• Jacek Woźniakowski

    Opublikowany Wrzesień 5, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

    Jerzego Turowicza prawdopodobnie poznałem przez Annę Gąsiorowską, córkę właścicielki Goszyc – pani Zofii z Zawiszów primo voto Gąsiorowska, secundo voto Kernowa – sąsiadujących z moim rodzinnym Biórkowem. W tamtych stronach bywałem jednak rzadko, więc i w Goszycach nie byłem częstym gościem. Przypuszczam, że musiałem tam kiedyś przyjechać konno – do Anny, która była szalenie dynamiczną i inteligentną osobą – sporo czytała, wieloma kwestiami żywo się interesowała, a na dodatek była niebywale ładna – a później, gdy już byli zaręczeni, także do Jerzego.

    Podczas wojny nie mieliśmy ze sobą kontaktu, bo moje AK-owskie perypetie rzuciły mnie w inne rejony Polski. Wiedziałem jednak od kolegów z partyzantki AK, że w drewnianym dworze w Goszycach, zwanym starym dworem, można się było zatrzymać na jakiś czas, by odpocząć, wylizać rany, odmyć się.

    ***

    Z Jerzym nawiązałem kontakt od razu po wojnie, jak tylko zaczął wychodzić „Tygodnik Powszechny”. Odwiedzałem redakcję, gdy zainstalowała się w lokalu przy Wiślnej 12, bo zależało mi, by tych ludzi i ich poglądy poznać, dowiedzieć się, co myślą o aktualnej sytuacji, co zamierzają robić. To było takie „obwąchiwanie” środowiska. Ale też chciałem skonfrontować z nimi swoje poglądy czy pomysły. Co naturalne w takiej sytuacji, sporo dyskutowaliśmy, ale, niestety, nie potrafię już dziś odtworzyć szczegółów tych rozmów. Boję się, że gdybym zaczął to robić, przypisałbym tym ludziom poglądy, jakie z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że mogliby żywić.

    Szybko okazało się, że ze wszystkich kształtujących się wówczas środowisk, Tygodnikowe jest dla mnie najbardziej przekonujące. A linia pisma najlepiej odpowiada moim poszukiwaniom. Podobnie jak ja, Tygodnikowcy nie wierzyli w III wojnę światową, która miałaby zmienić sytuację geopolityczną w Europie. Sporą wagę przywiązywali za to do znaczenia kultury i Kościoła w społeczeństwie, któremu przyszło borykać się z tak poważnymi wyzwaniami jak życie w systemie niedemokratycznym.

    Jedną z najciekawszych rozmów odbyłem w 1945 roku z Jerzym Turowiczem, Marią Czapską (nota bene ciotką i matką chrzestną mojej przyszłej żony, Mai Plater-Zyberk), która była wówczas w „Tygodniku” kimś pomiędzy sekretarzem redakcji a sekretarką, i Zosią Starowieyską-Morstinową.

    Nie bez znaczenia na moje wybory pozostawała przyjaźń z wykształconymi i otwartymi księżmi, m.in. Tadeuszem Kurowskim i Józefem Rozwadowskim, którzy tak mnie, jak grono moich przyjaciół (jeszcze z AK), formowali na światłych katolików. Jeszcze jako student polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, pojawiłem się z Kołem Polonistów UJ, którego byłem wiceprezesem, u metropolity krakowskiego, kard. Adama Stefana Sapiehy z małym exposé, w którym przedstawiłem, jaki powinien być Kościół, co i dlaczego powinno się w nim zmienić. A uważałem, że dużo trzeba zmienić. Nie bez powodu Sapieha miał opinię najbardziej otwartego hierarchy oraz człowieka, który potrafi słuchać. Wysłuchał z zainteresowaniem mojego ognistego przemówienia i z błyskiem w oku podsumował: „Ale pan ciacha, ale pan ciacha”.

