• Jan Turnau

    Opublikowany Wrzesień 5, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

     

    Moja siostra, prof. Irena Turnau (1925–2008), historyk kultury materialnej, która mieszkała u rodziców Jerzego Turowicza, Klotyldy i Augusta, przy ulicy Sobieskiego w Krakowie przez ponad rok tuż po wojnie. W wyniku reformy rolnej nasz majątek rodzinny we Wlonicach koło Sandomierza uległ parcelacji, a rodzina m.in. wyjechała na Ziemie Odzyskane, gdzie osiedliliśmy się w Cieplicach, dzielnicy Jeleniej Góry. Moja siostra była wówczas w Krakowie i tak po latach wspominała pobyt u Turowiczów: „Cały ponad rok pobytu w Krakowie mieszkałam u Dziadziów Turowiczów, rodziców Jerzego. Podczas wojny [moi] Rodzice wysyłali różne produkty żywnościowe do rodzin w miastach. Dziadzio August Turowicz przyjął mnie jak rodzoną wnuczkę. Miałam miejsce do spania w zatłoczonym krewnymi mieszkaniu oraz śniadania i kolacje, za co płaciłam niewiele”[1].

    Siostra przyjechała z majątku ziemskiego Wlonice pod Sandomierzem, by kontynuować studia socjologiczne, które rozpoczęła na podziemnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich w Warszawie. W „zatłoczonym krewnymi mieszkaniu” Irena przebywała m.in. z siostrami Jerzego: Anną, Marią, Olawią i Krystyną oraz jego ciotkami. Najbardziej przyjaźniła się z Marią Turowicz, filozofką i tłumaczką Ingardena, która przez kilka lat po wojnie była sekretarką w „Tygodniku Powszechnym”. „Miejscem do spania” była kanapka w przejściowym pokoju, ale to było bardzo dużo, jak na czasy powojenne i panującą wówczas ciasnotę i biedę. Dobrze tamten pobyt wspominała – mimo trudnych czasów Turowiczowie przygarnęli ją i zaopiekowali się nią; za szczególnie miłego uznawała Augusta.

    ***

    To siostra, jako właściwie smarkacza i początkującego dziennikarza, przedstawiła mnie Jerzemu. Stało się to chyba w okolicach wznawiania prawowitego „Tygodnika Powszechnego” w 1956 roku, tuż przed albo tuż po. By tego było mało, współpracowałem – co prawda tylko przez publikację jednego tekstu, ale starczy – z „Tygodnikiem Powszechnym” zagarniętym w 1953 roku przez PAX…

    Turowicz to był już dla mnie wówczas pomnik – bardzo znany dziennikarz, redaktor naczelny, od którego uczyłem się sztuki dziennikarskiej. I „pomnik” zaproponował mi przejście na „ty”, bo był po imieniu z Ireną. Zgłupiałem kompletnie, nie byłem w stanie niczego z siebie wykrztusić, a już na pewno nie tego, że się zgadzam. I potem przez dalsze życie zawodowe nie zwracaliśmy się do siebie po imieniu: mówiłem mu „wuju”, on nie protestował. A co do „pomnika”: przy okazji jakiejś rocznicy wyznałem to publicznie w jakimś artykuliku, co on mi skomentował, że mimo wszystko czuje się jeszcze żywym człowiekiem…

    Kontaktowaliśmy się raczej rzadko, bo najpierw mieszkałem we Wrocławiu, a potem w Warszawie. Nie zmieniło tego nawet prowadzenie przeze mnie przez jakiś czas stałej rubryki w „Tygodniku” – raz na kwartał pisałem przegląd prasy innowyznaniowej. Pamiętam jednak dwa kontakty, kiedy mnie ochrzanił. Pierwszy raz zdarzyło to się na jakimś obozie młodzieżowym, bodaj w Makowie Podhalańskim, gdzie zaproszono też Turowicza. Mówił, jak zwykle zresztą, w wyważony sposób o kościelnych sprawach, a ja się wyrwałem, że z Kościołem dyskutować trzeba bardziej zasadniczo. Jerzy odparował mi dość ostro. Już nie pamiętam, czego konkretnie spór dotyczył, może stosunku Kościoła do antykoncepcji? Drugi wypadek zdarzył się wiele lat później, gdy pracowałem w „Gazecie Wyborczej”. Był już chory, a ja poprosiłem go o wypowiedź na jakiś temat. Jerzy odpowiedział, że jest zmęczony i nie ma siły, więc pomyślałem: „Co będę nalegał i męczył go…”. Przeprosiłem, podziękowałem, odłożyłem słuchawkę. Po chwili telefon: „Ty jesteś złym dziennikarzem, bo dziennikarz powinien nalegać!”. I ostatecznie wypowiedź „Gazecie” dał.

