• Krystyna Chmielecka-Pawlusowa

    Opublikowany Lipiec 22, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

    W 1955 roku wróciłam do Krakowa z Łańcuta, skąd pochodzę, i rozpoczęłam pracę w dziale programowym Filharmonii Krakowskiej. Wiedziałam już wtedy, kim jest Jerzy Turowicz, a przed zamknięciem pisma w 1953 roku czytałam prawdziwy „Tygodnik Powszechny”. Turowiczowie nie bardzo mieli wówczas z czego żyć i pan Turowicz przychodził do mojej ówczesnej szefowej, pani Zosi Komorowskiej, po wejściówki do filharmonii. Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz, zwrócił moją uwagę skromnością i… tenisówkami, jakie miał wówczas założone. Przyszedł z wielką torbą, nieśmiały, i głosem, na który trudno nie byłoby zwrócić uwagi, zapytał o wejściówki. Przychodził zresztą po nie systematycznie, a pani Komorowska zawsze je dla niego odkładała.

    ***

    Po dwóch miesiącach od reaktywacji pisma, Turowicz zaproponował mi angaż do „Tygodnika”. Czy dzisiaj można sobie wyobrazić, jakie to było wyróżnienie? Wątpię. Ktoś inny też mi wówczas proponował pracę i gdy odmówiłam, mówiąc, że właśnie dostałam pracę w „TP”, usłyszałam: „Jeszcze pani pożałuje”. Ale jakoś nie pożałowałam.

    W lutym 1957 roku pojawiłam się w redakcji, a że potrafiłam pisać na maszynie, zostałam sekretarką i stenotypistką, m.in. raz w miesiącu pisałam sprawozdania ze spotkań władz spółki z dyrektorem administracyjnym, Tadeuszem Nowakiem. Strasznie nudne były te narady, bo dotyczyły sytuacji finansowej spółki, planów wydawniczych itp. Turowicz też się nudził i w czasie spotkań szkicował sobie co nieco – jeden z takich rysunków kiedyś mi podarował (wiele lat później jego kopię przekazałam Archiwum Jerzego Turowicza).

    Turowicz miał taką zasadę: wiedział kogo bierze do pracy i zostawiał mu wolną rękę. Podobnie było i ze mną, jeśli chodzi o zakres moich obowiązków. Odbierałam więc korespondencję i zajmowałam się tłumem ludzi przychodzących do „Tygodnika”. Wszystkie drzwi w redakcji były z reguły otwarte, a dostęp tak do redaktora naczelnego, jak innych redaktorów, nieograniczony. Szef znajdował czas dla wszystkich, a znajomości miał szerokie. Żadnego spotkania nie trzeba było umawiać czy uzgadniać z sekretarką (sprawami Turowicza zajmowała się pani Maria Lachówna, jego prawa ręka) – wystarczyło, że telefonicznie ustaliłam, czy Jerzy jest wolny.

    Wolny może bywał, ale zajęty był ustawicznie. Rozkład tygodnia zapisywał na dużym arkuszu, który dzielił na dni, a te na godziny. Przy całej otwartości zachowywał dystans, ale nie odseparowywał się ani nie wywyższał, bo to był dystans życzliwy. Nieraz się zastanawiałam, jak to się stało, że szef taki nieśmiały i małomówny, nie przeprowadzający swojej woli wbrew innym, nie narzucający się sobą, swoją wiedzą czy zdaniem, miał tak duży autorytet. Bo wszyscy liczyli się z jego zdaniem; jeśli coś powiedział, to wystarczyło.

    ***

    Kiedy dwa lata po moim angażu do „Tygodnika”, powstało wydawnictwo Znak – mieściło się na drugim piętrze kamienicy, w połowie pokoju, do którego prowadziły żelazne, kręcone schodki z sali zajmowanej przez administrację – zostałam jego sekretarzem.

    Na moje miejsce w „Tygodniku” przyszła pani Maria Michałowska, która miała jakieś kłopoty (bodaj związane z pracą w BBC i chyba groziło jej aresztowanie, ale nie jestem tego pewna) – grunt, że Turowicz ją „przygarnął”, dając jej pracę. Sekretarką, i stenotypistką, była też wówczas pani Mieczysława Regiec.

