• Krzysztof Śliwiński

    Opublikowany Wrzesień 5, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

     

    „Tygodnikiem Powszechnym” zainteresowałem się jeszcze przed maturą dzięki wychowawcy, który opowiedział mi, jak ważne jest to pismo, w jakich okolicznościach zostało przejęte przez PAX i dlaczego, mimo wszystko, warto je czytać. Z lektury tamtego PAX-owskiego „Tygodnika” pamiętam przede wszystkim teksty Anny Morawskiej. To ona wprowadzała mnie w świat Teilharda de Chardin czy Thomasa Mertona.

    W 1956 roku zdałem maturę; kilka miesięcy później wydarzył się Październik, który był dla mnie wejściem w wiedzę i świat. „Tygodnika” wyczekiwałem jak gwiazdy na horyzoncie, która mnie, świeżo upieczonego studenta biologii na Uniwersytecie Warszawskim, miała prowadzić. Gdy „upolowałem” wreszcie pierwszy numer wznowionego pisma, nie mogłem się doczekać, by dojść do domu i przeczytać go od deski do deski. Koło Politechniki Warszawskiej wsiadłem więc w autobus nr 100 (była to w Warszawie linia okólna) i objechałem całą trasę zawzięcie czytając. Gdy wysiadłem, byłem już po lekturze.

    Turowicz i jego ludzie wyłaniali się dla mnie stopniowo. Związałem się z warszawskim Klubem Inteligencji Katolickiej, widziałem Jerzego, jak przewodniczy zebraniom. Byłem wtedy studentem, Jerzy – jednym z najbardziej szanowanych w tym gronie ludzi. Dystans mięzy nami był więc olbrzymi. Stopniowo jednak zbliżałem się do ludzi bliskich Turowiczowi, choćby do pani Anieli Urbanowiczowej[1], której pomagałem w prowadzeniu działalności ekumenicznej. Pani Aniela zapraszała mnie do swojego domu na Nowym Świecie, kiedy pojawiał się u niej KTOŚ: mała siostra, rabin, bywał i Turowicz. Wtedy było mi już bliżej do Jerzego, bo spotkania odbywały się w gronie góra dwudziestu osób.

    W 1961 roku skończyłem studia i poza tym, że byłem już autorem miesięcznika „Znak”, zacząłem organizować[2] zimowe wyjazdy towarzystwa z KIK-ów, krakowskiego i warszawskiego, do Pewli Małej niedaleko Żywca. Znajdował się tam dom pewnego żeńskiego instytutu świeckiego, który prowadził też pensjonat i dom pracy twórczej dla środowisk katolickich (teraz dom zajmuje zgromadzenie małych sióstr Jezusa). Wielu ludzi ze środowiska jeździło tam podczas wakacji letnich z rodzinami. Młodzi z kolei przyjeżdżali w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia na tydzień, by uczestniczyć w różnego rodzaju spotkaniach tematycznych, poruszających przede wszystkim kwestie soborowe. Byli prelegenci, dyskusje, wspólna modlitwa, ale też kuligi, zabawy i Sylwester. Spotkania miały charakter formacyjny i integracyjny. Znalazłem się tam pierwszy raz, jeszcze będąc studentem, za sprawą Andrzeja Paszewskiego (dziś profesora genetyki, pracującego w Instytucie Biochemii i Biofizyki PAN).

    Nie pamiętam, by uczestniczył w tych spotkaniach Jerzy Turowicz. Ale pamiętam Henryka Woźniakowskiego, Ewę Morawską (córkę Anny i Stefana Morawskich), Stefana Wilkanowicza, Andrzeja Wielowieyskiego, Halinę Bortnowską. Zawsze przyjeżdżało też jakieś wybitniejsze duchowieństwo, np. ks. Michał Heller. Tak na marginesie: ciekawe, że pojawiali się tam duchowni raczej nieznani, którzy później zyskiwali uznanie, m.in. o. Leon Knabit z Tyńca, ks. Andrzej Zuberbier, ks. Leszek Kuc, ks. Michał Czajkowski. Z reguły działo się tak, że z Warszawy przyjeżdżała jakaś ciekawa młodzież, z kolei Kraków służył osobami zasłużonymi.

