpracowników SB. Zdarzały się spory, nawet bardzo ostre, ale miały one charakter ideowy, np. między Żychiewiczem, który nie lubił Soboru, a ks. Andrzejem Bardeckim, który wiązał z nim duże nadzieje na reformę instytucji Kościoła. Były więc między nami różnice, ale Jerzy był naszym niepisanym ojcem-królem, za którego każdy z nas dałby się pokroić. Jego się kochało. Wszyscy bezustannie starali się mu pomóc, np. dbając z żoną Anną, by kupił porządny garnitur, bo nie dbał o takie rzeczy i wyglądał na zabiedzonego.

    To była grupa nie tylko lojalna, ale w gruncie rzeczy lubiąca się – organizowaliśmy przecież wspólne imieniny w redakcji, zabawy sylwestrowe, rodzinne uroczystości w prywatnych mieszkaniach. Lojalność wynikała między innymi z tego, że byliśmy prawdziwą, spontaniczną wspólnotą chrześcijańską, choć w co kto wierzył w detalach to już była jego sprawa. Tak przypuszczam, z perspektywy czasu na to patrząc, bo nic innego takiej komitywy chyba nie mogłoby stworzyć. Co roku mieliśmy przecież rekolekcje: w Tyńcu, Kalwarii Zebrzydowskiej, u Kamedułów na Bielanach, u sióstr prezentek (odbyły się pod koniec lat 50., a prowadził je bp Karol Wojtyła). Uczestnictwo w nich, oczywiście, nie było obowiązkowe, ale pamiętam, że raz brali w nich udział – młodzi wówczas i jeszcze nie należący do ścisłego redakcyjnego grona – Marcin Król i Wojciech Karpiński. Widać ich też to jakoś przyciągało, bo było inne, głębsze.

    W tamtym czasie broniliśmy Kościoła, także biskupów, i to nieraz wbrew własnym upodobaniom. Turowiczowi, Jackowi Woźniakowskiemu i innym raczej nie podobała się forma obchodów milenium chrztu Polski, wymyślona przez kard. Stefana Wyszyńskiego. Mnie katolicyzm ludowy, na który tak mocno stawiał prymas, nie raził – jestem na nim wychowany, więc znałem barokowy język ludowej dewocji. Ale, choć jako nastolatek jechałem po powstaniu warszawskim do obozu Mauthausen wagonami bydlęcymi, śpiewając pod niemieckimi karabinami „Pod Twoją obronę” (i pamiętam, jakim te wspólne modły były dla nas wsparciem), z czasem zacząłem szukać  tego, co określano jako „powrót do źródeł”.

    Moim starszym kolegom było trudniej – wielu z nich przeszło przed wojną przez Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”, znało Laski, cieszyli się Soborem, a tu co? Peregrynacja obrazu, potem samych ram, przyrzeczenia, pielgrzymki, kult maryjny przede wszystkim. Poza tym oni pamiętali Kościół przedwojenny oparty na formacji narodowej katolików, któremu zdarzało się popierać ówczesną dość koszmarną, bo nacjonalistyczną i antysemicką, prawicę. Obawiali się więc, że wzmacnianie katolicyzmu ludowego kiedyś tam może zakończyć się podobnym aliansem Kościoła z prawicą.

    Wydaje mi się, że młodsze pokolenie redaktorów, które pojawiło się w piśmie pod koniec lat 80., nie przeżywało związku z Kościołem tak intensywnie. Dla nowych większym autorytetem niż starzy redaktorzy „Tygodnika” były osoby spoza środowiska. Dla starych ważna była przy redagowaniu pisma zgodność przeżywania, apostolstwo świeckich, dla młodych – polityka. Podziały siłą rzeczy musiały stać się głębsze, tym bardziej że czas początków transformacji należał do gorących.

    Pamiętam, że podczas mojego ostatniego spotkania z Turowiczem, już w szpitalu, Jerzy bardzo bolał nad jakimś artykułem Zbigniewa Mentzla, ówczesnego felietonisty pisma, który mu się bardzo nie podobał. Powiedział wówczas: „Wiesz Marek, myśmy za szybko ich wszystkich przyjęli”.

    ***

    W „Tygodniku” przynależałem do ścisłego „grona politycznego”, które zbierało się czasem, bez wiedzy reszty redakcji, w kluczowych dla środowiska momentach, np. u ks. Andrzeja Bardeckiego albo u Jacka Woźniakowskiego. Do tego grona należeli: Turowicz, Woźniakowski, Józefa Hennelowa, Mieczysław Pszon, Kozłowski, Kisiel, Stefan Wilkanowicz. Decyzje podjęte na tych spotkaniach były ogłaszane na zebraniach redakcyjnych i choć zdarzały się zastrzeżenia ze strony osób, które w tych zebraniach nie uczestniczyły, ostatecznie były one przez wszystkich akceptowane. Ufano Jerzemu, że ogłaszana decyzja była najlepsza z możliwych.

