• Halina Bortnowska

    Opublikowany Lipiec 22, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

    „Tygodnik Powszechny” zaczęłam czytać jako licealistka, w Toruniu. Pismo, wraz z miesięcznikami „Znak” i „Przegląd Powszechny”, kupowałam wspólnie z Zosią Korbutt, późniejszą żoną Marka Skwarnickiego.

    W moim domu „Tygodnik” się czytało, a jego ludzie, nie wiedząc o tym, byli poniekąd członkami rodziny. Czasami wydaje mi się, że wtedy byłam bliżej nich, niż kiedy zostałam redaktorem miesięcznika „Znak”. W czasach toruńskich obcowanie z „Tygodnikiem” było bardzo ciepłe, osobiste, bezpośrednie i stwarzało poczucie przynależności. Wtedy działało to, co „Tygodnik” zawsze miał najlepsze – teksty, z osobami to już bywało różnie. Bo tak się jakoś składało, że kiedy człowiek stawał się kandydatem na uczestnika środowiska, pojawiały się mechanizmy oddalania. Przystępność tekstów wszystkim leżała na sercu, przystępność kręgu – niekoniecznie. Tej „siły odpychania” nie wiążę z osobą Jerzego Turowicza. Uważam, że to się działo pomimo Jerzego. On się tym nie zajmował, bo co innego, jednak ważniejszego, zaprzątało mu głowę, sama zresztą nie potrafiłabym powiedzieć, dlaczego działo się w redakcji właśnie tak.

    Złudzeniem byłoby zakładać, że wszyscy, którzy kręcili się po tych różnych orbitach, to było jedno środowisko. Nie było też potrzeby ani inicjatywy, by tak silnie się ze sobą spajać. Każdy był dostatecznie zajęty swoim „ogródkiem”, za który ponosił odpowiedzialność: „Tygodnik Powszechny”, miesięcznik „Znak”, wydawnictwo Znak, tym bardziej KIK czy koło posłów Znak. Mieliśmy całkowite poczucie swojej odrębności, co nie musiało się przejawiać w jakichkolwiek antagonizmach. Uzgadniano jedynie rzeczy najważniejsze, jak – domniemywam – było z zamknięciem pisma w 1953 roku, kiedy okazało się, że nie jest możliwe jego wydawanie w takiej postaci, w jakiej chciała to robić ekipa Turowicza.

    W tego rodzaju naradach brała udział z redakcji miesięcznika „Znak” tylko jego redaktor naczelna, Hanna Malewska. Nie przeszkadzało mi, że mnie nikt się nie pyta o opinię – mogłoby mnie to uwierać, gdybym nie miała pełnego zaufania do pani Malewskiej. Ale tak nie było. Akceptowałam ten stan rzeczy, tłumacząc sobie, że taki jest świat – ten konkretny świat. Poza tym: „Dosyć ma dzień swojej biedy” – mieliśmy co robić. Sama dość szybko ustawiłam się zresztą tak, że z jednej strony moim polem odpowiedzialności był miesięcznik (on był dla mnie najważniejszy), a z drugiej znajdywałam sobie inne zajęcia, m.in. przez lata co tydzień jeździłam do Katowic, by prowadzić zajęcia w duszpasterstwie akademickim, potem zaangażowałem się w ruch hospicyjny, a jeszcze później w działalność Solidarności. Ponieważ miałam swoje punkty odniesienia poza środowiskiem Tygodnikowo-Znakowym, nie odbierałam obrad toczonych nade mną, jako pozbawianie mnie czegokolwiek.

    Czy zresztą było czego żałować? „Tygodnik” miał pewną właściwość, dość niebezpieczną: z jakiegoś powodu w pewnym momencie ktoś stawał się niesłychanie popularny i potrzebny, po jakimś czasie jednak, równie nagle, zapominano o autorze, o którego całkiem niedawno jeszcze tak intensywnie zabiegano. Jerzy nie bawił się w coś takiego. Może dlatego, że on też miał inne punkty odniesienia poza tym systemem: inni ludzie, sprawy i środowiska go absorbowały. Pilnował pisma, bo na nim naprawdę mu zależało i tu skupiają się jego zasługi i odpowiedzialność, daleko mniej ingerował natomiast w redakcyjne stosunki międzyludzkie. Zresztą, może nic złego się nie działo: pismu taka rotacja na pozycji lidera publicystów wychodziła nawet na dobre. Poza tym, redakcja, choć zarządzała ciasnym, bo liczącym zaledwie osiem kolumn „Tygodnikiem”, i tak była przez wszystkie te lata niesłychanie otwarta.