    Pod koniec lat 60. i na począku 70. zacząłem zapraszać do Pewli „młodych poszukujących”: Barbarę Toruńczyk, Seweryna Blumsztajna, Macieja Ziębę. Wiedziałem, że nie mogę zaprosić Jacka Kuronia ani Adama Michnika, bo to potraktowano by jako „bezczelną prowokację”, za którą esbecja rozpędziłaby całą Pewel. Te nowe osoby, spoza „środowiska”, pojawiły się w Pewli za sprawą tzw. wydarzeń marcowych. Bowiem, o ile przed 1968 można było jeszcze się wahać czy lepiej przyczaić się przy ziemi i „zachowywać treść narodową”, czy też działać z na wpół uchyloną przyłbicą, o tyle rok ’68 to było ostateczne zdarcie masek. Między innymi to właśnie wtedy sekretarz warszawskiego Komitetu Wojewódzkiego PZPR, towarzysz Józef Kępa, wymieniając różne kategorie wrogów, wymienił też „moralistów marcowych”, mając na myśli ludzi, którzy dają moralne motywy do wystąpień młodzieży[3].

    ***

    Moje wtajemniczanie w „środowisko” postępowało: Jerzy Zawieyski, tuż po ’68 roku, zaprosił mnie po raz pierwszy do Ożarowa Mazowieckiego, do dworu pani Anieli Urbanowiczowej[4]. Byłem dla tego grona interesujący, ponieważ pracowałem na uniwersytecie, znałem protestującą w Marcu młodzież, byłem godzinami przesłuchiwany. Te doświadczenia były wówczas dla nich bardzo ważne, ponieważ podczas spotkania rozmawialiśmy na najważniejsze po Marcu tematy: gdzie, jako środowisko, jesteśmy? dokąd idziemy? Było to przecież po słynnej interpelacji Jerzego Zawieyskiego, w której wraz z innymi posłami koła Znak, bronił studentów brutalnie pobitych przez milicję[5].

    We dworze pani Anieli podpisano akt kapitulacji powstania warszawskiego. Domu jednak nie rozkradziono ani nie zniszczono, bo gen. Erich von dem Bach, choć był łotrem, nie tłukł filiżanek ani nie strzelał do obrazów. Dzięki temu środowisku „Tygodnika”, Znaku, „Więzi”, KIK-ów, posłów koła Znak, dwór pani Urbanowiczowej służył za miejsce spotkań. Ożarów był najwyższym nieformalnym ciałem całego ruchu. Wejść można było tylko za zaproszeniem, a te nie były rozdzielane według klucza stanowisk – prezesi, redaktorzy naczelni etc. – ale w najwyższym stopniu „po uważaniu”. Dla osób z zewnątrz było to szalenie irytujące: nie można tam było wskoczyć, mimo sprawowanych funkcji; można też było być wykluczonym za postępki budzące moralny i polityczny sprzeciw, co spotkało Janusza Zabłockiego[6]. Dzięki temu jednak stosunki między tymi ludźmi były bardziej koleżeńskie, otwarte.

    Spotkanie rozpoczynało się od obiadu, podawanego przy wielkim stole, na pięknej zastawie, ale skromnego. Nikt więc nie mógł mieć pretensji, że nie został zaproszony na „spotkanie środowiska”, bo pani Aniela mogła zapraszać do siebie na obiad kogo chciała. Prawda była taka, że o kształcie listy gości decydował Zawieyski, przy udziale Turowicza. Zapraszano około dwudziestu osób. Bywali: Krzysztof Kozłowski, Stanisław Stomma, Wilkanowicz.

    Ta towarzyska maska ma prawo dzisiaj śmieszyć – oto w jakimś dworze zbiera się towarzystwo, do którego można być tylko wprowadzonym, nie można było aspirować – ale w ówczesnych warunkach była to chyba jedyna szansa zachowania swojej tożsamości i zaufania (nie było możliwości, by do tego ścisłego grona wprowadzić, np. współpracownika SB). Poza tym, musieliśmy się rozumieć, by nie dyskutować o kwestiach drugorzędnych. Zapewniam, że choć wyglądało to snobistycznie, było od tego dalekie.

