• Helena Styrna-Mamoniowa

    Opublikowany Sierpień 31, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

    W „Tygodniku” znalazłam się dlatego, że musiałam zarabiać pieniądze. Był rok 1959 i studiowałam na czwartym roku polonistyki, kiedy dowiedziałam się od mojego kolegi Staszka Gołubiewa, starszego syna Antoniego Gołubiewa, że w „Tygodniku” jest posada gońca do wzięcia. Powiedziałam sobie: „Proszę bardzo! Przecież i tak lubię chodzić”.

    Sposób, w jaki rozmawiał ze mną Jacek Woźniakowski, który przyjmował mnie do pracy, zapamiętam do końca życia: mówił do mnie, jakbym przyszła do „Tygodnika” sprzątać. Oczywiście, on siedział, ja stałam.

    W redakcji byłam „przynieś, podaj, pozamiataj” – kimś, na kogo nie zwraca się specjalnej uwagi. Biegałam głównie do drukarni i do cenzury, czasami do czyichś domów, np. do tzw. bezetów, czyli „byłych ziemian”, gdzie mówiono do mnie w przedpokoju: „niech czeka”. No to czekała. Szalenie to było zabawne…

    W ówczesnym „Tygodniku” odczuwało się lekki podział: z jednej strony byli „starzy a dostojni”, z drugiej, sympatyczni i bardziej przystępni, „młodzi”: Jurek Kołątaj, Mareczek Skwarnicki, Jacek Susuł, Tadzio Żychiewicz. Widać było, że „starzy” są trochę najeżeni na „młodych”, ale obie strony tworzyli ludzie o takiej kulturze, że nie mogło być mowy o jakichkolwiek rewolucjach czy choćby kłótniach. Jeśli dochodziło do napięć, dawano im ujście przez cichutkie przygadywanie sobie lub prawienie drobnych złośliwostek.

    Jerzego Turowicza poznałam wcześniej, nim zostałam gońcem w „Tygodniku”, ponieważ bywałam na Lenartowicza jako studencka koleżanka Dunki Micińskiej, która mieszkała wówczas u Turowiczów. Pokój, który Dunka zajmowała, i w którym się uczyłyśmy, wiele lat później nazwano „pokojem bliźniaków”, bo tak się złożyło, że i Dunka, i ja, a także najmłodsza córka Turowiczów, Magdalena Smoczyńska, urodziłyśmy bliźnięta.

    Jerzego Turowicza zapamiętałam jako przemiłego i sympatycznego. Nie miałam przyjemności rozmawiać z nim dłużej, czy na poważne tematy (najpierw byłam tylko wypełniającym swoje obowiązki gońcem, potem towarzyszyłam mężowi podczas różnych „Tygodnikowych” uroczystości), więc kontakty były oficjalne, ale miłe. Ceniłam sobie jednak nawet te zdawkowe spotkania, bo Jerzy Turowicz był normalny – po prostu, i tak traktował wszystkich ludzi, niezależnie od noszonego przez nich nazwiska czy pełnionej funkcji.

    Tak się złożyło, że przyszłam tylko do pracy – dorywczej, by mieć za co skończyć studia – a związałam się ze środowiskiem „Tygodnika” na kilka dekad, ponieważ wyszłam za mąż za redaktora „od poezji” tego pisma – Bronka Mamonia. Pobraliśmy się rok po skończeniu przeze mnie studiów, kiedy pracowałam już jako nauczycielka języka polskiego w szkole. Ślub cywilny, pamiętam, wzięliśmy w Zaduszki, bo tylko wtedy były wolne terminy. Natomiast ślub kościelny w Kolegiacie św. Anny; błogosławił nas ks. Andrzej Bardecki – niesłychanie ciepły i mądry człowiek, na dodatek z poczuciem humoru. Na oba śluby stawił się oczywiście cały „młody Tygodnik”, wraz z Turowiczem.