    Z taką formacją też mi było z Jerzym Turowiczem i „Tygodnikiem” po drodze, bo w gronie jego redaktorów przeważali ludzie, którzy uważali, że można w Kościele coś zmienić na lepsze. Że w ogóle po strasznych doświadczeniach wojennych należy zrobić coś pożytecznego. Najgorsze, co mogliśmy wybrać to postawa przeczekiwania na lepsze czasy albo biernego przypatrywania się sytuacji. Mimo trudności, należało coś dobrego robić i nie dać się zapędzić w kozi róg.

    Wtedy pracowałem jeszcze w wydawanym przez Anglików w Krakowie „Głosie Anglii”, gdzie byłem szefem tłumaczy. Kiedy jednak pokłóciłem się z nimi na jakieś zasadnicze tematy, odszedłem stamtąd. Przez następne pół roku, dzięki pieniądzom z odprawy, głównie jeździłem na nartach. Potem zasoby się skończyły, ale Stefan Kisielewski, spotkany w restauracji Domu Literatów przy Krupniczej, gdzie wydawano tanie obiady, namówił mnie, bym rozpoczął pracę w „Tygodniku”. I tak się stało. W redakcji znalazłem się w lipcu 1948 roku i z miejsca, z racji braku innych osób, bo wszyscy wyjechali na wakacje, zostałem jej sekretarzem.

    ***

    Turowicz miał dar zjednywania ludzi i znajdywania utalentowanych autorów. Chyba dlatego przede wszystkim, że potrafił, niczym Sapieha, uważnie słuchać, był szalenie miły, otwarty, przez co ośmielał rozmówcę do szczerej wymiany poglądów. Sam tego nieraz doświadczyłem, choć byłem młodszy od Turowicza aż o osiem lat.

    Dzięki Jerzemu „Tygodnik” stał się miejscem skupiającym ludzi bardzo odmiennie myślących, których jednak łączyło przekonanie, że w tych trudnych czasach trzeba ocalić kulturę otwierającą się szeroko na innych i wydobywającą z ludzi to, co najlepsze. Oczywiście, wybuchały gorące spory, co kto pod tym rozumie. Nie tyle jednak w redakcji, ile poza nią, np. między „Tygodnikiem” a środowiskiem wydawanej w Łodzi „Kuźnicy”, głównego pisma intelektualistów marksistowskich. Nikt bynajmniej nie bał się utraty tożsamości w tej polemice, w której śmiało sobie poczynał przede wszystkim ks. Jan Piwowarczyk. Wręcz przeciwnie, cieszyło nas to bardzo, bo nie chcieliśmy być spychani do „katolickiego getta”. Jerzy uważał zresztą, że „Tygodnik” jest pismem intelektualnie słabszym od świetnie redagowanej „Kuźnicy”, która mogła liczyć na pióra tej miary, co: Jerzy Andrzejewski, Paweł Hertz, Jan Kott, Adam Ważyk, Stefan Żółkiewski. Szczególnie pisarstwo Hertza bardzo się Jerzemu podobało. Czy mógł wówczas przypuszczać, że za nieco ponad 20 lat, na przełomie lat 60. i 70., Hertz stanie się autorem „Tygodnika”?

    W samej redakcji też nie zawsze się zgadzaliśmy (straszne bywały spory o niektóre teksty), mimo że na wiele spraw patrzyliśmy podobnie, a łączyła nas nie tylko wspólnota przekonań, ale i przyjaźń – nie wątpiliśmy w swoją lojalność czy prawdomówność. Ufaliśmy sobie, po prostu. Były to jednak więzy, które nie zacierały różnic między nami – różnic bardzo ciekawych zresztą, wzbogacających nas, a nawet do siebie przyciągających. Bo chyba dzięki nim właśnie wciąż byliśmy dla siebie atrakcyjni. Zaś burzliwość naszych dyskusji wynikała z tego, że ich tematy były czymś żywo nas obchodzącym. W ten sposób odreagowywaliśmy te chyba sześcioletnie zakneblowanie okupacyjne – byliśmy ciekawi siebie i innych środowisk, ale też głodni nieskrępowanej wymiany myśli. Oczywiście, na łamach ta wymiana zaistnieć w pełni nie mogła, bo nie pozwalała na to cenzura.

