• Anna Krasnowolska

    Opublikowany Lipiec 28, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

    Moja mama, Danuta z Wolskich Szczepańska (1924–2006), i jej brat Juliusz (1926–2001) jako dzieci i nastolatki mieszkali w Goszycach, majątku swojej ciotki – Zofii z Zawiszów Gąsiorowskiej-Kernowej (jej matka, Maria Zawiszyna, i dziadek mamy, Wacław Wolski, byli rodzeństwem). Zofia Kernowa zaprosiła do siebie moich dziadków, Juliusza i Stefanię Wolskich, gdy po ślubie, na skutek konfliktu rodzinnego, nie mieli gdzie się podziać i bardzo wiele im pomogła. Po przedwczesnej śmierci dziadka, w 1926 roku, babcia Stefania z dziećmi mieszkała w budynku szkolnym w Goszycach, a pod koniec życia, ciężko chora, w goszyckim dworze. Po jej śmierci we wrześniu 1939 roku moja mama i wuj znaleźli się pod opieką cioci Kernowej, którą dzieci z mojego pokolenia nazywały Babciozią (gdy byłam dzieckiem, zastępowała nam brakującą babcię ze strony mamy).

    Córka Zofii Kernowej Anna Gąsiorowska wyszła za Jerzego Turowicza. Lata wojny spędzili wszyscy razem w Goszycach, moja mama była więc z Turowiczami bardzo silnie związana emocjonalnie, byli dla niej rodziną znacznie bliższą niż bezpośredni kuzynowie. W Goszycach podczas wojny mama poznała swojego przyszłego męża, mojego ojca, Jana Józefa Szczepańskiego, który wojenne Goszyce opisał w dwóch opowiadaniach: „Koniec legendy” i „Trzy czerwone róże”.

    ***

    Po wojnie, kiedy dwór goszycki przestał istnieć, obie rodziny znalazły się w Krakowie. Wesele moich rodziców w październiku 1947 roku odbyło się w mieszkaniu Turowiczów przy ulicy Lenartowicza, a Jerzy Turowicz został moim ojcem chrzestnym, tak więc w moim życiu był obecny odkąd sięgam pamięcią. Wtedy zresztą, we wczesnych latach 50., kontakty między obu rodzinami były dużo bardziej intensywne niż później, gdy byłam starsza. Do zamknięcia „Tygodnika Powszechnego” w roku 1953 mój ojciec był członkiem redakcji; po reaktywacji pisma w 1956 już do niego na stałe nie wrócił, ale miał tam rubrykę jako recenzent filmowy i publikował liczne teksty. Obecnie z jego „Dziennika”[1] dowiedziałam się, że źle znosił wyznaniowy charakter pisma i pobożność zespołu, bo w odróżnieniu od mamy nie był człowiekiem religijnym.

    W tamtych latach z Turowiczami widywaliśmy się często. Pamiętam wspólne spacery, wycieczki, pierwszy w moim życiu film („Przygody na Morzu Czerwonym”), w towarzystwie cioci Anny i najmłodszej córki Turowiczów, Magdaleny, i oczywiście wizyty w mieszkaniu przy Lenartowicza. Ten dom był dla mnie miejscem trochę fascynującym, a trochę groźnym. Jako bardzo małe dziecko, bałam się w nim kilku rzeczy: indyka, którego ktoś trzymał na niższym piętrze; kosmatego, wstrętnego kożucha w ciemnym korytarzu i wielkiej, szmacianej kukły imieniem Biba. Bardzo dobrze pamiętam zapach tego miejsca – mieszankę zapachu starych gazet, książek, dymu papierosowego, kawy, do tego smrodek starej kanalizacji, zapachy z trochę zagrzybionej kuchni. Najważniejszy był zapach starych papierów wymieszany z oparami kawowo-papierosowymi. Podobnie pachniało w redakcji „Tygodnika Powszechnego”. Do dzisiaj ten zapach kojarzy mi się z domami znanymi z dzieciństwa, daje poczucie bezpieczeństwa, podobnie jak mieszkania zawalone książkami (teraz moje jest takie, tyle że nikt w nim nie pali papierosów).

    Z trzech córek Turowiczów najbliższa mi wiekiem była Magdalena, starsza ode mnie o dwa lata. Gdy byłam w wieku wczesno-szkolnym, z Magdaleną namiętnie czytałyśmy Gałczyńskiego, a szczególnie „Teatrzyk Zielona Gęś”, który zamierzałyśmy wystawiać. Nie pamiętam, żeby doszło do przedstawienia, ale przez dłuższy czas zabawiałyśmy się robieniem do niego kukiełek. Robiłyśmy też wspólnie jakąś gazetkę. Magdalena była osobą znacznie bardziej zaawansowaną technologicznie niż ja – używała maszyn: na maszynie do szycia uszyła kukiełkę Ducha do Zielonej Gęsi, a naszą gazetkę przepisywała na maszynie do pisania. Mnie w domu nie wolno było ruszać takich sprzętów.