    Byłem z Anną i Jerzym na pielgrzymce w Ziemi Świętej w 1995 roku. Pamiętam, że Jerzy, choć nie był w najlepszej formie, koniecznie chciał coś raz jeszcze zobaczyć. Oddalał się od wycieczki, czekano na niego, przewodniczka izraelska pytała, „gdzie jest pan Turewicz”… Bardzo mi ta wytrwałość zaimponowała. Wyszła też na jaw jego niesłychana nieśmiałość. Podczas wycieczki odbyło się spotkanie z jakimś dziennikarzem izraelskim, mocno antykatolickim, czy raczej antypolskim. Już nie pamiętam, czego dotyczyły jego zarzuty, pamiętam jednak, że Anna trąciła Jerzego, mówiąc: „Zabierz głos…”. Wtedy dopiero Jerzy wstał i zaczął polemizować.

    Niesłychanie mi imponował wszystkim, ale najbardziej tym, że był tak małomówny (może dlatego, że sam byłem okropnie gadatliwy), nigdy nie pchał się do głosu, mimo że wiedzę miał ogromną, a ludzie byli ciekawi tego, co ma do powiedzenia. Wolał spokojnie słuchać. Zadziwiająca, zupełnie nie dziennikarska skromność, a przecież dziennikarzem był wybitnym.

    A jak świetnie potrafił organizować sobie czas! Stefan Kisielewski ujął to kapitalnie i, mimo przekąsu, z najwyższym podziwem: „Turowicz na wszystkim się zna, na wszystkie imprezy chodzi, także na muzyczne, wszystko czyta. A ile on w kościele czasu traci!”. Bo Turowicz rzeczywiście chodził do kościoła i się modlił, a Kisiel był trochę protestant, trochę agnostyk, więc praktyki religijne Jerzego mu imponowały.

    Kisiel jest też autorem innej obserwacji – policzył mianowicie, że aż trzy osoby z rodzeństwa Turowiczów „żyły z religii”: Andrzej, profesor matematyki, który przyjmując zakonne imię Bernarda, został benedyktynem; Juliusz, profesor w seminarium duchownym, ksiądz w krakowskim kościele p.w. św. Marka; Jerzy, naczelny „Tygodnika Powszechnego”. A ja dorzuciłbym jeszcze wspomnianą już tutaj ich siostrę – Marię.

    I jeszcze mała dygresja o Annie, żonie Jerzego. Napisałem kiedyś wierszyk o św. Piotrze i papieżu Janie Pawle II, że tak równoważy skrajności. Stwierdziła, że wręczy go papieżowi podczas audiencji. Ostatecznie mu to wysłała, a ten odpisał jej, że „musi wiersz przemyśleć”. Miło mi było i bardzo zaszczytnie.

    ***

    Wydaje mi się, że Turowicz przechodził pewną ewolucję w sprawach żydowskich, tzn. był taki czas, kiedy twierdził, że antysemityzm nazizmu nie miał nic wspólnego z wielowiekową postawą Kościoła wobec Żydów. Potem jednak napisał, że wiele wieków nauczania na ten temat jednak Kościół obciąża. Zapamiętałem to sobie, bo uważałem, że jak już Turowicz czy „Tygodnik” mówią coś krytycznie o Kościele, to na pewno jest to święta prawda. Moje myślenie na tematy żydowskie on właśnie ukształtował.

    Przed wylotem na wspomnianą już pielgrzymkę do Ziemi Świętej, już na lotnisku w Warszawie zapytałem Turowicza, jak to jest z tym antypolonizmem Żydów. Turowicz odpowiedział jednoznacznie: „Antypolonizm nie jest rewersem antysemityzmu, to zupełnie co innego. Żydzi, którzy byli przecież mniejszością, nie mordowali Polaków, zawsze byli ofiarami. Może nas nie kochali i sporo jest wciąż niechęci, ale nie mordowali”.

    Tu czas wspomnieć o moich i Jerzego żydowskich przodkach. Jerzy Turowicz był ciotecznym bratem mojego ojca, a więc jego matka, Klotylda z Turnauów Turowiczowa, i mój dziadek, Jerzy Turnau (ojciec mojego ojca, Stanisława) byli rodzeństwem. Ojciec Klotyldy i Jerzego, Henryk (dla mnie pradziadek, a dla Jerzego dziadek), był, co do krwi, Żydem, bo jego rodzice byli Żydami. Jako pierwszy jednak ożenił się z chrześcijanką, a nie ochrzczoną Żydówką, jak to czynili jego przodkowie. Co do religii, sam też był już chrześcijaninem za sprawą swego dziadka Jana Nepomucena (1768–1830), który przyjął chrzest z rąk abp. Kajetana Ignacego Kickiego 11 czerwca 1805 roku we Lwowie. Sama rodzina pochodzi chyba z czeskiej miejscowości Turnov – stąd, przypuszczam, wzięło się nazwisko Turnau. Nic to zresztą nowego, bo, jak mówił mi prof. Stefan Swieżawski, „wszyscy w Krakowie wiedzieli, że Turnauy to Żydy”, a i ja sam rzecz opisałem dokładnie w 200. rocznicę chrztu Jana Nepomucena[2].