    Jerzy działał w tych sporach jak oliwa – łagodził wszelkie tarcia. Zawsze powtarzał: „Ja, jako krakauer…”, co znaczyło, że swoją rolę w redakcji postrzega jako równoważnik dbający o odpowiednią dozę konserwatyzmu w piśmie i tekstach; by nie było zbyt radykalnie. Ta rola wynikała poniekąd z jego charakteru: Turowicz był szalenie delikatny, skromny, nie narzucający swojego zdania czy osoby. Był rozważny i czasami mógł ostrożnością irytować, ale żadną miarą nie można mu było zarzucić braku odwagi.

    Opowiadanie Jana Józefa Szczepańskiego „Buty”, opublikowane w „Tygodniku” w 1947 roku[1], usłyszałem po raz pierwszy, odczytane przez autora, w pracowni malarskiej Tadzia Brzozowskiego. Nie pamiętam już składu zgromadzonego tam grona, ale byliśmy przekonani o konieczności druku tego tekstu. Przewidywaliśmy awanturę, jaką wywołają ludzie nie znoszący burzenia mitów czy pomników. Ale naszym zdaniem należało to wydrukować niejako przeciwko tym wszystkim, którzy uważali, że „tak nie można”. Otóż można, a nawet trzeba.

    Propaganda komunistyczna też wówczas podważała legendę AK, ale między naszymi a ich działaniami nie było styków. Nasza krytyka wypływała z innych źródeł i dla ludzi było to czytelne. Nie przypuszczam, by ktokolwiek odczytał opublikowanie przez „Tygodnik” opowiadania o niechwalebnych działaniach AK jako wprzęganie się w komunistyczną propagandę.

    ***

    W 1953 roku, kiedy przyszło zamykać pismo, byłem absolutnym przeciwnikiem przyjmowania jakichkolwek warunków ze strony władzy. Choć Stanisław Stomma uważał, że należy za wszelką cenę ocalić „Tygodnik”, nawet godząc się na jego i Turowicza odejście z pisma, czego domagała się władza, moim zdaniem, jak i wszystkich kolegów, w takiej sytuacji inna opcja niż zamknięcie pisma nie wchodziła w grę.

    W latach 1953–1956 widywałem się z Turowiczem w salonie KaKaDu Zofii Starowieyskiej-Morstinowej przy placu Sikorskiego (wówczas Jabłonowskich). Spotykaliśmy się tam dość często, by przedyskutować sytuację, ale też np. pograć w brydża. Z bólem czytaliśmy skradziony nam „Tygodnik”. Czytelnicy szybko jednak zorientowali się, że podmieniono zespół wydający pismo i jego nakład dość drastycznie spadł[2].

    W 1956 pismo wróciło do właścicieli, ale zespół trzeba było budować właściwie od nowa: Józef Marian Święcicki odszedł, Kisiel został posłem koła Znak, Jan Józef Szczepański i Paweł Jasienica zajęli się swoim pisarstwem. W stosunkach osobistych nic się między nami nie zmieniło, wciąż też interesowali się oni pismem, ale potrzeba było nowych ludzi. Wtedy po raz kolejny zobaczyłem, jak znakomitą „oliwą” na międzyludzkie tarcia jest Jerzy Turowicz. Dzięki niemu żadnych poważnych problemów z integracją nie było, choć zdecydowaliśmy się przyjąć do zespołu dwie osoby z „Tygodnika” PAX-owskiego: Bronka Mamonia i Jacka Susuła. Udało się także dlatego, że obaj byli porządnymi ludźmi i wspaniałymi kolegami. A obie strony bardzo się starały.