    W ostatnich klasach szkoły podstawowej i pierwszych licealnych przychodziłam na Lenartowicza oglądać albumy sztuki i słuchać płyt (Turowiczowie mieli ogromną ich kolekcję, powstałą za sprawą wyjazdów wuja Jerzego zagranicę), przede wszystkim z piosenkami Georges’a Brassensa. Może nie były one stosowne dla dzieci, ale były bardzo piękne i ogromnie wzbogacały moje słownictwo francuskie (ukształtowane na XIX-wiecznych książeczkach dla panienek).

    ***

    Styl życia na Lenartowicza był inny niż w moim domu: znacznie bardziej luźny, na swój sposób artystyczny. Inne było tam podejście do czasu – nie był tak ściśle poszatkowany, wydawało mi się (może niesłusznie), że nikt się tam bardzo nie spieszył, obiad nie musiał być koniecznie o drugiej jak u nas, spać chodzili późno. Dla mojej mamy było rzeczą gorszącą, że „na Lenartowicza wszystko robi się nocą”. (W tamtych czasach pieczenie ciasta czy robienie konserw na zimę o północy, jak to robiła ciocia Anna, wydawało się wariactwem; dziś wcale mnie to nie dziwi, bo sama tak robię).

    Ciocia Anna prowadziła dom na zasadzie wielkich akcji, np. wielkie sprzątanie (przedziwne akcje czyszczenia ścian chlebem zamiast malowania!), robienie konfitur i innych przetworów, urządzanie świąt, wynoszenie starych gazet. Wszystko na zasadzie wielkich zrywów: na dużą skalę, z rozmachem. Intelektualizm tego domu kombinował się jakoś z zainteresowaniem przyziemnymi aspektami życia – polowaniem na wyjątkowe produkty spożywcze czy materiały na sukienki, wytwarzaniem z tych zdobyczy znakomitych przetworów, szycie cud-kreacji. Z pewną pasją i podejściem zabawowym, co też było inne niż u mnie w domu, gdzie takie działania kojarzyły się raczej z wyciskiem. Wuj Jerzy nie brał w tych akcjach żadnego udziału, jak myślę.

    W tym mieszkaniu zawsze było dużo osób, różni krewni i znajomi, intelektualni goście wuja Jerzego, księża, przyjaciółki Turowiczówien, jacyś cudzoziemcy, co na przełomie lat 50. i 60. było zawsze atrakcją. Pomieszkiwali tam różni lokatorzy (przez kilka lat Wojtek i Joanna Plewińscy z synem Maćkiem, potem ks. Adam Boniecki, Elżbieta po wyjściu za mąż, z mężem Jurkiem i synem Łukaszem), pewnie jeszcze jakieś inne osoby, których nie pamiętam.

    Turowiczowski luz sięgał jednak głębiej; ich katolicyzm był inny niż mojej mamy – nie tak kurczowy i rygorystyczny, chyba mniej przytłaczający: traktowany jakby z większą poufałością, ale też z pewnym dystansem intelektualnym. Byli zresztą z jednej strony „katolikami zawodowymi”, z drugiej – ludźmi głęboko wyrafinowanymi intelektualnie i estetycznie, co prowadziło do większej obyczajowej tolerancji, z pewną nutką snobizmu na kulturę francuską, niekiedy raczej frywolną. Duch Soboru Watykańskiego II, którym wuj Jerzy bardzo się entuzjazmował, na pewno sprzyjał takiej syntezie.

    Paradoksalnie, jednym ze składników atmosfery tego domu było też to, co mój ojciec nazywał, z pewnym przekąsem, „stylem »Przekroju«”, czyli lansowanym wtedy właśnie przez „Przekrój” młodzieżowym fasonem i stylem bycia, dość powierzchownym, dalekim od zgrzebnego PRL-u i jego ideologii, ale też i całkowicie laickim.

    Innym środowiskiem popaździernikowej, odwilżowej subkultury, z którym specyfika domu przy Lenartowicza miała jakiś związek, była Piwnica pod Baranami – rzecz o całkowicie innym ciężarze gatunkowym, lecz równie charakterystyczna dla Krakowa tamtych czasów. Te subkultury reprezentowali przy Lenartowicza Plewińscy, którzy z „Przekrojem” byli związani, i do pewnego stopnia córki Turowiczów, bardzo zdolne i wcześnie się emancypujące. Każda z nich trzech jest zresztą na tyle odrębną indywidualnością, że trudno je traktować zbiorowo, więc tego nie będę robić. Mogę jednak powiedzieć, że wychowywały się w atmosferze innej niż ja, z większą dozą swobody intelektualnej i obyczajowej. I wcześniej biorąc udział w dorosłym życiu, z różnymi tego dla siebie – dobrymi i złymi – konsekwencjami.