    I właściwie tak już zostało: jeśli tylko była okazja, prowadziliśmy intensywne życie towarzyskie. A okazji było sporo: imieniny, śluby, komunie dzieci. Spotkania ustały, gdy skończył się PRL. Przypuszczam, że nasze ówczesne zamiłowanie do zabawy wynikało z opresyjności tamtych lat, ciągnącej się całe dekady siermiężności. To było takie odreagowanie: teraz to nam mogą…

    Podczas jakichś hucznych imienin odprawianych w naszym pierwszym mieszkaniu przy Wrocławskiej, Jerzy Turowicz – choć z grona „starych i zacnych” – zachowywał się jak jeden z nas. Wymyślił zabawę w szuflonosy: zakładaliśmy na nosy zakładki z pudełek od zapałek, potem goniliśmy się wszyscy na czworakach, by strącić komuś tę nakładkę z nosa. Jeszcze lepszą zabawę wymyślił kiedyś Mareczek Skwarnicki, który założył się z jednym z uczestników zabawy o to, kto pierwszy przybiegnie do pokoju na dźwięk tłuczonego szkła. Po czym wziął kieliszek i walnął nim o parapet. Bardzo się dziwili, że nie lecę z szufelką…

    ***

    Bronek spraw „Tygodnika” do domu nie przynosił, co wynikało z jego charakteru: miał zwyczaj mówić jedno zdanie na tydzień i to nierozwinięte. Póki żyła Jadzia Kołątajowa wiedziałam wszystko, bo Jurek miał inną naturę – przychodził i zaczynał od progu. Tyle, że to były ploty dotyczące bieżącego życia redakcyjnego, nawet ich już nie pamiętam.

    Pamiętam ludzi, bo ci w „Tygodniku” zawsze byli interesujący.

    Zofia Starowieyska-Morstinowa: „matka nasza” – jak ją nazywano. Urocza, cudowna, wielkiej klasy dama. Gdy byłam gońcem, pani Zofia jeszcze przychodziła do redakcji, zawsze była miła. Potem, niestety, zaczęła chorować, ale często nas do siebie z Bronkiem zapraszała i zawsze były to przyjemne spotkania. Z tych dobrych kontaktów z panią Zofią, ale też jej synem Andrzejem Morstinem, narodziła się później biografia pani Zofii, autorstwa Bronka[1].

    Z Antonim Gołubiewem grywałam w „bridża” na Jaskółczej za sprawą jego starszego syna, Staszka, i młodszej córki, Hani (obecnie Doroszewskiej), których miałam przyjemność bliżej poznać.

    Jacek Susuł, czyli „Tygodnikowy” Bibliofil, który trzymał naszego Marcina do chrztu: człowiek szalenie prawy, wszechstronnie wykształcony erudyta (miał nawet wykształcenie muzyczne). Rodowity Krakus z Garbarskiej. Jego żona Anna, zwana Mynią, była orientalistką i przetłumaczyła „Baśnie z tysiąca i jednej nocy”. Po śmierci Jacka, niestety, ciężko zachorowała – na depresję maniakalną, a mnie się wydaje, że po prostu nie potrafiła bez Jacka żyć.

    Jurek Kołątaj: sympatyczny, choć pełen kompleksów, bo „on jest ten gorszy, co nie pisze, jest tylko techniczny”. Entuzjasta ładu i porządku, był „chory” z powodu „Tygodnikowego” bałaganu.

    Tadeusz Myślik też był miły, ale na początku lat 70. wywołał niebywały skandal, gdy prowadzony przez niego samochód uległ wypadkowi i zginęła pewna młoda kobieta… Myślik, który był posłem koła posłów Znak, nie powiedział nic w redakcji, tylko zadzwonił do Komitetu Wojewódzkiego PZPR – szczegółów już, oczywiście, nie pamiętam, ale doszło wówczas do redakcyjnego trzęsienia ziemi. Myślik odszedł. Zapamiętałam go jako fenomenalnego wykonawcę rosyjskich romansów i piosenek legionowych.

    Tadeusz Nowak: demoniczny dyrektor „Tygodnikowej” administracji, który pochodził – jak moja rodzina – ze Lwowa i siedział z moim ojcem w jednej ławce we lwowskim gimnazjum. Wiedziało się od zawsze, że utrzymuje kontakty z SB, choć dla moich dorosłych dzisiaj dzieci było to spore zaskoczenie, ponieważ pamiętały go jako św. Mikołaja, który przychodził z prezentami w prawdziwych szatach biskupa. Szaty były pożyczone z krakowskiej kurii, a Nowak nie tyle odgrywał rolę, ile właściwie przeistaczał się w biskupa ze Smyrny.