    ***

    Przez wszystkie te lata spotykałem się z Jerzym Turowiczem dosyć często, ale z reguły w większym gronie, np. w redakcji „Tygodnika”, w krakowskim „Wierzynku”, dokąd szliśmy na obiad, dopraszając jeszcze Kozłowskiego i Mieczysława Pszona, u pani Urbanowiczowej na Nowym Świecie w Warszawie. W 1974 roku wyjechałem na stypendium do Zairu (obecnie – Kongo), gdzie na wydziale biologii jedynego tamtejszego uniwersytetu w Stanleyville (obecnie Kisangani) prowadziłem zajęcia jako wykładowca. Pracowałem tam do 1979 roku. Przyjeżdżając na wakacje, prawie zawsze bywałem w Krakowie i byłem sporą „atrakcją”, bo do Afryki nikt wtedy nie jeździł. Moimi opowieściami fascynowali się wtedy i pani Hanna Malewska, i sam Jerzy oczywiście. Tu dygresja na temat dwu pań bardzo dla mnie ważnych. U pani Malewskiej bywałem systematycznie w mieszkaniu przy placu Axentowicza, gdzie przy herbacie i nalewce (albo przy obiedzie w ulubionej restauracji hotelowej) prowadziło się długie rozmowy; żałuję, że nie pamiętam już ich szczegółów. W orbitę pani Malewskiej wprowadziła mnie pani Anna Morawska, wybitna publicystka, którą również szalenie ceniłem i cieszyłem się jej przyjaźnią. To jej zawdzięczam poznanie – niebagatelnych dla mojej osobistej wiary – pism Dietricha Bonhoeffera, Karla Rahnera SI, czy wymienionych już tutaj Teilharda de Chardin i Thomasa Mertona. Ona ich tłumaczyła, nawiązywała do nich w swojej publicystyce.

    W 1978 roku, przy okazji kolejnego wyjazdu do Afryki, zatrzymano mnie na lotnisku w Warszawie i rozpoczęły się dwa tygodnie uciążliwych, choć zabawnych, utarczek. Paszport oddano mi 16 października wieczorem, w dzień wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża. Dzień później poleciałem do Belgii, skąd miałem samolot do Zairu. Ale ja chciałem do Rzymu! W Brukseli poszedłem więc do ambasady włoskiej, by odwołać się do katolickich uczuć w sercach jej urzędników i poprosić o wizę. Pokazałem im też „glejt” wystawiony po łacinie przez kard. Stefana Wyszyńskiego „do wszystkich”, że „jestem mąż chwalony przez wielu kapłanów”, co miało mnie uwiarygodnić przed zairskimi duchownymi i pomóc w prowadzeniu działalności w duszpasterstwie akademickim. „Glejt” pomógł – otrzymałem wizę do Rzymu. Poleciałem do Genewy, gdzie spotkałem na lotnisku brata Rogera, założyciela wspólnoty Taizé, jego konfratra, brata Marka, który mnie znał, oraz kard. Alexandra-Charlesa Renarda, arcybiskupa Lyonu i prymasa Galii.

    Dzień po moim przylocie do Rzymu odbyła się inauguracja pontyfikatu Jana Pawła II. Zostałem tam tydzień, spotkałem m.in. ks. Janusza Pasierba oraz Jerzego Turowicza, który zabierał mnie w różne miejsca, więc zacząłem z nim spędzać całe dnie. Byliśmy zarówno w prowadzonych przez wspólnotę Taizé instytucjach pomocy biednym, jak na uroczystym posiedzeniu włoskiego Zgromadzenia Narodowego, zorganizowanego na cześć papieża, i wielu wykwintnych przyjęciach, m.in. u przewodniczącego Senatu (nawiasem mówiąc: nigdy wcześniej nie widziałem TAKIEJ biżuterii jak wówczas na kobietach z rzymskiego patrycjatu, które zresztą przychodziły na te przyjęcia – dla bezpieczeństwa, rzecz jasna – w towarzystwie… agentów ubezpieczeniowych). Odwiedzałem też Jerzego u Wandy Gawrońskiej, u której mieszkał; wychodziliśmy razem na kawę bądź wino.

    Podczas tamtego „rzymskiego tygodnia” Jerzy zaproponował mi wypicie bruderszaftu i wtedy faktycznie się zaprzyjaźniliśmy. Gdy rok później wróciłem z Afryki do Polski na stałe, Jerzy wielokrotnie przychodził do mnie na Litewską w Warszawie, co wcześniej nie było przyjęte. Przyjeżdżał też na moje urodziny, choć styczeń to nie jest dobra pora roku na podróże. Moje urodziny to była zresztą świetna okazja, by Jerzy nawiązał kontakty z szeroko pojętym środowiskiem opozycyjnym, bo wówczas bywali u mnie wszyscy: Kuroń, Michnik etc.