    Najbardziej utkwiło mi w głowie spotkanie z maja 1977 roku w sprawie Bohdana Cywińskiego, który będąc redaktorem naczelnym miesięcznika „Znak” wziął udział w głodówce zorganizowanej przez opozycję polityczną w warszawskim kościele p.w. św. Marcina. Sytuacja była trudna. Nie chcieliśmy przecież odcinać się od niego, a przyjęcie proponowanej przez niego dymisji tak zostałoby odczytane. Z drugiej strony podejrzewaliśmy – i słusznie – że władze za tak ostentacyjnie manifestowaną opozycyjność, odegrają się na miesięczniku.

    Szereg było kluczowych narad, ale tylko raz, właśnie wtedy, Turowicz zaproponował: „Wiecie co, zmówmy »Ojcze nasz«”. I tak zrobiliśmy, dodając do tego modlitwę do Ducha Św. Wiedzieliśmy, że decyzja dotycząca Cywińskiego jest ważna, przede wszystkim dlatego, że zależało nam, by nie skrzywdzić samego Bohdana. A tamta wspólna modlitwa pokazywała, że było to jednak towarzycho, które prowadziło katolickie pismo, bez względu na to, jaki światopogląd był bliski pisującym w nim autorom.

    ***

    Ważną rolę spełniały narady redakcyjne w mieszkaniu naszej hrabiny, Zofii Starowieyskiej-Morstinowej, przy placu Sikorskiego 4 (przed 1956 był to plan Jabłonowskich). Narady były potrzebne choćby dlatego, że po 1956 roku trwało docieranie ideowe i emocjonalne dwóch generacji „Tygodnika”. Tak to opisywałem w mojej książce autobiograficznej „Minione a bliskie” (op.cit., s. 302–303): „Ważny był spór pokoleniowy, jaki toczył się wówczas w redakcji i poza nią”. Bo dyskusje na redakcyjne tematy przenosiły się do domów i na spotkania towarzyskie; myśmy właściwie cały czas rozmawiali o „Tygodniku”! Wracając do sporu, miał on „jak gdyby dwie osie. Jedna – wokół której obracały się kwestie literackie, artystyczne; druga – natury światopoglądowej w ramach przez wszystkich praktykowanego i przeżywanego katolicyzmu. Zwłaszcza Kubiak i ja chcieliśmy nadawać pismu charakter bardziej literacki i »egzystencjalistyczno-historiozoficzny«, nieco mroczny. Byliśmy ludźmi doświadczonymi wojną i terrorem. Starsze pokolenie to byli tomistyczni optymiści. Spory toczone u pani Zofii to nie były żarty. Skakano sobie do oczu. Turowicz starał się zawsze zbalansować racje, stanowczo obstając przy katolickości żywej, pełnej i racjonalnej. Był za Maritainem, a nie Camusem. Nas intrygował »Obcy« i żyliśmy w atmosferze »Dżumy«. W Galicji panował większy spokój ducha”.

    Turowicz wszystkich rozumiał i doceniał zdolności poszczególnych ludzi, dlatego nie bał się wpuszczać do „Tygodnika” różnych nurtów myślenia. Bo choć była w piśmie i „klika kulturalna”, na czele z panią Starowieyską-Morstinową, czy „metafizyczna” zbierająca się u ks. Bardeckiego, każdy był przekonany, że Turowicz wie, o co im wszystkim i każdemu z osobna chodzi.

    Wobec młodych, którzy pojawili się po 1956 roku, kąśliwy bywał Kisiel. Gdy zacząłem prowadzić rubrykę „Bez ogródek”, krytykował ją, uważając, że powinienem ostrzej atakować głupstwa pojawiające się na łamach partyjnej i rządowej prasy. Bo tak prowadzono tę rubrykę przed odebraniem pisma prawowitej redakcji w 1953 roku. Od kiedy jednak w Sejmie znalazło się koło posłów Znak i wciąż prowadzono „dialog z marksistami”, rubryka bardziej czepiała się różnych absurdów, niż je atakowała. Powiedziałem wówczas Kisielowi: „Stefanie, przecież ty sam dziwnie złagodniałeś w Sejmie, więc jak można w »Tygodniku« być ostrzejszym”.