    Tadeusz Żychiewicz: raptus, piekielnik, ale jakie miał poczucie humoru! Jego swary z Jackiem Woźniakowskim były legendarne – obaj panowie działali sobie na nerwy, tym bardziej, że Woźniakowski chyba nie cenił pisarstwa Żychiewicza, uważając jego książki za przeznaczone dla mniej wyrobionego intelektualnie czytelnika.

    Powinnam tu jeszcze wymienić Skwarnickich, Ziutę Hennelową, Krzysztofa Kozłowskiego… To wszystko byli ludzie, na których można było liczyć, o czym przekonaliśmy się z Bronkiem nie raz, przede wszystkim w 1968 roku, kiedy przyszły na świat nasze bliźnięta, a Bronek – choć nie w związku z tym – wylądował w szpitalu z pierwszym zawałem. Na dodatek słabszy z bliźniaków, Marcin, zapadł na biegunkę infekcyjną, mieszkanie było w remoncie… Wtedy żony redakcyjne – i Ziuta Hennelowa – zorganizowały coś fantastycznego: dyżury przy dzieciach! Przychodziły: Ziuta, Jadzia Kołątajowa, Hanka Myślikowa, Mynia Susułowa, Teresa Żychiewiczowa. Zosia Skwarnicka nie, bo albo była w ciąży, albo właśnie urodziła. Stefan Wilkanowicz zabierał naszą starszą córkę, Agatę, i odprowadzał wraz ze swoją do przedszkola.

    Panowie redaktorzy też się pojawiali u nas w domu przy Miechowity, ale po to, by „zbawiać świat”. Nie brałam w tym udziału, bo albo poprawiałam zeszyty uczniów, albo prałam pieluchy w pralce „Frania”, czyli, mówiąc ogólnie: zajmowałam się domem.

    Wszyscy spotykaliśmy się, wraz z dziećmi, w środowiskowym domu pracy twórczej w Pewli. To było panoptikum! Poza rodzinami pracowników „Tygodnika”, Znaku czy działaczy Klubów Inteligencji Katolickiej, przyjeżdżały też jakieś „bezetki”, które co roku uczyły się tych samych francuskich słówek.

    Jeśli przybyła prof. Irena Sławińska z Lublina jej śmiech było słychać daleko. Mam nadzieję, że ktoś nagrał ten serdeczny, daleko się niosący rechot Pani Profesor… Bronek był z nią zaprzyjaźniony od czasu studiów polonistycznych na KUL-u, które odbywał pod jej kierunkiem. Ona też uratowała mu życie, gdy podczas jakieś studenckiej eskapady Bronek zaczął się topić w jednym z jezior mazurskich. Pani Profesor, która była znakomitą pływaczką, wyciągnęła Bronka w ostatniej chwili i zrobiła mu sztuczne oddychanie.

    Do Pewli przyjeżdżała też pani Matylda Osterwina, zwana Tilą – wspaniała osoba! To była arystokracja ducha. Kiedyś Bronek wrócił od „księżnej pani”, jak nazywaliśmy panią Osterwinę, z, jak przypuszczam, kolejnej rozmowy o Juliuszu Osterwie. I mówi: „Byłem w teatrze”. Popatrzyłam dziwnym wzrokiem, przecież spotkanie było o czwartej po południu… Otóż kiedy Bronek pojawił się na Pijarskiej, wyszła „stara sługa”, czyli wierny lokaj, i zapytała: „Czy pan był umówiony? Tak? Proszę czekać, idę spytać, czy księżna pani może pana przyjąć”. Bronek stał więc w przedpokoju i czekał. Na wszelki wypadek zaznaczę, że zdarzenie miało miejsce w środku PRL-u! Wreszcie „stara sługa” wraca i mówi: „Proszę za mną!”. Przechodzą przez ogromne pokoje, otwierając kolejne dwuskrzydłowe drzwi. Wreszcie „stara sługa” się odwraca: „Księżna pani prosi!”. Na fotelu siedziała matka pani Tili, Matylda z Windisch-Grätzów Sapieżyna, rzeczywiście dostojna, ale w rozmowie, podobnie jak Tila Osterwina, była normalna i w ogóle w obyciu znacznie mniej arystokratyczna, niż owa „sługa”.