    O konieczności założenia wydawnictwa słyszałam, od kiedy pojawiłam się na Wiślnej. Książki katolickie wydawał wówczas tylko PAX i „Tygodnik” chciał mieć własną oficynę, bardziej zbieżną ze światopoglądem redakcji. W staraniach o powołanie wydawnictwa bardzo pomogło istniejące od 1957 roku Koło Poselskie Znak, a przede wszystkim jeden z jego członków – Jerzy Zawieyski. Żmudne zabiegi uwieńczyło pozwolenie na wydawanie książek w nakładzie góra 7 tys. egzemplarzy na papierze siódmej kategorii jakości! Dlatego okładki były takie marne, mimo udanych projektów Zofii Darowskiej, Teresy Stankiewicz, Krystyny Miodońskiej czy Zbigniewa Łagockiego.

    W tej materii cuda potrafił zdziałać Zygmunt Pawlus, mój późniejszy mąż, szalenie towarzyski i obrotny, dzięki czemu udawało mu się kupić lepszy papier, ale też, ponieważ do jego obowiązków należało kontaktowanie się z drukarzami, dosłownie upychał Znakowe książki w kolejce do druku. Partia wydała przecież nakaz, by najdłużej jak się da opóźniać druk naszych książek. Zygmunt był osobą, co to wszędzie ma znajomych, przez co udawało mu się pilnować terminów druku. Zresztą, nawet jeśli drukarze wypełniali czasami ten nakaz partii, nie wierzę, by robili to z przekonania czy chęci odegrania się na ludziach kategorii B, a do takiej w czasach PRL-u zarówno „Tygodnik”, jak Znak należeli. Gdy już druk się rozpoczął, czy to książek, czy „Tygodnika”, Zygmunt pilnował, by drukarze nadmiernie nie kradli – oba towary były wówczas deficytowe i pod Halą Grzegórzecką w Krakowie schodziły w dowolnej ilości.

    ***

    Na początku pracy w „Tygodniku” próbowałam pisać, ale bez większego powodzenia. Gdy znalazłam się w wydawnictwie, poczułam się jak ryba w wodzie, mimo że zajmowałam się tam prawie wszystkim, co dotyczyło wydania książki, bo było nas w Znaku niewielu.

    Bazowaliśmy raczej na współpracownikach, a ja trzymałam wszystko w ręce i chyba dobrze dawałam sobie radę. Współpracowaliśmy m.in. z Józefem Kozakiem, w zakresie redakcji, adiustacji i korekty, Marią Urban, która znała niemiecki, podobnie jak Juliusz Zychowicz, Krystyną Czajkowską, Marysią Turowiczówną, siostrą Jerzego, która była erudytką i znała kilka języków, nawet Elżbietką Turowiczówną, która, by sobie dorobić, korektowała pierwszy w Polsce mszalik posoborowy. Na marginesie mówiąc, to była chyba moja najtrudniejsza robota w wydawnictwie. Mszalik przygotowywali benedyktyni z Tyńca, Znak wziął na siebie redakcję i druk – wszystko działo się w trakcie prac Soboru, kiedy zdecydowano o zmianie liturgii z łacińskiej na polską.

    Trzeba jedna powiedzieć, że mieliśmy już doświadczenie w expresowym wykonywaniu specjalnych prac: kilka miesięcy wcześniej, wiosną 1963 roku, papież Jan XXIII ogłosił encyklikę „Pacem in terris”, którą przetłumaczył, chyba jako pierwszy w Polsce, autor „Tygodnika”, znakomity pisarz i znawca antyku – Zygmunt Kubiak. Zrobił to w jedną noc, w moim mieszkaniu u pani Matyldy Osterwiny przy Pijarskiej (odstąpiłam mu pokój, a sama poszłam spać do księżnej). Encyklikę sprowadziła pani Anna Morawska, która miała kontakty z zagranicznymi korespondentami. Tłumaczenie, choć nieautoryzowane przez Watykan, wydaliśmy w „Tygodniku”.

    Szefem wydawnictwa był Jacek Woźniakowski i to jakim! O niektórych książkach potrafił powiedzieć bez złudzeń, że nie będą sukcesami wydawniczymi, ale należy je wydać, bo „są trwałym wkładem w kulturę polską”. To on również brał na siebie rozmowy z cenzurą, tak z tą w Krakowie, jak, w przypadku poważniejszych spraw, na Mysiej w Warszawie. Ale jak najbardziej można mu też było zawracać głowę sprawami nieporównanie bardziej błahymi, choćby koniecznością rozszyfrowania nieczytelnych poprawek autorskich czy nieznanych mi słów obcojęzycznych. A gdy przywożono pierwsze egzemplarze książki – co za radość była i co za nerwy! – Jacek, jak tylko otworzył, od razu znajdywał błąd. Nawet niewinny, ale jednak.