    Poprzeczkę dla tekstów stawialiśmy wysoko. Uważałem, podobnie jak Jerzy, że sensem naszego bytowania było przedstawianie czytelnikom tylko tego, co najlepsze. Pytanie, co należy pod tym rozumieć. Na przykład „Poczta ojca Malachiasza” bardzo podobała się ks. Karolowi Wojtyle, który lubił sposób pisania Tadeusza Żychiewicza. Mnie jego maniera pisarska trochę czasami irytowała, ale skoro rubryka była tak poczytna… Zależało nam, by „Tygodnik”, jako pismo inteligencji katolickiej, stał na równie wysokim poziomie intelektualnym, co pisma inteligencji świeckiej. Byśmy nie stali się jakimś „Dzwonkiem Niedzielnym”, ale ambitnym pismem dla intelektualistów identyfikujących się ze światopoglądem katolickim.

    Po ’56 roku zmienił się też format. Słynne „Tygodnikowe” płachty wynikały z naszych ówczesnych możliwości techniczno-finansowych. Kupienie takiego papieru najbardziej nam się kalkulowało, po prostu.

    ***

    Od lat 40. zastanawialiśmy się jak powołać do życia wydawnictwo książkowe, by dawać czytelnikom coś więcej, niż tylko pismo tygodniowe. Udało nam się to marzenie zrealizować dopiero w 1959 roku. PAX był w tym zakresie właściwie monopolistą, bo inne wydawnictwa wydające książki katolickie były małe, ale nie obawialiśmy się jego konkurencji. Wiedzieliśmy, że chcemy wydawać coś zupełnie innego.

    Głównie dzięki Jerzemu, który był au courant w teologii (sporo wyjeżdżał za granicę, prenumerował ważne periodyki, np. „Esprit”, ale też szybko poznał osobiście najważniejsze w tej dziedzinie nazwiska), szybko w ofercie Znaku pojawiły się książki: ks. Hansa Künga, Karla Rahnera SI, Edwarda H. Schillebeeckxa OP, Hansa Ursa von Balthasara, Jeana Daniélou SI, Marie-Dominique Chenu OP, Yves’a Congara OP, Romano Guardiniego, ks. Josepha Ratzingera, Marka Schoofa OP, Louisa Bouyera.

    Prawa autorskie, ze względu na sytuację polityczną i ekonomiczną w Polsce, dostawaliśmy właściwie w prezencie. W wielu przypadkach byliśmy pierwszymi, którzy przedstawiali ich książki polskim czytelnikom. Z perspektywy czasu okazało się, że publikowaliśmy autorów, którzy stworzyli aurę intelektualną do zmian w Kościele. Nas to uskrzydlało, cenzurę kościelną nie bardzo; cenzorzy z kurii raczej krzywo patrzyli na dzieła zachodnich teologów. Największe problemy pojawiały się przy okazji wydawania książek Rahnera i wtedy musieliśmy prosić o pomoc kard. Wojtyłę (był nie do zastąpienia w przypadku sporów z kościelną cenzurą). Albo on, albo ja powiedzieliśmy cenzorowi przy okazji jakiegoś sporu: „Nawet jeśli ksiądz profesor nie zgadza się z tym teologiem, dlaczego tego nie pokazać innym?”. Oczywiście, te książki już posiadały imprimatur wydane w rodzimych kuriach teologów, ale krakowscy cenzorzy kościelni uważali widać, że ci zachodni teolodzy zanadto sobie pozwalają i trzeba się temu, co piszą przyjrzeć raz jeszcze, wnikliwiej.