    To były dobre czasy – tyle fantastycznych osób skupiło się w jednym miejscu: w redakcji i w zasięgu oddziaływania tego pisma. Może dlatego, że tam wówczas nikt nie szukał kariery. W piśmie pracowali więc ci, którzy z pismem wiązali swoje życie i ambicje. Zresztą z powodu odium, jakie posiadał „Tygodnik” w PRL-u, naprawdę nie można było mówić, że tam jest możliwa jakaś kariera! Wręcz przeciwnie – wiele się ryzykowało. Bronek napisał przecież doktorat (tematem rozprawy był oczywiście Karol Ludwik Koniński, a praca została obroniona na Uniwersytecie Jagiellońskim w pierwszej połowie lat 70.), by w przypadku zamknięcia „Tygodnika” mieć możliwość zatrudnienia choćby w uczelnianej bibliotece.

    ***

    Bronek zadebiutował jeszcze w starym „Tygodniku”, w styczniu 1953 roku[2]. Wrócił do Krakowa z Lublina, dokąd wyjechał na studia, ponieważ nie pozwolono mu studiować filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim po tym, gdy odmówił zapisania się do Związku Młodzieży Polskiej. Pochodził z podkrakowskiej wsi; gimnazjum skończył u księży salwatorianów na Dębnikach i rozpoczął studia w seminarium duchowym, bo takie było marzenie rodziców. Szybko jednak z tego zrezygnował, przekonawszy się, że to jednak nie jego droga.

    Jako recenzent literacki i teatralny oraz korektor współpracował z „Tygodnikiem Powszechnym” wydawanym przez PAX, nie wiedząc, na początku przynajmniej, co to jest PAX, ani że „Tygodnik” został ukradziony prawowitym właścicielom. Bo też skąd miał wiedziać? Nie miał możliwości słuchania RWE. W Krakowie był sam, nie należał do żadnego środowiska, rodziny tu nie miał. Istniała cenzura, więc z gazet też nie mógł się dowiedzieć, że „Tygodnik” to już nie jest to pismo, w którym debiutował. Poza tym ludzie musieli z czegoś żyć, a Bronek całe studia utrzymywał się sam, bo nigdy nie mógł liczyć na finansowe wsparcie ze strony rodziny.

    W 1956 roku, kiedy pismo przejęła prawowita redakcja, Turowicz zaangażował dwie osoby z tych, które z „Tygodnikiem” PAX-u współpracowały: Jacka Susuła i Bronka. Nie przyjęto Wiesława Pawła Szymańskiego, który też się starał o zatrudnienie.

    Bronek był szeroko znany z rewerencji, z jaką odnosił się do wszystkich autorów i korespondentów piszących do działu kultury „Tygodnika”: odpisywał niemal natychmiast i to na każdy list. Wymieniał listy i przyjaźnił się m.in. ze Zbigniewem Herbertem, Zygmuntem Kubiakiem (pamiętam, jak przyjechał do Krakowa z córką, Moniką, która miała wtedy cztery lata i zaczął z nią rozmawiać po starogrecku… Czy ktoś normalny uczy dziecka starogreckiego?!), Zdzisławem Łapińskim, Wojciechem Skalmowskim[3]. Nie dziwi mnie, że autorzy lubili Bronka, i to zarówno Wisława Szymborska, która odwiedziła go parę razy w domu, gdy ciężko chorował, jak ci dużo młodsi od niego – choćby poeci, którzy skupili się wokół „Tygodnika” w pierwszej połowie lat 90. za sprawą Marcina Świetlickiego.

    Sumienność w odpisywaniu na listy łączyła Bronka z Turowiczem, podobnie jak znajomość i przywiązanie obu panów do poezji. Zawsze też pisał ręcznie. Nie mówił w żadnym obcym języku, czytał w trzech. Za wspomnieniami chyba nie przepadał – był przecież niesłychanie małomówny, ale na szczęście kilka miesięcy przed śmiercią udało mi się go namówić do ich spisywania. Niestety, zapiski z życia zdążył doprowadzić zaledwie do 1956 roku.