    ***

    Sama publikowałam w „Tygodniku” niewiele, m.in. w czasie Soboru, a potem w stanie wojennym, cykl krótkich tekstów „Rozważania o trzeciej rano” – trwało to jednak zaledwie kilka tygodni. Cenzura mocno się po tym przejeżdżała, poza tym chyba przestało to być interesujące dla redakcji. Ale też ani mnie, ani „Tygodnikowi” tego nie brakowało, tym bardziej, że „Znak” dawał mi spore możliwości publicystyczne. Robiłam też wszystko, co było potrzebne dla wydania kolejnego numeru miesięcznika: tłumaczyłam (z francuskiego, angielskiego i niemieckiego), czytałam i oceniałam teksty, redagowałam.

    Na brak materiałów nigdy w „Znaku” nie narzekaliśmy. Prowadziliśmy też w redakcji miesięcznika przy Siennej bogate życie towarzyskie: wielu autorów i przyjaciół przychodziło porozmawiać o tematach, wydarzeniach, wydanych książkach, planowanych tekstach, nawet życiu rodzinnym. Było to miłe, inspirujące, ale i niesłychanie angażujące czasowo.

    Pismo było redagowane przez Malewską w taki sposób, że właściwie wszystkie numery, choć nie były tematyczne, były wewnętrznie zintegrowane. To nie była zbieranina. Teksty były tak komponowane, by nie tylko każdy z nich z osobna, ale i wszystkie razem wzięte, coś mówiły. To wielka umiejętność, ale i jakiś rodzaj szczęścia, bo tak głębokie zanurzenie w czyjeś teksty pozwala inspirować ludzi, kierować ich poszukiwaniami i w efekcie zyskiwać świetne teksty i zdolnych autorów.

    Numer rodził się na tzw. brudasach, czyli wielkich arkuszach bristolu, na końcu pracy nad kolejnym wydaniem bardzo ubrudzonego, na którym notowało się wszystkie plany i pomysły. Nie mieliśmy tablicy, bo nie posiadaliśmy własnego pomieszczenia – po 15.00 do pokojów na Siennej wkraczał Klub Inteligencji Katolickiej. Wtedy zwijaliśmy rozłożony na biurku Malewskiej arkusz i chowaliśmy go do szuflady. Czasem w pośpiechu, więc był pogięty. Każdy z redaktorów miał w tym biurku swoją część; w mojej przez jakiś czas przechowywano gipsowy gorset, w którym ktoś przesłał rękopis swojego tekstu.

    Symbioza z Klubem była kłopotliwa i bardzo ograniczała nasze możliwości. Trzeba było zabierać teksty do domu i czasami coś gdzieś zostało, nikt się nie przyznał, że zgubił, a zdarzali się autorzy, którzy obowiązkowo coś tam musieli odzyskać. Praktycznie się nie zdarzało, by tekst przepisywała maszynistka, no chyba że po naszej obróbce wyglądał tak, że nie można go było skierować do drukarni. Wtedy jednak przepisywaliśmy tekst sami albo kierowaliśmy go do autora. Było to uciążliwe, ale z drugiej strony, takie warunki skłaniały ludzi do bardziej uporządkowanego pisania tekstów (teraz, mam wrażenie, z ludzi teksty się wylewają).

    ***

    Jerzego Turowicza, jako osobę, nie tylko autora tekstów, poznałam w Instytucie Katolickim w Trzebnicy w połowie lat 50., dokąd przyjechał z kilkoma osobami z „Tygodnika” na wykłady i zajęcia. Z tego grona zapamiętałam tylko Jerzego i Antoniego Gołubiewa, którego obecność była tam właściwie oczywista: Instytut pochodził wszak z Kresów – miał siedzibę najpierw w Łucku, potem w Wilnie – i Gołubiew był znajomym kierownictwa Instytutu z tego właśnie kresowego czasu. Podczas tamtego spotkania usłyszałam po raz pierwszy, od Gołubiewa właśnie, o idei kościelnych obchodów milenium chrztu Polski. Było to na długo przed ogłoszeniem tego zamiaru przez kard. Stefana Wyszyńskiego.

