• Ks. Łukasz Kamykowski

    Opublikowany Sierpień 31, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

    W kamienicy przy ulicy Sobieskiego w Krakowie, gdzie mieszkali rodzice i siostry pana Jerzego Turowicza, pojawiłem się mając trzy miesiące. Urodziłem się w rodzinnym mieszkaniu mamy przy ulicy Grodzkiej, a przy Sobieskiego, po sąsiedzku z rodzinnym domem Turowicza, było mieszkanie mojego dziadka ze strony taty. Zamieszkaliśmy w dwóch pokojach połączonych korytarzykiem bez okna, z którego zrobiona była kuchenka. Jak to zwykle bywało w kamienicach, wspólne z innymi współlokatorami były sanitariaty.

    Klotylda i August Turowiczowie, rodzice pana Jerzego, mieszkali piętro niżej, dokładnie pod nami. Byłem zbyt mały, by cokolwiek dokładnie mi tłumaczyć, więc powiedziano mi tylko, że pod nami mieszka pan sędzia i pani sędzina, i że trzeba się zachowywać cicho oraz grzecznie kłaniać, gdyby się ich gdzieś spotkało. Potem, kiedy pani Turowiczowa była chora i leżała przez lata w łóżku, szczególnie uczulano nas na to, by siedzieć cicho. Nie było to bezpodstawne – trzech dorastających chłopców potrafi wygenerować sporo hałasu.

    Moja mama przyjaźniła się z panią Marią Turowiczówną. Często wracały razem z Kolegiaty św. Anny do domu. Nie był to nigdy nasz kościół parafialny (takim był najpierw kościół pw. św. Szczepana, a potem ojców karmelitów na Piasku), raczej kościół z wyboru, za którym stał nie tylko sentyment, sława kazań ks. Jana Pietraszki, ale z czasem i powód praktyczny. Otóż w roku szkolnym 1960/61, tuż po mojej pierwszej komunii, wyrzucono ze szkoły naukę religii. To wydarzenie zbliżyło mnie do ludzi z kręgu „Tygodnika Powszechnego”, ponieważ grupa rodziców wymyśliła – na wzór tajnych kompletów z czasów wojny – lekcje katechezy prowadzone w domach uczniów.

    Aktywnie działała w tej grupie pani Maja Woźniakowska, z którą też była zaprzyjaźniona moja mama – poznały się na Plantach, jeżdżąc w tym samym miejscu z wózkami, gdyż jej najstarszy syn, Henryk, jest w wieku mojego starszego brata, Macieja. W sprawie domowej katechizacji zwrócono się do ówczesnego biskupa pomocniczego, ks. Karola Wojtyły. Ten poparł taką działalność i wyznaczył ks. Mieczysława Turka na prowadzącego zajęcia. Na lekcje uczęszczały nie tylko dzieci redaktorów „Tygodnika”, ale też latorośle szerszego grona ludzi, którzy się znali i sobie ufali. Uczyłem się m.in. z dziećmi Jana Józefa Szczepańskiego oraz dziećmi z rodziny ks. Franciszka Macharskiego. Spotykaliśmy się po domach, np. u państwa Woźniakowskich przy Wyspiańskiego, u kogoś na Salwatorze.

    Przez rok była to nasza jedyna forma katechizacji. Później lekcje katechezy zorganizowała parafia św. Anny, a następnie św. Szczepana, więc miałem już gdzie się uczyć. Ponieważ jednak związaliśmy się z ks. Turkiem, do matury chodziliśmy do niego całą grupą na dodatkową lekcję religii, która odbywała się w salce nad zakrystią w Kolegiacie św. Anny.

    Jerzego Turowicza widywałem wtedy od czasu do czasu – od dawna już przecież nie mieszkał przy Sobieskiego – wiedziałem, kim jest i czym się zajmuje. Nigdy jednak – nawet gdy zacząłem się pojawiać jako autor na łamach „Tygodnika Powszechnego” – nie znalazła się okazja, by porozmawiać o, w pewnym sensie, „wspólnym gnieździe”.