    Gdy napisałem pierwszy odcinek własnego felietonu w ramach „Bez ogródek”, Turowicz poprosił mnie bym to jakoś podpisał. Akurat czytałem „Sen nocy letniej”, gdzie jest Spodek z oślą głową, który chce „zaryczeć jak słowik i zakląskać jak lew”. I tak właśnie ten pierwszy odcinek podpisałem, przez co wprowadziłem na łamy pseudonim, który utrzymał się na nich przez następne prawie 40 lat.

    Choć Kisiel czasami kręcił nosem na młodych, szybko go polubiłem i raczej nie było między nami większych spięć. Gdy zjawiał się w redakcji, była wielka uciecha – przychodził i opowiadał te swoje straszne kawały. Kiedy miał odczyt poselski w Krakowie, od razu mówił, że pije dopiero po jego wygłoszeniu. Potem zapraszał do restauracji, ale nie wszystkich, z reguły Kozłowskiego, Pszona, mnie.

    ***

    Wiele Turowiczowi zawdzięczam. Dzięki swobodzie, jaką mi dał zaraz na początku mojej pracy w redakcji, nie bałem się realizować różnych pomysłów, które mogły się na pierwszy rzut oka wydawać nie-Tygodnikowe. Jak choćby pierwsza ankieta „Moi rodzice”, którą ogłosiłem na łamach „TP” w 1959 roku. Zainspirowała mnie wówczas moja i żony sytuacja rodzinna – obaj nasi ojcowie zostali po wojnie na emigracji, nigdy do kraju nie wrócili, żyjąc w Chicago. Na ankietę, biorąc pod uwagę, że „Tygodnik” czytali i studenci, i rodzice, i starsi państwo napisać mógł każdy. I tak się rzeczywiście stało – do redakcji przyszło kilkaset wypowiedzi. Nie przewidzieliśmy tego, bo nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak bardzo w tamtym systemie ludzie potrzebowali zauważenia i docenienia prywatności. Państwo spychało ją przecież na margines, bezwzględnie zawłaszczając kolejne jej przejawy. Ten „ludzki głos” w „Tygodniku” był jak objawienie. Najstarsi czytelnicy wspominali rodziców biorących udział w powstaniu styczniowym, a najmłodsi z powstania warszawskiego.

    Nie zawsze jednak zgadzałem się z Jerzym, np. nie podzielałem jego fascynacji teologią wyzwolenia. Zdawałem sobie sprawę, dlaczego taki ruch powstał, współczułem ludziom, którzy upatrywali w niej nadziei na rozwiązanie swoich problemów, ale irytowała mnie ich naiwność oraz brak wiedzy o tym, czym jest komunizm i socjalizm. Turowicz z kolei uważał za teorię spiskową przekonanie, że ruch teologii wyzwolenia jest infiltrowany i sponsorowany przez Związek Radziecki. Mnie zaś do dzisiaj wydaje się to całkiem prawdopodobne.

    Nieraz zresztą przekonywałem się, że Jerzy nie różni się zbytnio w poglądach od zachodnioeuropejskich lewaków. Widzę w tym przejaw ukształtowanej przed wojną niechęci do prawicy. Na początku lat 90. ostrzegałem Jerzego, że pismo nie może skręcać na lewo, bo stracimy czytelników; prawie zaczął na mnie krzyczeć. Ale to był w ogóle trudny czas. Nie rozumiałem się już za dobrze z młodą częścią redakcji, jaka ukształtowała się po 1989 roku, dochodziło do spięć. Mimo upływu lat, mam żal do Turowicza, że nie występował wówczas w mojej obronie.

    ***

    W grudniu 1992 roku napisałem list do Jerzego, w którym powiadomiłem go o moim odejściu z „Tygodnika” (kopia listu znajduje się w Archiwum Jerzego Turowicza, w Bibliotece Narodowej). Jerzy nie zatrzymywał mnie i odpisał następująco:

    Kraków, 4 stycznia 1993 r.