    ***

    Osobistym kontaktom Jerzego „Tygodnik” zawdzięcza otwarcie łamów na inteligencję laicką. Jerzy zapraszał na łamy pisma bardzo różne osoby, ale dobre w swoich dziedzinach. I zaszczytem dla pisma było drukowanie takich nazwisk. Tego nie da się przecenić. Tym bardziej, jeśli wziąć pod uwagę, że byliśmy izolowani przez inne media i każdy, kto rozpoczynał z nami współpracę miał świadomość, że może spodziewać się trudności (np. będzie miał kłopot z ewentualnym znalezieniem zatrudnienia czy miejsca do publikacji gdzie indziej). Takie warunki odstraszały ludzi od współpracy z nami, ale też niesłychanie zespół integrowały: ciągle się spotykaliśmy, także przy prywatnych okazjach, i właściwie na okrągło gadaliśmy o „Tygodniku”.

    Kiedy trzeba było się zebrać dla podjęcia ważnej decyzji czy przedyskutowania sytuacji, spotykaliśmy się po domach, np. na Jaskółczej u Gołubiewów albo u nas na Wyspiańskiego. Żałuję, że tak mało już z tych spotkań pamiętam. Między innymi w latach 70. Turowicz bardzo pilnował, by nie angażować pism – „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku” – w bieżącą działalność opozycyjną. Należało wybierać, czy jest się „oficjalnym” opozycjonistą czy redaktorem legalnie działającego pisma bądź wydawnictwa. W latach 80. sytuacja zmieniła się już diametralnie, coraz trudniej było te sfery działalności oddzielać i wybierać.

    ***

    Nie towarzyszłem „Tygodnikowi” przez te wszystkie lata tak aktywnie, jak na początku mojej z nim współpracy. Bo pojawił się Znak, praca na uczelniach, sporo wyjeżdżałem. Przez wszystkie te lata cieszyłem się jednak przyjaźnią Jerzego. A po jego śmierci pojechałem w 1999 roku do Rzymu do papieża, by Jan Paweł II umożliwił powrót do Polski ks. Adama Bonieckiego (wówczas generała zakonu marianów), którego Jerzy wyznaczył na swojego następcę na stanowisku naczelnego „Tygodnika”. Miałem wtedy długą rozmowę z papieżem na temat pisma, ale, niestety, nie potrafię już odtworzyć jej szczegółów. Jak mi się wydaje, była ona zdominowana przekonaniem, że pismo wciąż ma ważną funkcję do spełnienia. Nadal tak uważam: „Tygodnik” to „duża rzecz”, którą kolejne pokolenia redaktorów pisma powinny prowadzić.[3]

    Warszawa, 30 stycznia 2009 r.

    Prof. JACEK WOŹNIAKOWSKI (ur. w 1920 roku w Biórkowie, powiat proszowicki – zm. w 2012 roku w Warszawie) – historyk sztuki, publicysta, redaktor, działacz katolicki, redaktor naczelny wydawnictwa Znak w latach 1959–1990.

    Absolwent Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu; uczestnik kampanii wrześniowej, podczas której został ciężko ranny. Oficer AK; działał m.in. w Warszawie i w obwodzie mieleckim. Po wojnie studiował filologię polską i historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim, był kierownikiem zespołu tłumaczy wydawanego w Krakowie tygodnika Foreign Office – „Głos Anglii”. Debiutował na łamach „Tygodnika Powszechnego” w 1945 roku; trzy lata później związał się na stałe z pismem, zostając jego sekretarzem redakcji (pełnił tę funkcję do 1953 roku). Po przejęciu „Tygodnika” przez Stowarzyszenie PAX zarabiał na utrzymanie rodziny jako tłumacz (m.in. powieści Grahama Greene’a) oraz wykładowca KUL.