    Równie otwarty na „zawracanie głowy” był Turowicz. Po wyborze kard. Karola Wojtyły na papieża wydaliśmy tzw. białą serię z pismami Wojtyły, w tym jego poezje. Poprawki naniesione przez Wojtyłę były tak nieczytelne, że w pewnym momencie poddałam się i poszłam z maszynopisem do Szefa. Odstawił to nad czym siedział, wszystko sprawdził, i to precyzyjnie.

    Podobnie skrupulatny był jego brat, ks. prof. Juliusz Turowicz, który był jednym z cenzorów kurialnych, o czym przekonałam się zanosząc do kurii książki na tematy religijne, które poza tym, że przechodziły przez cenzurę państwową, musiały jeszcze posiadać kościelne imprimatur. Najtrudniej było z ks. Mieczysławem Malińskim, bo on nie uznawał sugestii kościelnych cenzorów. Jedną książkę, o sakramentach, musieliśmy skasować, bo ks. Maliński po przeczytaniu uwag kurii właściwie oddał nam nowy tekst, w którym po swojemu przemycał to, co wcześniej kuria zakwestionowała. Musielibyśmy więc oddać książkę kościelnym cenzorom po raz drugi, na co już nie było czasu (w kurii, podobnie jak w cenzurze państwowej, książki trochę leżały, bo było za mało cenzorów, by czytać to sprawniej).

    Wracając do obsady personalnej wydawnictwa. Redaktorem technicznym był na początku Maciej Malicki, ale mu to nie wychodziło. Kiedy wydaliśmy „Drogę Krzyżową” prymasa Stefana Wyszyńskiego, pan Maciej nie dopatrzył wszystkiego i jedna stacja poszła do góry nogami; musieliśmy książkę przedrukowywać. Zygmunt był za to świetny; potem wziął sobie do pomocy Edwarda Leśniaka.

    Pracę nad książkami pomagała mi zorganizować Zofia Lewinówna, współpracowniczka Władysława Bartoszewskiego (m.in. razem napisali książkę „Ten jest z ojczyzny mojej…”, wydaną przez Znak w 1967 roku). To od niej przejęłam pomysł zakładania dla każdej przygotowywanej do druku książki karty, na której zapisywałam dotyczące jej informacje. Miałam też słynną zieloną teczkę, gdzie trzymałam wszystkie bieżące sprawy. I bez tej struktury wszystko było jednak do opanowania, bo przygotowywaliśmy rocznie zaledwie kilkanaście książek. W głowie miałam więcej informacji o tych książkach, niż w papierach.

    Ale błąd też mi się przydarzył, na początku mojej pracy w wydawnictwie. Kiedy wydawaliśmy fragmenty dzienników Zawieyskiego, autor dopisał we wstępie, już po cenzurze, jedno zdanie. Zupełnie niewinne, ale z tego powodu cenzura nie chciała nam wydać pozwolenia na rozpowszechnianie książki. Zeszłam na dół cała we łzach, bez pomysłu na to, co robić i pani Zofia Starowieyska-Morstinowa skomentowała to bezlitośnie: „Tak to jest, gdy niefachowa osoba prowadzi wydawnictwo”. Uratował mnie Krzysztof Kozłowski – wziął za słuchawkę, zadzwonił do Warszawy i wszystko odkręcił.

    Jak widać, dominowali mężczyźni. Nie przeszkadzało mi to. Nawet wolałam to, niż towarzystwo kobiet, bo panowie mniej gadają.

    ***

    Dobrym duchem redakcji była Marysia Lachówna, której praca daleko wybiegała poza parzenie kawy i przyjmowanie gości. Między innymi prowadziła redakcyjne archiwa oraz nanosiła na szpalty z tekstami wszystkie ingerencje cenzury. Jeśli to się zachowało, nawet dzisiaj moglibyśmy się dowiedzieć, co konkretnie cenzura wyrzuciła z poszczególnych tekstów. Na początku nowego roku Marysia sporządzała niezwykle użyteczne i z reguły bezbłędne spisy treści „Tygodników” wydanych w dopiero co minionym roku. I to „na piechotę” – bez komputera. To ona zapoczątkowała zwyczaj organizowania imienin, opłatków, jajeczek czy spotkań noworocznych. Do „Tygodnikowych” dzieci przychodził św. Mikołaj, czyli Tadeusz Nowak ubrany w oryginalny strój biskupi, pożyczony na tę okazję z krakowskiej kurii; za diabła przebierał się nikomu jeszcze wówczas nieznany Adam Bujak, „Tygodnikowy” goniec, dzisiaj znakomity fotografik.