    ***

    Gdy byłem młodszy, poznawałem „Tygodnik” z drugiej ręki, przez mamę, która pismo czytała i referowała zainteresowanym. Jako licealista i student matematyki, czytałem już pismo bardzo regularnie. Byłem zresztą zaangażowanym katolikiem: należałem do zespołu studyjnego Synodu Krakowskiego, który obradował w latach 70.; wcześniej związałem się z grupą bp Pietraszki w Kolegiacie św. Anny, która spotykała się raz w miesiącu, by czytać i komentować fragmenty Biblii. W „Tygodniku” lubiłem czytać w tamtym czasie „Szkołę Mędrców” Spodka, czyli Marka Skwarnickiego; do dzisiaj zaglądam do książki, w której teksty zostały zebrane. Odpowiadał mi sposób podchodzenia do rzeczywistości autora, jego poczucie humoru, ale i spora wiedza. Od tej rubryki rozpoczynałem lekturę pisma, potem dopiero sięgałem po inne teksty, by dowiedzieć się, co się dzieje w Kościele i na świecie.

    Często też czytałem teksty Tadeusza Żychiewicza, który czasem mnie złościł, a czasem bardzo mi się podobał, np. wtedy gdy pisał rozważania biblijne. Po Soborze Watykańskim II, bodaj na początku lat 70., Żychiewicz napisał tekst przekorny i idący pod prąd ducha, jaki panował wówczas w piśmie Turowicza: „Ja dialoguję, ty dialogujesz, on, ona, ono…”[1]. Artykuł mnie zadziwił, bo był napisany z pozycji krytycznego dystansu wobec Soboru; autor, w pewnym stopniu, naśmiewał się z dialogiczności, która, jego zdaniem, stała się po Soborze bardzo modna.

    W 1975 roku wstąpiłem do seminarium duchownego w Krakowie, gdzie „Tygodnik” jak najbardziej się czytało. Po prawdzie nie było wyboru, bo było to wówczas jedyne katolickie pismo tygodniowe, które starało się obchodzić cenzurę i nie należało do PAX-u. Gdy jednak kilka lat później, pisząc doktorat, znalazłem się na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie (lata 1979–1982), spotkałem polskich księży, spoza Krakowa (zwłaszcza z diecezji byłej Kongresówki), których niechęć do „Tygodnika” była właściwie żywiołowa. Na dodatek podszyta przekonaniem, że za pismem stoi masoneria. Pamiętam swoje ówczesne zaskoczenie, bo nigdy takie myślenie nawet mi na myśl nie przyszło. Starałem się łagodnie to prostować, by nie doprowadzać do ostrych sporów, tym bardziej, że księża ci dość twardo stawiali sprawę.

    Na przełomie lat 80. i 90., kiedy rozpoczęła się transformacja, krytyka „Tygodnika” była już otwarta i właściwie niepohamowana. Wtedy jednak i ja czułem żal do „Tygodnika”, że związał się z jedną opcją polityczną i zamknął na innych, którzy też przecież o uzyskanie niepodległości się starali.

    To był w ogóle trudny czas. W lutym 1991 roku przeżyłem z ks. Andrzejem Bardeckim – moim sąsiadem z księżowskich mieszkań przy Placu Sikorskiego, jakie zajmowaliśmy przy klasztorze sióstr sercanek – ból jego odwołania przez kard. Macharskiego z funkcji asystenta kościelnego „Tygodnika Powszechnego”. Zarzutem było dopuszczenie do druku pewnej publikacji o tematyce politycznej[2]. Ks. Bardecki uważał, że jako asystent kościelny nie miał prawa w takie sprawy ingerować – publikacja nie miała przecież związku z doktryną katolicką czy moralnością, których przestrzegania miał strzec w piśmie; ani zakresem jego odpowiedzialności jako asystenta kościelnego. Ks. Andrzej wiedział, ile ma lat (wtedy 74) i zdawał sobie sprawę, że pora już rezygnować ze stanowiska, ale okoliczności, w jakich się to dokonało napełniły go dużą goryczą. W 1994 roku, gdy obchodził 55-lecie kapłaństwa, bardzo go ucieszył i podniósł na duchu niesłychanie ciepły list otrzymany od kard. Macharskiego.