    Jerzy tych koligacji chyba nie znał, ale też, przypuszczam, mało go one obchodziło. Kiedyś rozmawiałem o tym z jego bratem, Andrzejem Bernardem, który potrafił wyliczyć całą rodzinę do któregoś tam pokolenia wstecz i, oczywiście, wszystko wiedział. Był to zresztą serdeczny gaduła (pod tym względem, przeciwieństwo Jerzego), który znał chyba najlepiej anegdoty o rodzinie. Jest np. taka legenda: jedna z cioć Turowicza, bodaj Ida, leżała w łóżku ciężko chora. Rodzina uważała ją jednak za lekką hipochondryczkę… Nagle ciocia Ida ozdrowiała. Podobno był to cud wymodlony za wstawiennictwem bł. Andrzeja Boboli, który przyczynił się do jego kanonizacji w 1938 roku. Kard. Adam Stefan Sapieha, metropolita krakowski, stwierdził wówczas, że największym cudem będzie, jeśli to uzdrowienie za cud zostanie uznane. Ale jak to z legendami rodzinnymi bywa: co z tego jest prawdą, a co wymysłem fantazji?[3]

     

    Warszawa, 6 października 2008 r.

     

    JAN TURNAU (ur. w 1933 we Wlonicach koło Sandomierza) ukończył filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim i teologię na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. Pracę dziennikarską rozpoczął w „Słowie Powszechnym”, pracował też we „Wrocławskim Tygodniku Katolików”. W 1956 roku wystąpił ze Stowarzyszenia PAX, a trzy lata później przeniósł się z Wrocławia do Warszawy, by rozpocząć pracę w miesięczniku „Więź”, założonym przez Tadeusza Mazowieckiego. Przez 31 lat pracy w tym piśmie był redaktorem działu religijnego i felietonistą. Pisywał do „Gościa Niedzielnego”, jako Jonasz, i do „Tygodnika Powszechnego”. Wydał m.in.: Zdaniem laika (Biblioteka Więzi, Warszawa 1979), Nie wstydzę się Ewangelii – rozmowy z ks. Michałem Czajkowskim (WAM, Kraków 2004), Bóg dla wymagających: Jan Turnau na święta i nie tylko (wybór tekstów i redakcja: Aneta Borowiec, Agora, Warszawa 2011). Od 1990 roku jest redaktorem „Gazety Wyborczej”, gdzie m.in. współprowadzi rubrykę „Arka Noego”. Był inicjatorem comiesięcznych nabożeństw ekumenicznych w Warszawie oraz ekumenicznego przekładu Biblii. Mieszka w Warszawie.

     

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

     

    © Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego

    [1]        Irena Turnau Pochwała samouctwa, „Analecta” nr 1–2, 2002, s. 337–367.

    [2]        Jan Turnau Wyprawa w Stary Testament, „Gazeta Wyborcza” nr 134, 11–12 czerwca 2005, s. 28–29, rubryka: Arka Noego.

    [3]        Uzdrowienie Idy Kopeckiej, siostry Klotyldy z Turnauów Turowiczowej, nie jest jedynie rodzinną legendą. Patrz: Cudowne uleczenie za przyczyną św. Andrzeja Boboli, tekst niepodpisany, „Głos Narodu” nr 161, 14 czerwca 1938, s. 7 (opis cudownego uleczenia „p. Idy Kopeckiej z domu Turnau, ur. w Krakowie, dnia 10 XI 1875 r., wdowy, wyznania rzymsko-katolickiego”); Uleczenie p. Idy Kopeckiej (nadtytuł: Cud św. Andrzeja Boboli), tekst niepodpisany, „Głos Narodu” nr 170, 28 czerwca 1938, s. 7 (w tekście zacytowano opinię lekarzy włoskich i z Poznania: „Obaj [lekarze] stwierdzili zgodnie, iż wyleczenie jest zupełne i trwałe, że oparzenie należało do kategorii »ciężkich«, a szczegółu stwierdzającego oparzenie »ciężkie« lekarze krakowscy nie zauważyli prawdopodobnie dlatego, iż badania ich odbywały się nie przy świetle dziennym, ale elektrycznym. (…) przypadek p. Idy Kopeckiej uważać należy za sparzenie »ciężkie«, jej wyleczenie za kompletne, trwałe, cudowne, tj. takie, które nastąpiło wbrew prawom przyrody”).

Tutaj nie można dodawać komentarzy.