    Marku Drogi, nie taję, że list Twój bardzo mnie zmartwił. Szanuję, oczywiście, w pełni Twoje prawo do takiej właśnie decyzji i nie zamierzam Cię namawiać byś tę decyzję zmienił, co zresztą, zapewne, byłoby bezskuteczne. Zniknięcie Twoich felietonów z łamów „Tygodnika” będzie na pewno boleśnie odczute przez wielu naszych czytelników. Szczególnie mnie martwi Twoje odejście z zespołu „Tygodnika”. Zniknięcie Twojego nazwiska na pewno wywoła nieżyczliwe i niesprawiedliwe komentarze. Nie taję jednak także, że z Twoją oceną obecnej linii „Tygodnika” w dużej mierze się nie zgadzam. Nie przeczę, że w ostatnich czasach zdarzały się nam „błędy i wypaczenia” i ja miałem zastrzeżenia, co do niektórych sformułowań w materiałach o Drewermannie[2] i w artykule Gowina[3], ale to nie oznacza jakiejś dalszej zmiany w linii pisma. Nie rozumiem, dlaczego takiej zmiany się dopatrujesz w tym, co mówił Henryk Woźniakowski na opłatku Znaku.

    Wiem, że nie wątpisz, że z taką samą jak Ty miłością odnoszę się do Kościoła. Nie tylko jako wspólnoty wiernych, „ciała mistycznego”, ale i Kościoła instytucjonalnego. Wiem, jak dużo [jest] w tym naszym Kościele rzeczy dobrych: wiara skromna, bez rozgłosu prowadzona działalność w służbie Ewangelii i miłosierdzia. Ale to nie zmienia faktu, że, niestety, w tym Kościele, zwłaszcza w chwili upadku komuny, jest bardzo wiele triumfalizmu, samozadowolenia, a nieraz arogancji i hipokryzji. Nie będę tu przytaczał przykładów, są one wiadome, widoczne gołym okiem i wielu księży, a i niektórzy biskupi, patrzą na to z troską. I mnie martwi rosnący antyklerykalizm. Płynie on z postaw niechętnych, jeśli nie wrogich Kościołowi; płynie z niezrozumienia tego, czym jest ten Kościół, ale płynie także, i to niestety w bardzo znacznej mierze, z winy samego Kościoła. Jest reakcją na jego, Kościoła, czy raczej ludzi Kościoła, słowa i czyny. Śledzę, o ile to możliwe, sytuację Kościoła, jego działanie w Czechosłowacji i widzę, że ten Kościół jakoś dużo pokorniej, bez triumfalizmu, ale bardziej po chrześcijańsku wychodzi z komunizmu. Pewnie dlatego, że był dużo bardziej niż nasz prześladowany.

    Nasza krytyka Kościoła, mimo błędów, które na pewno popełniamy, płynie jednak przede wszystkim z troski o rolę tego Kościoła w społeczeństwie pluralistycznym i o skuteczność jego misji ewangelizacyjnej. Znamy granice tej krytyki. Świadczy o tym, że rozeszliśmy się z Romanem Graczykiem. Myślę, że taki głos niezależny, jak nasz – wszak między „Ładem” i „Niedzielą” z jednej strony, a z „Polityką” czy „Wprost” z drugiej, jest to głos nieomal jedyny – jest jednak temu Kościołowi potrzebny, bardziej niż się to wielu ludziom wydaje. Przecież takiej funkcji nie będzie pełniło „Słowo Powszechne”, które księża biskupi właśnie przechrzcili na dziennik katolicki, lekko ręką wybaczając to, w jaki sposób to pismo „służyło” Kościołowi przez minione półwiecze i równie lekką ręką zapominając, czym przez to półwiecze był „Tygodnik Powszechny”.

    Boję się, że wielu ludzi Kościoła zapomina o tym, że ten Kościół jest boski i ludzki zarazem, i że krytyka tego, co jest ludzkie nie musi naruszać tego, co jest w nim święte. Nie jestem pesymistą. Polska znajduje się w trudnym okresie przejścia. Nic dziwnego, że i Kościół (instytucjonalny!) z trudem szuka swego miejsca w nowej rzeczywistości, ale jestem przekonany, że na dalszą metę świętość Kościoła zwycięży. I że, zgodnie z duchem Soboru, nowa ewangelizacja będzie się posługiwać raczej dialogiem ze światem, niż krucjatą czy konfrontacją.

    Marku Drogi, ja bardzo sobie cenię te długie lata naszego wspólnego wojowania. Wdzięczny Ci jestem za wszystko, co do naszego wspólnego dzieła wniosłeś i nie wątpię, iż to, że nasze drogi się rozchodzą w niczym nie osłabi więzów przyjaźni i wzajemnego szacunku. Zgodnie z Twoim życzeniem usuwamy Twoje nazwisko ze stopki pisma, przyjmujemy do wiadomości, że przestajesz pisać felietony, ale łamy „Tygodnika” nadal są dla Ciebie otwarte, jeżeli będziesz chciał zabrać głos w jakiejś sprawie, czy też opublikować jakiś utwór literacki.