    Ks. Bardecki był dyskretny, jeśli chodzi o szczegóły pracy w „Tygodniku”. Domyślałem się, że u sąsiada odbywają się spotkania „Tygodnikowego” działu religijnego, gdy zza ściany dochodziły hałaśliwe odgłosy, a spod drzwi pokoju wydobywał się dym. Bo większość zebranych namiętnie paliła papierosy albo fajki. Ks. Andrzej słuchał wszystkich dzienników i stacji (za PRL-u prowadził nasłuch także tych nielegalnych), dzięki czemu nie musiałem czytać prasy. Przy obiedzie on wszystko i tak zrelacjonował, niczym „Obraz tygodnia”. Zawsze zaczynał ni to oburzeniem, ni to zdziwieniem: „To ksiądz jeszcze nie wie, że…”. Żył tym, o czym pisano w „Tygodniku” i wydarzeniami bieżącymi – był rasowym dziennikarzem, po prostu. Nie przypadkiem abp Eugeniusz Baziak – metropolita Lwowa, który po wojnie znalazł się w Krakowie – gdy ks. Bardecki, po uzyskaniu doktoratu, został w październiku 1951 roku asystentem kościelnym „Tygodnika” i redaktorem jego działu religijnego, pouczał go: niech ksiądz się nauczy, jak robić pismo katolickie. Gdy wrócimy do Lwowa, będziemy musieli stworzyć coś podobnego.

    Jeszcze jako seminarzysta Vaticanum Secundum poznałem m.in. dzięki ks. Bardeckiemu. W tamtych murach dwie jego książki na ten temat, wydane przez Znak: „Kościół epoki dialogu” (1966) i „Przełom” (Kościół epoki dialogu II, 1971), były ważną lekturą.

    Po śmierci ks. Andrzeja we wrześniu 2001 roku zachowałem zgromadzone przez niego materiały dotyczące jego zaangażowania w idee ekumeniczne. Prawdopodobnie posłużą do napisania pracy na ten temat.

    ***

    Ważnym dla „Tygodnika” tematem stosunków chrześcijańsko-żydowskich zainteresował mnie mój rzymski promotor pracy doktorskiej, gdy szukałem tematu do habilitacji. Jednym z intrygujących mnie wówczas zagadnień były relacje Izrael–Kościół. To był rok 1986, promotor uważał temat za aktualnie najciekawszy, a rok później wybuchła sprawa z zakonem sióstr karmelitek, który zainstalowano na terenie obozu Auschwitz, co wzbudziło protesty środowisk żydowskich na świecie[3].

    Z uwagą obserwowałem przebieg tego sporu, próbując na tym przykładzie zrozumieć odrębność Żydów od chrześcijan. Wychowałem się przecież w Polsce czarno-białej: albo ktoś był wierzący, albo nie. Gdy ktoś wierzył, mniejsze znaczenie miało to, w co i jak. Wierząc w Pana Boga, już był swój. W trakcie studiów w Rzymie spotkałem się z różnobarwnym pod tym względem światem, ale mimo to, na początku sporu o Karmel nie potrafiłem zrozumieć, o co Żydom chodzi. Co im krzyż przeszkadza? Jak inaczej zaznaczyć, że tu jest cmentarz? Powoli uczyłem się rozumieć innych i zaczęło mnie fascynować, że medal ma nie tylko dwie strony, że ten temat jest właściwie jak diament z wieloma karatami w środku.