    Ich wizyta i prowadzone zajęcia były dla nas, przyszłych katechetek, czymś naturalnym. Miesięcznik „Znak” był przecież naszym podręcznikiem – 35 numerów pisma, jakie wydano w latach 1946–1953 było oprawionych, a całość zaopatrzono w wyczerpujące bibliografie (w którym zeszycie do jakiego tematu są teksty). Wydanie następnych numerów, po reaktywacji pisma w 1957 roku, było jak opublikowanie piątej Ewangelii. Przecież to był zestaw kanoniczny! A tu się pojawia jeszcze coś nowego.

    Z Gołubiewem głównie rozmawiało się o milenium, bo on już ideę tego miał w głowie, z kolei Turowicz poprowadził warsztaty dziennikarskie. Podczas zajęć zwrócił uwagę na to, co napisałam. Ten moment zbiegł się z powstaniem w Instytucie przekonania, że potrzeba mocniejszej kadry i dlatego kilka osób zostało skierowanych na studia w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Znalazłam się w pierwszej grupie, która pojechała do Lublina. Jako studentka nawiązałam kontakt z „Tygodnikiem” i pisałam od czasu do czasu sprawozdania z różnych sesji i spotkań, choćby z Tygodnia Eklezjologicznego. Kiedy po studiach nie znalazłam pracy na KUL-u, „Tygodnik” od razu przyszedł mi do głowy. Okazało się, że potrzebują pracownika w redakcji miesięcznika, bo Wilkanowicz chciał zrezygnować z pracy w „Znaku” na rzecz różnych inicjatyw środowiskowych (przede wszystkim działalności w KIK-u). I to on, wraz z Malewską, doprowadzili do mojego zatrudnienia. Tak rozpoczęłam pracę w piśmie, którego pierwsze numery, z racji mojej nauki w Instytucie Katolickim, właściwie znałam na pamięć.

    Z redakcją „Tygodnika” ściślej współpracowaliśmy przy okazji Soboru – tematyka dla obu pism była podobnie interesująca, a poza tym bardzo aktualna. Konieczne było sprawne tłumaczenie dokumentów i komentowanie. Teksty soborowe były tłumaczone z łaciny, Stanisław Grygiel i ja staraliśmy się natomiast napisać je bardziej po polsku. Łacinę rozumiałam i nie miałam z tym większego problemu, trzeba było jednak wykłócać się z różnymi prałatami z kurii o takie czy inne sformułowania. Równie ważne było komentowanie tych tekstów przez Jerzego.

    ***

    Z całą pewnością prawdą jest, że Jerzy był synem Kościoła. Nie jest to łatwe uczucie, zwłaszcza gdy chce się to przywiązanie czynnie praktykować. Jeżeli dba się o matkę, może musimy jej powiedzieć, żeby się leczyła? Zdajemy sobie jednak sprawę, że musimy jej o tym powiedzieć tak, by jej nie urazić.

    Jeżeli widziałam kiedykolwiek człowieka doskonale szczęśliwego, to był to Jerzy – w Rzymie, na dzień przed inauguracją pontyfikatu Jana Pawła II. Zorganizowano wówczas spotkanie nowowybranego papieża z dziennikarzami. Jacyś francuscy dziennikarze wypchnęli mnie do przodu, mając nadzieję, że uda mi się zwrócić uwagę papieża, co mogliby sfilmować. Tak znalazłam się koło Jerzego i już razem zaczęliśmy „zwracać uwagę”, krzycząc: „wuju, wuju”. Francuzi podchwycili… Papież usłyszał, podszedł do nas, przywitał się i pobłogosławił.

    Dlaczego myśmy byli wówczas tacy szczęśliwi? Kilka dni wcześniej płakaliśmy w Hucie, gdy dowiedzieliśmy się, że kard. Karol Wojtyła został papieżem. Co teraz będzie? Wyjedzie do Rzymu, zostawi nas, a tyle projektów rozpoczętych. Co z synodem krakowskim? Ale wtedy w Rzymie jednak byliśmy z Jerzym szczęśliwi. Może na tym polega prawdziwe szczęście, że nie wiadomo, na czym się opiera?