    Jerzy był dużo starszy ode mnie, więc podczas tych rzymskich peregrynacji podziwiałem w nim ciekawość świata i fizyczną gotowość do jego poznawania. Jeszcze dwa czy trzy razy miałem szczęście być wtedy kiedy i Jerzy w Rzymie, spędzając z nim mnóstwo czasu, i za każym razem uderzało mnie to samo: dla mnie taka aktywność była dosyć wyczerpująca, jemu dawała mnóstwo radości. Kiedyś odwiedziliśmy Wspólnotę Św. Idziego na Zatybrzu. Wracaliśmy w nocy po kilku godzinach rozmów i spotkań, kiedy zaproponowałem: „Jerzy, a może byśmy się napili wina, skoro już jesteśmy na Trastevere?”. „Chętnie! Proszę bardzo”.

    Innym razem, gdy ekipa wydawnictwa Znak przyjechała do Rzymu w 1989 roku, by pielgrzymką do papieża uczcić 40-lecie powstania firmy, zdecydowano się pokazać uczestnikom tej wyprawy miejsca i eksponaty z reguły przed ludzkimi oczami ukrywane, m.in. Groty Watykańskie, gdzie pochowano św. Piotra. Ponieważ umówiłem się z jakimś dziennikarzem na duży lunch, powiedziałem do Jerzego: „Groty grotami – nie uciekną, skoro są już dwa tysiące lat. Może zostawmy św. Piotra i chodźmy na pewne spotkanie?”. Szelmowski błysk w oku, charakterystyczny uśmieszek… „Świetnie! Idziemy”. No i Jerzy wymyka się z wycieczki, jedziemy na Trastevere, by posiedzieć w restauracji i porozmawiać. Jemu można było proponować takie rzeczy…

    Coś podobnego zdarzało się w latach 80., gdy zajmowałem się sprawami zagranicznymi Solidarności i przyprowadzałem do Jerzego zagranicznych dziennikarzy i dyplomatów. Udawaliśmy się wówczas na długie rozmowy do „Szlacheckiego Jadła”.

    Dużo, dużo później Jerzy zwierzył mi się, że dwie sprawy uważa za swoje porażki. Jedna miała charakter osobisty, druga – że nie napisał żadnej książki. Nie mogłem w to uwierzyć: „Jerzy, po co ci książka? Przecież ty nas stworzyłeś, wszyscy z ciebie jesteśmy. O ile jest ważniejsze być właśnie kimś takim, niż napisać książkę!”. Zdziwił mnie, że to w ogóle jest dla niego problem, a on chyba do końca życia robił sobie z tego powodu wyrzuty.

    Jerzy nie zdawał sobie sprawy, jak niezwykle stwórczą i twórczą jest postacią – on, który martwił się, że nie napisał książeczki… Nawiązuję tutaj do ważnej części teologii, według której dzieło stworzenia jest nieskończone i Pan Bóg powołał sobie spośród nas współpracowników, by dzieło stwarzania kontynuować i podtrzymywać. Jestem pewien, że Jerzy był wyjątkowo ważnym i aktywnym współpracownikiem Pana Boga w dziele stwarzania świata.

    ***

    Turowicz zrobił mi ten zaszczyt, że pod koniec lat 80. wysłał mnie do Holandii, w swoim imieniu, na kilkudniowe spotkanie redaktorów naczelnych prasy katolickiej z całej Europy. Zastępować Turowicza! Takie wyróżnienie od razu zapewniało mi odpowiednio wysoki status wśród zgromadzonych redaktorów.

    Po tym konwentyklu zostałem jeszcze kilka dni w Amsterdamie i zamieszkałem w hotelu założonym przez franciszkanki w ich wymierającym konwencie. Mieszkali tam również niektórzy uczestnicy pierwszego w historii spotkania intelektualistów katolickich z tzw. humanistami holenderskimi, czyli, można powiedzieć: zorganizowanymi ateistami. Katolicy brali udział w tym spotkaniu jako oficjalna delegacja Rzymu, przewodniczył mu kard. Paul Poupard (wówczas zwierzchnik Sekretariatu ds. Niewierzących w Watykanie), a jednym z uczestników był kard. Godfried Danneels, prymas i przewodniczący Episkopatu Belgii. Było tam jeszcze parę innych wybitnych osób, a całe spotkanie opisałem później w „Tygodniku”[7]. Poupard, wiedząc że zastępowałem Turowicza podczas spotkania redaktorów naczelnych, wpadł na pomysł, by zaprosić mnie do udziału i w tych obradach. Odstąpił nawet mnie, „intelektualiście ze Wschodu”, swoje miejsce. Śmieszne to było: uczestniczyłem, w zastępstwie Turowicza, na miejscu Pouparda, w obradach delegacji watykańkiej ds. rozmów z ateistami…