    Podobno dzięki Turowiczowi, za jego podszeptem, znalazłem się na pierwszym kolokwium chrześcijańsko-żydowskim zorganizowanym w Tyńcu, 24–27 kwietnia 1988 roku. Od tamtej pory jestem rozpoznawany jako osoba zajmująca się właśnie taką tematyką. Nie przypuszczałem wówczas, że będę angażował się w dialog, prędzej przypuszczałem, że będę „teoretykiem na zapleczu” (może dlatego, że najlepiej się czuję, gdy na sformułowanie odpowiedzi na zadane pytanie mam kilka dni). Stało się inaczej. Od kiedy istnieje Podkomisja, a teraz Komisja, ds. Dialogu z Judaizmem w polskim episkopacie, zasiadam w jej składzie. Tam bliżej poznałem innego redaktora „Tygodnika”, ks. Stanisława Musiała SI, który był jej pierwszym sekretarzem. Spotykaliśmy się przynajmniej trzy razy w roku w bardzo różnorodnym towarzystwie: ks. Waldemar Chrostowski, ks. Michał Czajkowski, ks. Andrzej Zuberbier. I choć wszyscy deklarowali wolę angażowania się w dialog z Żydami, dochodziło nieraz do ostrych spięć między nami. Czasami miałem wrażenie, że dialog najpierw jest potrzebny nam, a potem dopiero możemy wychodzić do starszych braci w wierze.

    Tematykę stosunków chrześcijańsko-żydowskich i polsko-żydowskich śledziłem też na bieżąco w „Tygodniku” i miesięczniku „Znak”, który przygotowywał poświęcone jej numery specjalne[4]. To były zresztą jedne z pierwszych pism w Polsce, które zaczęły się tym tematem wnikliwiej zajmować, o czym przekonałem się gromadząc materiały do rozprawy habilitacyjnej, którą napisałem wyłącznie w oparciu o materiały zachodnie.

    ***

    Autorem „Tygodnika” zostałem po powrocie z Uniwersytetu Gregoriańskiego w 1982 roku. Opublikowałem jednak zaledwie kilkanaście artykułów: recenzje, relacje z wydarzeń (m.in. z dużej konferencji chrystologicznej, którą Papieska Akademia Teologiczna zorganizowała w Krakowie w 1984 roku; cenzura pozwoliła napisać, że organizatorem było „środowisko krakowskie”, ale nie, że PAT, która, zdaniem władz, oficjalnie nie istniała[5]). Brałem udział w dyskusjach, np. w 1999 roku, gdy na łamach „Tygodnika” dyskutowano o prymacie papieskim, napisałem tekst na wyraźną prośbę kard. Macharskiego, który uważał, że debata jest zbyt jednostronna[6]. Jak widać, „Tygodnik” w kurii czytano i żywo interesowano się tym, co jest w nim publikowane. Zdarzyło mi się też zamieścić w „Tygodniku” jedyny tekst poetycki, w 1990 roku – „Droga Marty”, rozważania na Drogę Krzyżową[7].

    Nie wiedziałem, że byłem kandydatem na stanowisko asystenta kościelnego „Tygodnika”, jako następca ks. Andrzeja Bardeckiego. Mieli o to prosić kard. Macharskiego Jerzy Turowicz i Krzysztof Kozłowski[8]. Wtedy nie poczułem „troskliwego oka” redaktora naczelnego, który, podobnie jak kilka lat wcześniej w Tyńcu, dyskretnie chciał mnie gdzieś polecić, w coś zaangażować. Pozostałem więc jedynie okazyjnym autorem i lojalnym czytelnikiem pisma.

    Kraków, 21 lipca 2009 r.