    Ściskam Cię serdecznie – Jerzy

    Nie było łatwo odchodzić, ale ostatecznie pożegnanie z „Tygodnikiem” okazało się dla mnie zbawienne – wreszcie miałem czas na pisanie książek. Nigdy też nie zapomnę, że Turowiczowi, ponieważ przyjął mnie do redakcji, zawdzięczam dwie ważne dla mojego życia przyjaźnie: z Czesławem Miłoszem i Janem Pawłem II. Dlatego wciąż czczę mojego szefa.

    ***

    Obawiam się, że nie ma możliwości kontynuowania starego „Tygodnika”, tym bardziej że w moim przekonaniu pismo ma kłopot ze zdefiniowaniem swojej roli, nawet z docenieniem Soboru. To chyba skutek dokonującej się reakcji antysoborowej, z Radiem Maryja na wałach. Jeśli jednak pojawi się w zespole dostatecznie dużo redaktorów, którzy będą przeżywać Kościół posoborowo, w duchu Jana Pawła II, wtedy nie powinni na nic zwracać uwagi, tylko przeć do przodu, a zwolennicy sami się znajdą. Klucząc i chowając ogon pod siebie, można zrazić nawet największych zwolenników, zasiewając w nich wątpliwości. Tymczasem, będąc przekonanym o słuszności przekonań, należy iść do przodu, bez względu na opinie, jakie się o sobie słyszy.

    Turowicz nie miał wątpliwości, a w swojej publicystyce dotyczącej Kościoła zawarł kluczowe dla niego problemy. Nie widzę, by dzisiaj pojawiły się inne tematy dotyczące katolicyzmu, aniżeli te postawione za Turowicza. Na dodatek Jerzy był chłonny na wszystko, co działo się w kulturze. Gdy udawało mu się wyjechać, zajmował się albo sprawami Kościoła, albo, niczym Zbigniew Herbert, bez ustanku latał po muzeach. Szkoda, że, choć był człowiekiem niesłychanie pracowitym, nie miał czasu na pisanie książek.

    Na koniec zostawiłem to, co najważniejsze: Turowicz był autorytetem i to nie tylko dla ludzi w „Tygodniku”, a jego nazwisko otwierało najważniejsze drzwi.

     

    Kraków, 22 grudnia 2008 r.

     

    MAREK SKWARNICKI (ur. w 1930 roku w Grodnie – zm. w 2013 roku w Krakowie) był poetą i publicystą; edytorem poezji i dramatów Karola Wojtyły; autorem pieśni kościelnych i przekładu psalmów. W latach 1958–1992 był redaktorem „Tygodnika Powszechnego”; pisywał też, jako Spodek, felietony. Wydał m.in. Australijska wiosna (Znak, Kraków 1988), Podróże po Kościele (Éditions du Dialogue, Paryż 1990), Jan Paweł II (Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2002, I wyd.), Mój Miłosz (Biały Kruk, Kraków 2004), powieść Marcin (Znak, Kraków 1967), zbiory poezji (debiut poetycki w 1961 roku tomem Papierowy dzwon; Znak, Kraków), książki o tematyce religijnej oraz wspomnienia: Dzienniki 19821990 (Znak, Kraków 1998), Minione a bliskie (WAM, Kraków 1999), Niezapomniane lata 19782003 (Gaudium, Lublin 2003), Czas ucieka, wieczność czeka. Niezwykłe życie z Krakowem w tle (Świat Książki, Warszawa 2007). Laureat wielu nagród, m.in. Fundacji im. Kościelskich i Fundacji Konferencji Episkopatu Polski „Dzieło Nowego Tysiąclecia” TOTUS.

     

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

     

    © Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego

    [1]        Jerzy Patkiewicz [Marek Skwarnicki] O optymizmie wiary (nadtytuł: O powieści katlickiej), „Tygodnik Powszechny” nr 49, 9 grudnia 1951, s 7. Szczegóły debiutu na łamach „TP” Marek Skwarnicki opisuje w książce wspomnieniowej Minione a bliskie (WAM, Kraków 1999, s. 211–213).

    [2]        Drewermann ma głos – z (suspendowanym) księdzem dr. Eugenem Drewermannem rozmawia Wojciech Pięciak, „TP” nr 51, 20 grudnia 1992, s. 6–7.

     

    [3]        Jarosław Gowin, Dlaczego zaprzestaję autocenzury, czyli Wojna Wandei z Oświeceniem, „TP” nr 49, 6 grudnia 1992, s. 1, 4–5.

Tutaj nie można dodawać komentarzy.