    To było jedno z moich bliższych spotkań z Jerzym. Z reguły widywałam go właściwie tylko na Olimpie, czyli w redakcji „Tygodnika” przy Wiślnej, gdzie zachodziłam rzadko. Jak już mówiłam, pisałam do „Tygodnika” sporadycznie, nie zaangażowałam się też nigdy w prace redakcyjne pisma. Przez jakiś czas próbowałam pomagać Tadeuszowi Żychiewiczowi przy prowadzeniu jego „Poczty ojca Malachiasza”, ale szybko się to skończyło, bo okazało się, że bardzo się różnimy poglądami.

    Nie przepadałam za Kisielem, którego teksty ceniłam, natomiast do furii doprowadzały mnie jego kpiny z Anny Morawskiej i bliskiej jej idei ekumenizmu. Zmiany soborowe lubił nazywać „zagranicznymi pomysłami” albo „nowinkami”, co dowodzi tylko tego, że nic z tego nie rozumiał, po prostu. No cóż, jeśli ktoś czegoś sam nie używa, może chcieć, by kompozycja tego wciąż była taka sama…

    Ks. Andrzej Bardecki występował z kolei w obronie czytelnika, który nie rozumie trudnych tekstów, ja twierdziłam, dość zarozumiale, że jeśli tego nie zrozumie, to może nie nauczył się czytać, więc dajmy sobie spokój z takim czytelnikiem. Kiedyś trafiłam w redakcji na awanturę i zobaczyłam Ziutę Hennelową z płaczem opuszczającą gabinet naczelnego, w którym odbywało się zebranie. Nie podobało mi się, że okazuje, jaką jej koledzy wyrządzają przykrość. Ale to był tylko incydent, natomiast teksty Ziuty podobają mi się od zawsze.

    Z Jerzym nie miałam jakichś specjalnych „przygód”. Może i były takie chwile, kiedy wydawało mi się, że on za wolno się porusza, że może szybciej trzeba na coś postawić, coś więcej powiedzieć. Wiele razy jednak przekonałam się, że ostatecznie to Jerzy miał rację – nawet jeśli w pierwszej chwili nie chciałam mu jej przyznać – ze swoim dystansem i krytycznym spojrzeniem, w mitygowaniu naiwnego entuzjazmu czy bezkompromisowości niektórych. Szkoda, że nie pamiętam już przykładów takich sytuacji.

    Zawsze wydawało mi się, biorąc pod uwagę temperament innych dziennikarzy z „Tygodnika” czy „Znaku”, że bardziej niż oni prę do przodu. Coś było w tym rysunku, który wisiał w redakcji: kura ze zdumieniem spostrzega, że zniosła kwadratowe jajko, a reszta kur – z prawidłowym jajkiem, rzecz jasna – patrzy na nią z przekąsem. No więc, moje jajko było prawie zawsze kwadratowe… Byłam uważana za osobę konfliktową, na pewno. Z czasem dowiedziałam się, że bardziej to odczuwano, niż zdawałam sobie sprawę. Nawet Józek Tischner napisał, że ze mną trudno było wytrzymać, czego nigdy mi nie powiedział. Ubodło mnie to, bo miałam w pamięci książkę z dedykacją, w której dziękował mi za to, że nauczyłam go pisać bardziej zrozumiale, a tu się okazuje, że mu sprawiałam przykrość. Nie miałam takiego zamiaru.

    Ale nie dlatego ostatecznie wyjechałam z Krakowa do Warszawy i rozluźniłam kontakty ze „środowiskiem”. W redakcji sporo się zmieniło. W 1973 roku odeszła na emeryturę Hanna Malewska, wyznaczając na swojego następcę Bohdana Cywińskiego. Przyjęłam to z pełnym zrozumieniem – Malewska miała prawo przeskoczyć pokolenie i wziąć kogoś młodszego. Pracowałam więc z Cywińskim i za Cywińskiego, bo on dość szybko zaangażował się w działalność opozycyjną, za co „Znak” był karany przez władze. Po tym jak Bohdan w maju 1977 roku wziął udział w głodówce zorganizowanej przez opozycję polityczną w warszawskim kościele p.w. św. Marcina (zorganizowanej w proteście przeciwko zatrzymaniu działaczy KOR-u, którzy jechali do Krakowa na pogrzeb Stanisława Pyjasa), środowiskowa starszyzna odwołała go z tej funkcji, nie pytając żadnego z redaktorów „Znaku” o zdanie. Rozumiem tę decyzję: bardzo pilnowano, by nie angażować się w takie działania, bo groziło to szykanami wobec całego środowiska – należało wybierać, czy jest się „oficjalnym” opozycjonistą czy redaktorem legalnie działającego pisma albo wydawnictwa. Jednak fakt, że postawiono mnie przed faktem dokonanym, tzn. zdymisjonowano Bohdana, nie zainteresowawszy się wcześniej moim zdaniem na ten temat, odczułam jako dyskryminację.