    Ks. prof. ŁUKASZ KAMYKOWSKI (ur. w 1951 roku w Krakowie) jest teologiem (doktorat obronił na Gregorianum w Rzymie; ukończył też matematykę na Uniwersytecie Jagiellońskim). Kieruje Międzywydziałowym Instytutem Ekumenii i Dialogu w Uniwersytecie Papieskim im. Jana Pawła II. Był członkiem watykańskiej Komisji Teologiczno-Historycznej Wielkiego Jubileuszu Roku 2000. Wydał m.in.: Izrael i Kościół według Charlesʼa Journeta (Wydawnictwo Naukowe PAT, Kraków 1993), Cały Izrael. Ku katolickiej wizji Izraela i Żydów (Wydawnictwo Naukowe PAT, Kraków 1996, I wyd.), Pojęcie dialogu w Kościele katolickim. Wnioski z doświadczeń Kościoła w XX wieku (Wydawnictwo Naukowe PAT, Kraków 2003), Dialog według Biblii. Wstęp do poszukiwań (Wydawnictwo Naukowe PAT, Kraków 2008). Mieszka w Krakowie.

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

    © Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego

    [1]        Tadeusz Żychiewicz, Ja dialoguję, ty dialogujesz, on, ona, ono… (cykl: Wietrzyć odnowę!), „Tygodnik Powszechny” nr 4, 28 stycznia 1973, s. 4.

    [2]        W „Tygodniku” nr 8 z 24 lutego 1991 roku (s. 3) ukazał się tekst Waldemara Kuczyńskiego Waga prezydenckiego słowa, krytyczny wobec Lecha Wałęsy. Kard. Macharski miał żal, że jego list pasterski na Wielki Post został wydrukowany w tym samym numerze, co ta antywałęsowska publikacja. Józefa Hennelowa w książce „Bo jestem z Wilna…” (rozmowy przeprowadził Roman Graczyk) tak wspomina to zdarzenie: „Zarzut księdza kardynała, że obok jego listu pasterskiego jest, na sąsiedniej kolumnie, artykuł o wymowie antywałęsowskiej, był niezrozumiały. Przecież asystent kościelny za takie rzeczy nie odpowiada. Kardynał mógł wezwać redaktora naczelnego czy zastępcę i nawet zmyć mu głowę, powiedzieć, że na przyszłość sobie takich rzeczy nie życzy. Ale żeby z takiego powodu usuwać człowieka, który od czterdziestu lat czuwał wiernie nad katolicką linią »Tygodnika«?!” (s. 173, Znak 2001).

    [3]        Patrz: Jerzy Turowicz, Karmel w Oświęcimiu, „TP” nr 25, 22 czerwca 1986, s. 1, 4; Jerzy Turowicz, Ufam, że po raz ostatni… (podtytuł: W sprawie Karmelu w Oświęcimiu), „TP” nr 20, 16 maja 1993, s. 1, 8.

    [4]        Patrz: Żydzi w Polsce i w świecie. Katolicyzm judaizm, „Znak” nr 2–3, luty–marzec 1983 s. 171–566; „Znak” nr 7, lipiec 1984, s. 833–887; „Znak” nr 4–5, kwiecień–maj 1986, s. 23–91.

    [5]        Ks. Łukasz Kamykowski Jezus Chrystus wczoraj i dziś, „TP” nr 37, 9 września 1984, s. 7. Konferencja Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki, zorganizowana przez „Wydział Teologiczny w Krakowie” w dniach 27–28 lutego 1984 r., zgromadziła m.in., jak pisze autor relacji: „profesorów, asystentów i studentów z ośrodków związanych z Krakowem”.

    [6]        Ukazał się wówczas wywiad, nie tekst. Patrz: Czy papież w niebie będzie papieżem? (nadtytuł: Postscriptum do dyskusji o prymacie) – z ks. Łukaszem Kamykowskim, profesorem Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, rozmawia Artur Sporniak, „TP” nr 20, 16 maja 1999, s. 10.

    [7]        Ks. Łukasz Kamykowski Droga Marty, „TP” nr 14, 8 kwietnia 1990, s. 2.

    [8]        Patrz relacja ks. Mieczysława Turka.

Tutaj nie można dodawać komentarzy.