    Bronek bywał też roztargniony, dlatego np. pozostawienie trójki dzieci pod jego okiem, zawsze wydawało mi się ryzykowne. Ale często nie miałam wyjścia. Wróciłam kiedyś z posiedzenia rady pedagogicznej i widzę w kuchni taką sytuację: Broneczek siedzi i czyta, a Marcin, który miał trzy lata, wyciągał z szafki kuchennej rzecz wówczas bezcenną – prawdziwe jaja! (Bo jaja dzieliły się wówczas na prawdziwe i ze sklepu, czyli chłodnicze albo wapienne). Po czym każde jajo Marcin rozbijał o podłogę – pół metra od czytającego Bronka, który nie zwracał na to najmniejszej uwagi.

    Kiedy jednak Agata zajrzała do teczek w Instytucie Pamięci Narodowej, jakie zgromadzono na temat Bronka, okazało się, że w latach 80. moim roztargnionym Bronkiem zajmowało się dwudziestu jeden esbeków! A przecież wszyscy wiemy, jaki był: raczej nie wybuchowy, spokojny, pogrążony w swoich myślach. Na dodatek, nigdy nie pisał o polityce.

    ***

    Po 1989 roku, kiedy w „Tygodniku” pojawiło się pokolenie „młodych wilczków”, z których wielu, moim zdaniem, pojawiło się w piśmie z nadzieją, że będzie to trampolina do dalszej kariery zawodowej, Bronek czuł się w redakcji coraz gorzej. Wszystko się działo poza jego plecami, nikt nie zwracał na niego uwagi, nawet gdy był jeszcze formalnie szefem działu kulturalnego. Lekceważono go, po prostu.

    Nie wiem, jaki był udział Jerzego Turowicza w ówczesnym doborze pracowników, ale jeśli on to akceptował, to źle to o nim świadczy, a jeśli się do tego nie mieszał, to też niedobrze. Bronka irytowało przede wszystkim skandaliczne niedouczenie tego pokolenia. Pojęcia nie mieli nie tylko o pierwszym „Tygodniku”, ale w ogóle o wszystkim – gdzie tknąć… Do tego brak manier, zarozumiałość w tym, co mówili, jak postępowali. Przestała się liczyć wiara, choć dla starszego pokolenia to była bardzo ważna kwestia.

    Zaczęli umierać nasi przyjaciele: Susułowie, Kołątajowie, Żychiewiczowie. Odchodzili jedno po drugim: z reguły najpierw mąż, potem żona – jakby jedno bez drugiego nie mogło dalej żyć. Staraliśmy się przekazać łączące nas więzy dzieciom, ale nie udało się – każde poszło swoją drogą.

    Po śmierci Bronka w 2003 roku moje kontakty z redakcją właściwie ustały. Zostały mi zdjęcia, m.in. uwieczniające takie wydarzenia jak tańczący Bronek! Z góralką w Łopusznej podczas spotkania zorganizowanego przez ks. Józefa Tischnera. Przecież Bronek nigdy nie umiał tańczyć i tego nie lubił, tylko Tischner mógł go do takiego wyczynu namówić…

    Kraków, 24 listopada 2010 r.

    HELENA STYRNA-MAMONIOWA (ur. w 1938 roku w Samborze, obecnie Ukraina) ukończyła filologię polską w 1960 roku na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez kilkadziesiąt lat pracowała jako nauczycielka języka polskiego; od połowy lat 80. związana zawodowo z krakowskim liceum księży pijarów. Mieszka w Krakowie.

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja; w rozmowie uczestniczył także Tomasz Fiałkowski.

    © Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego

    [1]        Bronisław Mamoń, Cieszyć się życiem. Zofia Starowieyska-Morstinowa szkic do portretu, Znak, Kraków 2003.

    [2]        Bronisław Mamoń, Teza nie udowodniona, „Tygodnik Powszechny” nr 3, 18 stycznia 1953, s. 5–6 [recenzja książki: Zygmunt Lichniak, Poeta konsekwencji. Rzecz o Jerzym Liebercie, PAX, Warszawa 1952].

    [3]        Korespondencja Bronisława Mamonia znajduje się w Archiwum Jerzego Turowicza, w Bibliotece Narodowej.

Tutaj nie można dodawać komentarzy.