    Marysia, jak i jej najbliższa przyjaciółka, Kasia Klakoczar, która pracowała w „Tygodnikowej” administracji, pochodziła ze Lwowa. Przeżyły tam okupację, m.in. karmiąc wszy w Instytucie Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami prof. Rudolfa Stefana Weigla.

    Swojską atmosferę w redakcji umacniał chłop z podkrakowskich Liszek, który przyjeżdżał do redakcji raz na tydzień z mięsem, wędliną i podrobami. Po każdej wizycie w lodówce pojawiały się starannie zapakowane i podpisane paczuszki, np. „móżdżek pana Turowicza”. Z kolei obrotny Zygmunt Pawlus z bojów o papier przywoził nam tak poszukiwany za PRL-u towar, jak papier toaletowy, a Olga Molska, pracownica administracji ze znajomościami w „przemyśle rybnym”, przed świętami zapewniała redakcji zaopatrzenie w karpie.

    Żyliśmy więc jak rodzina. Sama, kiedy mieszkałam przy Pijarskiej u pani Matyldy Osterwiny, gdzie przez jakiś czas wynajmowali mieszkanie także Kołątajowie i Wilkanowiczowie, urządzałam np. lanie wosku w andrzejki. Byliśmy ze sobą tak blisko, że nawet dzieci trzymaliśmy sobie do chrztu, choćby Turowicz i ja staliśmy się chrzestnymi Franka, syna Hennelów, którego chrzcił na Wawelu nie kto inny jak bp Wojtyła.

    Było tak mimo że osobowości redakcyjne do łagodnych nie należały. Najbardziej rozrabiał Tadeusz Żychiewicz, który wywrotowymi jak na ówczesne czasy poglądami ojca Malachiasza narażał się kurii, ale i z ks. Andrzejem Bardeckim prowadził spory, np. o to, czy można chrzcić dzieci, gdy rodzice nie mają ślubu. Gdy robiło się gorąco, do akcji wkraczał Turowicz, który potrafił zażegnać chyba każdy rodzaj konfliktu z hierarchią czy choćby pojedynczym duchownym.

    ***

    W kwietniu 1988 roku wyszłam za mąż za Zygmunta Pawlusa. Nie zmieniłam nazwiska – obawialiśmy się z Zygmuntem, że ze względu na jego AK-owską przeszłość odbiorą mi mieszkanie, które dopiero co otrzymałam po 20 latach czekania na przydział. Dzisiaj trudno uwierzyć w to, jakie to były czasy…

    Zygmunt był wspaniałym człowiekiem, ale strasznie zniszczonym przez wojnę, o czym najmocniej przekonałam się, gdy zachorował przed śmiercią. Kiedyś słuchaliśmy „Bitwy”, czyli Księgi IX „Pana Tadeusza”, w interpretacji Zbigniewa Zapasiewicza, który z niesłychanym zaangażowaniem oddawał zawarte w niej emocje. Nagle spostrzegłam, że Zygmunt płacze: „Boję się! Boję się, boję się…”.

    O swoich przeżyciach najwięcej opowiedział jednemu z bratanków, Piotrowi. Mnie też sporo, ale nie wszystko. Pamiętam jedną opowieść, szczególnie przejmującą, o zastrzeleniu konfidenta – to był ktoś, kogo Zygmunt znał, ale taki dostał rozkaz… Pamiętał zdarzenie z detalami: poszli we trzech, ten akurat moczył nogi, któryś z nich strzelił, ale nieprawnie i Zygmunt musiał to dokończyć… W partyzantce, jako żołnierz ZWZ i AK, spędził całą wojnę. Potem wstąpił do WiN-u, a jeszcze później znalazł się w kryminale, zatrzymany przez UB.

    On w „Tygodniku” i Znaku odżył, jakby zaczął nowe życie. Dla nas obojga zresztą, i nie tylko dla nas, praca przy Wiślnej była jednym z najbardziej udanych okresów w życiu.

    Kraków, 23 listopada 2008 r.

    KRYSTYNA CHMIELECKA-PAWLUSOWA (ur. w 1925 roku w Krzemieńcu Wołyńskim, wtedy Polska, dziś Ukraina – zm. w 2012 roku w Krakowie), absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracę w „Tygodniku Powszechnym” rozpoczęła w 1957 roku; w latach 1959–1989 była sekretarzem wydawnictwa Znak.

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

    © Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego

Tutaj nie można dodawać komentarzy.