    Po odzyskaniu pism w 1956 roku, Jacek Woźniakowski zostaje redaktorem naczelnym miesięcznika „Znak” (1957–1960), by następnie zająć się organizowaniem pracy w nowo powstałym wydawnictwie Znak. Stworzył pierwszy – zaledwie kilkuosobowy – zespół, który przetrwał w niemal niezmienionym składzie następne 30 lat. Tworzyli go: Krystyna Chmielecka (redaktorka), Antoni Ochęduszko (dział handlowy), Zygmunt Pawlus (redaktor techniczny), Mieczysław Pszon (administracja). Mimo niesprzyjających działań władz (m.in. za sprawą cenzury i ograniczeń nakładu oraz liczby wydawanych książek, narzucanych przez ministerstwo kultury), udawało się wydawać nawet kilkanaście książek rocznie. Wydawnictwo szybko zyskało własnych autorów, z których wielu debiutowało na łamach „TP” i „Znaku” (m.in. ks. Michał Heller, ks. Józef Tischner).

    Prof. Woźniakowski prowadzenie wydawnictwa łączył z wykładaniem historii sztuki na KUL (z uczelnią był związany do 1990 roku; przez ostatnią dekadę jako jej profesor), potem także na uniwersytetach: Le Mirail w Tuluzie i Hebrajskim w Jerozolimie. Współorganizator wystaw: Romantyzm i romantyczność w sztuce polskiej (Warszawa 1975) oraz Kolor w malarstwie polskim (Poznań 1978).

    Zaangażowany społecznie, m.in. jako członek-założyciel Klubów Inteligencji Katolickiej w Krakowie i w Warszawie, członek Papieskiej Rady Kultury w latach 1982–1992, członek jury Nagrody Kościelskich w latach 1966–2008, współzałożyciel Międzynarodowego Centrum Kultury w Krakowie oraz Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej. Członek redakcji pisma „Wierchy” w latach 1976–1990 oraz członek rady Muzeum Tatrzańskiego. W 1978 roku podpisał deklarację założycielską Towarzystwa Kursów Naukowych i prowadził w jego ramach zajęcia. Członek Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie i Krakowskiego Komitetu Obywatelskiego, uczestnik obrad Okrągłego Stołu. Pierwszy prezydent Krakowa po zmianie ustrojowej (1990–1991).

    Uznany publicysta i tłumacz. Wydał m.in. Laik w Rzymie i w Bombaju (Znak, Kraków 1965), Zapiski kanadyjskie (Iskry, Warszawa 1973), Góry niewzruszone. O różnych wyobrażeniach przyrody w dziejach nowożytnej kultury europejskiej (Czytelnik, Warszawa 1974), Co się dzieje ze sztuką? (PIW, Warszawa 1974), Czy artyście wolno się żenić? (Znak, Kraków 1978), Czy kultura jest do zbawienia koniecznie potrzebna? (Znak, Kraków 1988). Najważniejsze wydarzenia ze swojego życia, wraz z tekstami o przyjaciołach, przedstawił w książce Ze wspomnień szczęściarza (Znak, Kraków 2008). W 2012 roku, nakładem wydawnictwa Universitas, ukazały się Pisma wybrane Jacka Woźniakowskiego (wybór, wstęp i opracowanie Nawojka Cieślińska-Lobkowicz)[4].

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

     

    © Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego

    [1]        Jan Józef Szczepański Buty, „Tygodnik Powszechny” nr 6, 9 lutego 1947, s. 8–9.

    [2]        Pierwszy numer „Tygodnika Powszechnego”, po przejęciu pisma przez Stowarzyszenie PAX, został wydany z datą 12 lipca 1953 r. (prawowity zespół ostatni numer „Tygodnika” wydał 8 marca 1953 r.). Ostatni nosił datę 13 maja 1956 r., a na jego pierwszej stronie opublikowano oświadczenie, w którym napisano m.in.: „Oddajemy do rąk Czytelników ostatni numer »Tygodnika Powszechnego«. Po szczegółowym rozpatrzeniu aktualnej sytuacji prasy katolickiej w Polsce postanowiliśmy wspólnie z redakcją »Dziś i jutro« zjednoczyć swe siły dla wydawania nowego, ogólnopolskiego tygodnika katolickiego pod tytułem »Kierunki«. Tym samym oba zespoły zaprzestają dotychczasowej działalności. Decyzję tę podejmujemy z pełnym poczuciem odpowiedzialności. Ewolucja ideologiczna, jaka w ciągu ostatnich lat zaszła w najszerszych kołach katolickich Polski Ludowej, spowodowała pod wieloma względami zbliżenie celów obu redakcji, oraz zbliżenie potrzeb Czytelników obu pism. Zakres poruszanych problemów i kierunki przemyśleń okazały się wyraźnie pokrewne”.

