• Irena Oszacka

    Opublikowany Wrzesień 1, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

     

    Anulę Gąsiorowską, jeszcze nie Turowiczową, poznałam w 1937 roku w gimnazjum sióstr niepokalanek w Nowym Sączu. Byłam uczennicą jednej ze starszych klas (maturę zdałam w 1938 roku), Anula studiowała już historię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Sprowadziła ją do szkoły – swoją ukochaną wychowankę! – siostra Emilia Wilczyńska, by Anna zagrała rolę Władysława Warneńczyka w spektaklu na temat historyczny, jaki szkoła miała zwyczaj wystawiać każdego roku na zakończenie karnawału (sztukę napisała siostra Gertruda Skórzewska, a wyreżyserowała właśnie siostra Wilczyńska). I choć spektakle były tak pomyślane, by każda dziewczyna – od najmłodszych klas po maturzystki – znalazła dla siebie rolę, do wcielenia się w postać króla Władysława nie znaleziono odpowiedniej kandydatki. I wtedy właśnie siostra Emilia przypomniała sobie, że przecież Anna Gąsiorowska by się nadała…

    To był rzeczywiście trafny wybór: Anula była piękna i doskonale nadawała się do królewskich ról, znakomicie grała. Towarzyszyłam jej na scenie, jako wdowa po królu węgierskim, która przyjeżdża do Krakowa prosić króla Władysława o pomoc w odparciu tureckiej nawały. W moim albumie zachowały się zdjęcia Anuli jako króla zrobione podczas tego spektaklu. Tak się poznałyśmy i zaprzyjaźniłyśmy.

    W tamtym czasie Anula była już zaręczona z Jerzym Turowiczem, którego przedstawiła siostrze Wilczyńskiej. Wszyscy byli ciekawi, jak Anuli, takiej wspaniałej dziewczyny, ukochany wygląda…

    ***

    Po maturze przez rok mieszkałam w Warszawie. Po wybuchu wojny chciałam wrócić z tułaczki kampanii wrześniowej wraz z mamą i bratem (oraz psem!) do naszego rodzinnego domu w Katowicach, ale Niemcy nie pozwolili nam nawet wysiąść z pociągu. W mieście, które wcielono do Rzeszy, byliśmy jako Polacy nieproszonymi gośćmi. Mama zresztą nie chciała pchać się na siłę do Katowic, bo przed wojną współpracowała z wojewodą Michałem Grażyńskim, w ramach Polskiej Macierzy Szkolnej. Ojca już z nami nie było – opuścił Polskę wraz z wojskiem, uciekając przez Zaleszczyki. A potem walczył w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Tak znalazłam się w Krakowie, gdzie poznałam Jana Oszackiego, lekarza; wyszłam za niego za mąż w 1943 roku[1].

    Przytłaczająca większość cywilów przeżyła okupację stojąc w różnego rodzaju ogonkach: na poczcie, gdzie odbierało się paczki przysyłane przez zagraniczne organizacje pomocowe, przed piekarnią, masarnią etc. Siłą rzeczy w kolejkach można było spotkać wielu znajomych. W takich właśnie miejscach spotykałam Anulę. Między innymi wpadłyśmy na siebie dosyć przypadkowo tuż przed moim ślubem. Bardzo się ucieszyła, że wychodzę za Janka. Znała go, oczywiście – jako dzieci chodzili razem na zajęcia rytmiki.

    Tytułem dygresji wtrącę, że nauczycielem gimnazjalnym matematyki mojego męża był z kolei Andrzej Turowicz, brat Jerzego, późniejszy ojciec Bernard, benedyktyn z Tyńca. Miałam szczęście go poznać, na czym bardzo mi zależało, ponieważ fascynowało mnie połączenie ścisłego umysłu matematycznego z żarliwą wiarą.