    Jerzemu zawdzięczam poznanie wielu intelektualnie ważnych dla mnie osób, np. Gwendoline Jarczyk – Francuzkę pochodzenia śląsko-polsko-niemieckiego, chyba rówieśnicę Turowicza, wybitną dziennikarkę a zarazem bardzo dobrą tłumaczkę Mistrza Eckharta. Pani Jarczyk świetnie znała się na teologii, a jednocześnie nie przynosiło jej ujmy zajmowanie się bieżącymi tematami dziennikarskimi z „kościelnego podwórka”. Bardzo była w tym podobna do Jerzego. Pamiętam, siedzieliśmy w hotelu „Victoria” przy okazji którejś wizyty Jana Pawła II w Polsce: obserwowałem, jak obie te postaci, Jarczyk i Turowicz, szalenie dobrze ze sobą korespondują – jak mało kto z ludzi, których znam. Oboje idealnie łączyli w swojej pracy katolickie w tematyce dziennikarstwo z fachową obsługą ważnych wydarzeń, choćby pielgrzymki papieskiej. Wizyta papieża nie pochłaniała ich jednak na tyle, by nie mogli porozmawiać np. o mistykach renańskich.

    Taki właśnie był Jerzy: to nie był dziennikarz, który interesuje się kościelnymi sprawami wyłącznie z osobistych czy profesjonalnych powodów. Turowicz był bardzo dobrym dziennikarzem, ale zajmował się kościelno-religijną rzeczywistością przede wszystkim dlatego, że ona go żywo obchodziła. Nie potrafił myśleć według schematu: zamknęliśmy temat synodu, zajmijmy się teraz pojednaniem polsko-żydowskim, bo interesował się – naprawdę i do głębi – kwestiami znajdującymi się w centrum chrześcijaństwa.

    ***

    Niewielu było ludzi, których uważałbym za tak bliskich i ważnych dla mnie jak Jerzy Turowicz. Mniej więcej od począku lat 80. żadnej ważnej decyzji życiowej nie podejmowałm bez konsultacji z Jerzym. Tak było, gdy powstawała „Gazeta Wyborcza” i Adam Michnik poprosił mnie o wstąpienie do jej zespołu redakcyjnego (zdawałem sobie sprawę, że Adam zaprasza mnie do „Gazety”, by stworzyć nowe pismo w oparciu o różne środowiska), czy później, gdy rozpoczynałem pracę w dyplomacji. Za każdym razem chciałem z nim porozmawiać i ewentualnie poprosić o błogosławieństwo. Oczywiście, wszystko odbywało się w tonie: „rób, jak uważasz za stosowne”, ale na pewno, gdyby powiedział „nie”, nie musiałby tego uzasadniać. Jeszcze tylko dwóch osób radziłem się w takich sytuacjach: Wiktora Woroszylskiego i Bronisława Geremka, ale jedynie z Turowiczem rozmawiałem na bardzo ważnej dla mnie płaszczyźnie chrześcijańskich powinności. Inny człowiek pobożny poszedłby do spowiednika, ja udawałem się do Turowicza, ot co.

    W głównych moich sympatiach religijno-politycznych „jestem z Jerzego”. Mam go za ojca i przewodnika, który pomagał mi w tej katolickiej pełni, w tym ogrodzie, gdzie chwasty czy inne inkwizycje wyrosły, znajdywać wspaniała miejsca i ludzi. Dla mnie, jak dla Turowicza, konserwatyzm religijny czy polityczny nigdy nie miał powabu, ale nowinki soborowe – jak najbardziej. Nie zapomnę też, że Turowicza cechowała nieskończona życzliwość do ludzi, zupełnie nadzwyczajna. Kiedyś zapytałem go, czy widzi jakichś wybitniejszych księży w kolejnym pokoleniu. „Tak, ks. Józef Michalik” – usłyszałem (pracował on wówczas w polskim kościele p.w. św. Stanisława w Rzymie). Skoro tak, wybrałem się na jego inaugurację biskupią do Gorzowa Wielkopolskiego. Usłyszałem tam jednak kazanie o Matce Bożej Częstochowskiej powiedziane tak, jakby nie istniała żadna poważna literatura mariologiczna, a tylko dewocyjno-narodowe broszurki. Przypuszczam, że Jerzy przejął sympatię do ks. Michalika od papieża, a znajdował się on pod szalonym wpływem, we wszystkim, gustów papieskich, czego często nie podzielałem.