    Redakcja nowego pisma miała mieścić się w Warszawie, w Krakowie miał powstać jego „oddział redakcyjny”. „Tygodnik” PAX-owski początkowo wydawał Komitet Redakcyjny pod przewodnictwem prof. Tadeusza Lehra Spławińskiego, Jana Dobraczyńskiego i Mieczysława Kurzyny. Z czasem pojawił się redaktor naczelny – Włodzimierz Wnuk.

    Przyczyny, dla których PAX zaprzestał wydawania „TP”, były jednak inne niż przedstawione przez kierownictwo redakcji: 8 czerwca 1955 r. watykańska Kongregacja Świętego Oficjum (obecna Kongregacja Nauki Wiary) objęła indeksem ksiąg zakazanych książkę Bolesława Piaseckiego „Zagadnienia istotne” oraz tygodnik „Dziś i Jutro”. Oznaczało to, że katolicy nie mogą ich ani czytać, ani rozpowszechniać. Watykańskie orzeczenie, które polskim odbiorcom podało do wiadomości Radio Wolna Europa, poważnie obniżało wiarygodność Stowarzyszenia PAX. Ponieważ Piasecki nie mógł publicznie odwołać poglądów z powodu cenzury, za zgodą władz zdecydował się wycofać swoją książkę z obiegu i zamknąć dotychczasowe pisma, powołując do życia nowy tytuł. Patrz też: Jerzy Zawieyski, Dzienniki. Tom 1. Wybór z lat 19551959, wyd.: Ośrodek KARTA, Dom Spotkań z Historią, Warszawa 2011, s. 125–126.

    [3]        Patrz też: Blaski i nędze wydawnictwa Znak – z Jackiem Woźniakowskim rozmawia Michalina Pernus [Jacek Woźniakowski], „TP” nr 50, 12 grudnia 1971, s. 3; Gdyby mnie kto pytał o radę – z Jackiem Woźniakowskim rozmawia Ewa Berberyusz, „TP” nr 28, 8 lipca 1984, s. 1, 4; Andrzej Biernacki W przyszłość nie na oślep. Srebrny jubileusz SIW Znak, „TP” nr 28, 8 lipca 1984, s. 1–2; Ja, jako krakauer… – z Jackiem Woźniakowskim rozmawia Artur Domosławski, „Gazeta Wyborcza” nr 22, 27 stycznia 2000, s. 14–15; Stanisław Stomma Powszechny (nadtytuł: Na 60-lecie Tygodnika Powszechnego), „Znak” nr 4, kwiecień 2005, s. 105–109, rubryka: Tematy i refleksje; Przygoda z Tygodnikiem – z prof. Jackiem Woźniakowskim rozmawiają: Michał Bardel, Janusz Poniewierski i Stefan Wilkanowicz (nadtytuł: Na 60-lecie Tygodnika Powszechnego), „Znak” nr 4, kwiecień 2005, s. 110–127, rubryka: Tematy i refleksje; Wszystko w głowie – z Krystyną Chmielecką, sekretarzem wydawnictwa Znak w latach 1959–1989, rozmawia Anna Mateja (nadtytuł: Pół wieku Znaku), „TP” nr 7, 15 lutego 2009, s. 28–29.

     

    [4]        Biogram podany za: Ludzie Znaku, red. Anna Mateja, Znak, Kraków 2015.

Tutaj nie można dodawać komentarzy.