    W czasie wojny Anna wpadała do mojego sklepiku „Roboty ręczne” przy Grodzkiej 18, który prowadziłam jeszcze jako panna Irena Miłobędzka. Robiło się swetry na zamówienie, handlowało perfumami i apaszkami, które przywozili do Krakowa robotnicy francuscy zatrudniani przez Niemców w parkach samochodowych Renault i innych francuskich marek, zagrabionych po inwazji Niemców na Francję w 1940 roku. Do sklepu przychodzili też chłopcy z lasu, organizowaliśmy tam różne zebranka, np. gry w „bridża” przy świecach, gdy już było po godzinie policyjnej. Gdy Anula przechodziła obok, oczywiście wstępowała. Miała perełki na szyi, gustownie upięte włosy, zawsze była ładna i zadbana. Rzucałyśmy sobie jakieś miłe słowa…

    Po wojnie widywałyśmy się tu i tam, ale nie bywałyśmy u siebie (może raz byłam w ich mieszkaniu przy Lenartowicza). Przede wszystkim dlatego, że mój mąż był bardzo zapracowany i nie mieliśmy czasu na prowadzenie życia towarzyskiego. Zdarzało się, że Janek chodził badać mamę Anulki, która mieszkała po wojnie przy ulicy Olszyny. Przez lata nie kursowała w tym rejonie żadna komunikacja i Janek za każdym razem cwałował na ten „koniec świata” na piechotę.

    Na początku lat 80. spotkałam się z Anną – oczywiście, jak zwykle, przypadkiem  – w samolocie do Brukseli. Anula jechała do znajomych, ja przesiadałam się tam w samolot do USA. Zapytałam ją wówczas o przemówienie Jana Pawła II wygłoszone w ostatnią niedzielę przed Niedzielą Palmową na Placu św. Piotra, podczas którego papież udzielił specjalnego błogosławieństwa wszystkim opiekującym się zwierzętami. Dla osób, które zajmują się prawami zwierząt – należę do tego grona od lat kilkudziesięciu – to było bardzo ważne. Właściwie rewelacja! Oto zaczyna się coś nowego: Kościół upomina się o dobrostan naszych braci mniejszych, docenia trud tych ludzi, którzy poświęcają im życie, uznaje w zwierzętach cierpiące istoty. Anula, która miała w domu wszystkie numery polskiego wydania „L’Osservatore Romano”, obiecała znaleźć dla mnie przemówienie, jeśli tylko zostało ono w piśmie opublikowane. Po jakimś czasie skontaktowała się ze mną, że, niestety, niczego nie znalazła. Widać redaktorzy pisma uznali, że to nie jest ważne i nie przetłumaczyli do polskiej edycji pisma ani tego przemówienia, ani papieskiego błogosławieństwa.

    Podczas ostatniego spotkania, pod koniec lat 90., klęczałyśmy obok siebie w Kolegiacie św. Anny. Spotkałyśmy się bowiem podczas ślubu córki prof. Władysława Stróżewskiego.

    ***

    Gdy mój mąż zmarł w 1982 roku, Anula napisała do mnie ciepły, serdeczny list, jakby nie kondolencyjny, które z reguły są sztampowe i suche. To był prawdziwy list… Czułam, że mnie i mój ból naprawdę rozumie. Ujęła mnie jej empatia, bo okazała mi ją osoba, z którą łączyły mnie przecież sporadyczne, przelotne spotkania. Więź między nami zawsze była jednak silna, pełna czułości i sympatii.

    Kraków, 1 grudnia 2010 r.

    IRENA OSZACKA (ur. w 1920 roku w Toruniu) studiowała w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie oraz malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Jest współzałożycielką krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Mieszka w Krakowie.

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

    © Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego

    [1]        Prof. Jan Oszacki (1915–1982) był chirurgiem. Pracował w Klinice Chirurgicznej Glatzla, szpitalu im. Gabriela Narutowicza, w latach 1959–1982 kierował II Kliniką Chirurgiczną Akademii Medycznej w Krakowie i Instytutem Onkologii; dziekan oraz rektor Akademii Medycznej w Krakowie; prowadził badania z zakresu chirurgii przewodu pokarmowego i chirurgii endokrynologicznej. Autor podręczników.

Tutaj nie można dodawać komentarzy.