    Do tej pory mam wrażenie, że po śmierci Jerzego nie mam z kim porozmawiać np. o Dorothy Day, bo nikt takiej osoby nie zna, a z tych, co znają nikt nie zrozumiał jej tak, jak Jerzy Turowicz. Zrozumienie to wynikało nie tylko z tego, że Jerzy przeczytał wszystkie jej książki i teksty, ale z przeniknięcia do głębi tej zdumiewającej postaci. Dla Polaka wyobrazić sobie konsekwentną pacyfistkę w czasie wojny, na dokładkę we wczesnej młodości zafascynowanej komunizmem, to była perspektywa trudna do przyjęcia. Tymczasem dla Jerzego ten rodzaj radykalizmu chrześcijańskiego był bardzo pociągający.

    Opowiadając o swoich kontaktach z Jerzym Turowiczem, nie mogę nie wspomnieć o mojej wielkiej przyjaźni z Włodkiem Zagórskim i Anią Micińską, w których domu przy alei Wilanowskiej wielokrotnie się z Jerzym widywałm. W jego domu, przy Lenartowicza w Krakowie, zacząłem go odwiedzać na kilka lat przed śmiercią, kiedy mniej już bywał w redakcji albo wcale. Za każym razem przypominały mi się wizyty u pani Hani Malewskiej – Jerzy, jak ona, miał w ustach pół-papierosek, częstował kieliszeczkiem naleweczki. No i ten szelmowski błysk w oku, który pojawiał się u Jerzego za każdym razem, gdy pozwalał sobie na jakieś drobne przyjemności.

    Wiadomość o jego śmierci dotarła do mnie gdy jako specjalny wysłannik ministra spraw zagranicznych znalazłem się na kilka dni w Zimbabwe. Poprosiłem tamtejszego nuncjusza apostolskiego, któremu opowiedziałem kim był Jerzy, by dokładnie wtedy, kiedy odbywał się jego pogrzeb w Tyńcu, odprawił mszę w Harare. I tak się stało: celebrował ją w swojej kaplicy, po łacinie, uczestniczyli w niej pracownicy ambasady. Potem napisałem pani Annie, że Jerzemu chyba by się podobało, a i z samym celebransem, pochodzącym z Indii, też by, przypuszczam, bez trudu nawiązał kontakt. Swoją drogą, ciekawie byłoby porozmawiać w takim gronie…

     

    Warszawa, 18 sierpnia 2009 r.

     

    Dr KRZYSZTOF ŚLIWIŃSKI (ur. w 1940 roku w Warszawie) jest z wykształcenia biologiem. W latach 1974–1979 był wykładowcą na wydziale nauk przyrodniczych uniwersytetu w kongijskim (wówczas zairskim) Kisangani. W latach 80. był szefem Biura Kontaktów Międzynarodowych NSZZ „Solidarność”. Przez kilka lat był członkiem zarządu i zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. W latach 1990–1994 był ambasadorem w Maroku, z akredytacją do kilku krajów Afryki subsaharyjskiej; później został dyrektorem Departamentu Informacji Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz rzecznikiem prasowym MSZ. W latach 2000–2004 był ambasadorem w RPA. Z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Znakiem”, jako autor, współpracował od lat 80.