    Malewska nas nauczyła, że „Znak” to Święty Graal, więc Graalowi nadal się służyło, obojętnie co się działo w redakcji, ale ja po tym wszystkim zaczęłam się stopniowo oddalać. Angażowałam się coraz bardziej w sprawy Nowej Huty: najpierw budowy kościoła Arka Pana w Bieńczycach, potem powstania Hospicjum Św. Łazarza, a po 1980 roku w działalność nowohuckiej Solidarności. Muszę przyznać, że przez cały czas mojej pracy w miesięczniku miałam poczucie, że jestem z innej gliny – bardziej u siebie byłam w Nowej Hucie, niż wśród osób tworzących grono założycielskie środowiska „Tygodnika” i Znaku.

    Na miejsce Cywińskiego, jako redaktora naczelnego „Znaku”, przyszedł Stefan Wilkanowicz, mojej kandydatury w ogóle nie brano pod uwagę. Proponowano na to stanowisko jeszcze jedną osobę, na którą jednak się nie zgodziłam. Z Wilkanowiczem pracowało mi się bardzo dobrze, ale tak się ułożyło, że postawiłam na coś prywatnego – w 1983 roku wyszłam za mąż i przeprowadziłam się do Warszawy.

    Nie znalazłam się, jak widać, w jakimś ścisłym kręgu środowiska. Taka zadziałała siła. Tadeusz Myślik (skądinąd osoba z nie mojej bajki), wówczas redaktor „Tygodnika”, powiedział mi kiedyś: nie wejdziesz do kanonu, bo kanon jest zamknięty, taka jego natura. Ale to nie ma nic wspólnego z Jerzym Turowiczem: on mnie nigdy nie upokorzył ani nie dał odczuć, że jestem gorsza. Jedyną osobą, u której intensywnie bywałam w domu, była Anna Morawska. I w pokoiku Hanny Malewskiej, wąskim a długim, przy Placu Axentowicza (to było bardzo skromne mieszkanie) też często bywałam. (Nawiasem mówiąc, poza Turowiczem, chyba tylko jeszcze Antoni Gołubiew zdawał sobie sprawę z kalibru Malewskiej – jak wybitna i zasłużona była to postać.)

    Warszawa, 22 października 2009 r.

    HALINA BORTNOWSKA (ur. w 1931 roku w Toruniu) jest z wykształcenia filozofem i teologiem. W latach 1961–1983 była redaktorem i sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak” (m.in. była dziennikarzem-sprawozdawcą trzeciej sesji Soboru Watykańskiego II w 1964 roku). W latach 70. współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce i pierwsze polskie hospicjum w Nowej Hucie. Przez pięć lat pomagała terminalnie chorym jako wolontariuszka (redaktorka książki Sens choroby, sens śmierci, sens życia, która została wydana trzykrotnie przez Znak). W latach 80. była doradcą Komisji Robotniczej Hutników w Nowej Hucie; brała udział, jako doradca delegatów małopolskich, w I zjeździe NSZZ „Solidarność”.

    Współzałożycielka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz Stowarzyszenia Przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”. Od 1992 roku jest animatorką Warsztatów Dziennikarskich Młodych „Polis” w Warszawie. Jest publicystką znaną z łamów „Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”. Wydała m.in.: Już – jeszcze nie. Całoroczne rekolekcje z Ludźmi Adwentu (Znak, Kraków 2005), Wszystko będzie inaczej (wywiad-rzeka Jolanty Steciuk, Znak, Kraków 2010), Co to, to nie: myślennik Haliny Bortnowskiej (Agora, Warszawa 2011). Mieszka w Warszawie.

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

    © Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego

Tutaj nie można dodawać komentarzy.