     

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

     

    © Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego

    [1]        Aniela Urbanowiczowa (1899–1988) była córką Stanisława Reichera – przemysłowca z Zagłębia (autor opowieści pamięta komentarz pani Urbanowiczowej do księgowości spółki Libella, wydawcy miesięcznika „Więź”: „Mój ojciec miał połowę Sosnowca i nie było to tak skomplikowane…”). Żona Stefana Urbanowicza – adwokata, m.in. obrońcy Władysława Kiernika i Wincentego Witosa, działaczy PSL „Piast” oskarżonych w tzw. procesie brzeskim (26 października 1931–13 stycznia 1932), który władze sanacyjne wytoczyły przeciwnikom politycznym. W czasie wojny straciła w obozie koncentracyjnym męża i nieletnią córkę, wraz ze starszą córką działała w konspiracji. Po wojnie, z ks. Janem Zieją, założyła na terenie ówczesnej strefy sowieckiej w Niemczech (dziś po stronie polskiej) dom dla samotnych matek, przyjmując do niego zarówno Polki, jak Niemki (często ofiary gwałów). Współtworzyła Dom Matki i Dziecka w Słupsku (w latach 1945–1948 była jego kierowniczką), po Październiku ‘56 stała się niezwykle zaangażowaną działaczką KIK-u w Warszawie.

    Patrz też: Magdalena Bajer Droga, „Tygodnik Powszechny” nr 8, 23 lutego 1986, s. 3; Jerzy Turowicz Pani Aniela, „Przegląd Katolicki” nr 15, 9 kwietnia 1989, s. 6.

    [2]        Marcin Król w książce Nieco z boku. Autobiografia niepolityczna (Prószyński i S-ka, Warszawa 2008), nazwał autora opowieści „ciepłym organizatorem”. Jest to określenie na tyle trafne, że autor prosi, by mu je umieścić w nekrologu.

     

    [3]        O innym charakterze Pewli mogą opowiedzieć: dzieci Turowiczów (Elżbieta Jogałła i Magdalena Smoczyńska), Stommów (Maria Magdalena Opalska i Ludwik Stomma), Swieżawskich (Helena Deskur), Wilkanowiczów (Marzena Devoud i Katarzyna Wierzchosławska).

     

    [4]        O Anieli Urbanowiczowej i jej dworze w Ożarowie Mazowieckim patrz: Włodzimierz Kalicki W dzikim winie, „Gazeta Wyborcza” nr 296, 20 grudnia 1996, dodatek: „Magazyn Gazety” nr 50, s. 10–17, rubryka: Miejsca historii.

     

    [5]        Po miesiącu interpelację ostro skrytykował premier Józef Cyrankiewicz, a także, z mównicy sejmowej, Józef Ozga-Michalski i Zenon Kliszko. 10 kwietnia 1968 r. Zawieyski odpowiedział na ataki przemówieniem, w którym bronił studentów, posłów koła Znak i pobitego przez „nieznanych sprawców” Stefana Kisielewskiego. W wyniku rozpoczętej na niego nagonki politycznej zrzekł się funkcji członka Rady Państwa. Ciężko zachorował; zmarł rok później, w czerwcu 1969 r.

     

    [6]        Janusz Zabłocki (1926–2014) – działacz katolicki, który w sierpniu 1955 r. wraz z grupą frondystów (m.in. z Tadeuszem Mazowieckim) opuścił Stowarzyszenie PAX. Po Październiku ’56 został posłem koła Znak; w kwietniu 1967 r. stworzył Ośrodek Dokumentacji i Studiów Społecznych przy warszawskim KIK-u i redakcji „Więzi” (miał to być początek odtwarzania ruchu chrześcijańsko-demokratycznego w Polsce). Od połowy lat 60. narastał konflikt w środowisku Klubów Inteligencji Katolickiej i koła posłów Znak. Część działaczy – w tym posłowie Znaku: Wacław Auleytner, Konstanty Łubieński i Janusz Zabłocki – uważała, że należy być bardziej uległym wobec władz, bo to może dać szersze możliwości działania. Władze takiej zmianie poglądów były przychylne, gdyż koncyliacyjność środowiska dałaby jej możliwość usunięcia spośród posłów Znaku osoby jej niewygodne. W 1976 r. w ruchu Znak doszło do głębokiego kryzysu wewnętrznego na tle wprowadzenia zapisów do konstytucji PRL o „przewodniej roli partii” oraz sojuszu z ZSRR. Zabłocki, który popierał zmiany w konstytucji, wystąpił wraz z grupą działaczy z szeregów KIK, współzałożył nowe koło poselskie Znak oraz Polski Klub Inteligencji Katolickiej, którego prezesem został Konstanty Łubieński.

    [7]        Krzysztof Śliwiński Dialog wierzących z niewierzącymi, „TP” nr 44, 30 października 1988, s. 7.

Tutaj nie można dodawać komentarzy.