    ***

    Ciocia Anna Turowiczowa była osobą  wspaniałą, ale bezceremonialną, tzn. bez ogródek mówiła, co myśli. Bywało to czasami nieprzyjemne i była w tym bardzo podobna do swojej mamy, Zofii Kernowej. Obie były bardzo silnymi osobowościami, co nie zawsze sprzyjało porozumieniu.

    Osobowość Babciozi wywarła na wszystkich bliskich ogromny wpływ, a jej dziedzictwo widać także w charakterze jej wnuczek. Przez całe życie była blisko z nami związana, często u nas na Helclów bywała; był taki okres, że co tydzień przychodziła w określonym dniu na obiad. My do niej chodziliśmy rzadziej, bo mieszkała na Olszy, a to było wtedy prawie na wsi; zawsze jednak byliśmy na jej imieninach 15 maja. Przyjeżdżała też do naszego domu w Kasince, najczęściej przed sezonem – w czerwcu. Miała własną sosnę, na którą co roku się wdrapywała. Miała też zwyczaj, rozebrana do jakiejś dziwacznej bielizny, zażywać kąpieli słonecznych na balkonie, co nam wydawało się dość niezwykłe. Mama była do niej bardzo przywiązana i miała do niej ogromną cierpliwość; ojciec chyba mniej, w pełni docenił ją chyba dopiero po śmierci, co widać w jego „Trzech czerwonych różach”.

    Była to osoba bardzo swoista: mimo starości niezwykle dziarska, w żołnierskim stylu, zawsze z chlebaczkiem i masą manatków. Cierpiała na jakieś tajemnicze bóle pleców i jak ją złapały, to zaraz musiała się kłaść na czymś twardym, czasami w miejscach całkiem do tego nieodpowiednich. Kiedyś wpadła do nas pędem i natychmiast zwaliła się na podłogę. Mój brat, Michał, który miał wtedy ze dwa lata, bardzo się przeraził, ale kiedy Babciozia wyszła, włożył beret, okulary, wziął plecak i zrobił to samo…

    Jako była legionistka była osobą bardzo patriotyczną i pryncypialną, kochała silne, militarne osobowości: marszałka Józefa Piłsudskiego, Joannę d’Arc (o obojgu napisała książki) i gen. Charles’a de Gaulle’a. Będąc dzieckiem żyłam w panicznym strachu przed wojną, której pamięć ciągle jeszcze była bardzo żywa wśród dorosłych. W 1956 roku wszyscy oczekiwali, że zaraz wjadą radzieckie czołgi. Mimo że dzieci chroniono przed takimi wiadomościami, gdzieś to jednak usłyszałam i strasznie się bałam. Kiedy Babciozia podsłuchała, że modlę się, żeby nie było wojny, okropnie się rozsierdziła. „Dlaczego wychowujesz dzieci tak niepatriotycznie?!” – krzyczała na moją mamę. „Ja w jej wieku modliłam się o wojnę!”.

    Pamiętam też, że zawsze dziwiły mnie zażarte dyskusje starszych pań, prowadzone w rodzinnym kręgu, które pasjami czytały różne biografie i autobiografie, listy, wspomnienia i inną literaturę dotyczącą osób i wydarzeń z czasów swojej młodości. A potem strasznie się o to kłóciły. Mnie ich lektury wydawały się nudne, uroki dokumentu doceniłam dopiero w wieku dorosłym.

    Babciozia, przy swoim wiecznie krytycznym nastawieniu do dzieci i ich wychowania, poświęcała swoim wnuczkom i nam sporo czasu i uwagi. Zawsze nam opowiadała, że weźmie nas na wycieczkę w Tatry i nauczy przygotowywać kiełbasę turystyczną. Miało to być coś pysznego, ale nigdy, niestety, jej nie zrobiliśmy; do wycieczki też nie doszło. Gdy w 1960 roku umarła moja babcia, Maria Znatowicz-Szczepańska, która czytała nam w odcinkach Trylogię, Babciozia weszła w jej rolę i zawsze kiedy przychodziła, czytała nam kawałek, bardzo emocjonalnie się do tego tekstu odnosząc.

    Niewątpliwie dla ciotki Kernowej najważniejszym miejscem na świecie były Goszyce. Po wojnie, kiedy na mocy reformy rolnej utraciła dom i majątek, dalej tam jeździła i doglądała. Utrzymywała kontakt z dawną służbą, która mieszkała we wsi. Zostawiła testament, który kazała otworzyć dopiero w 1990 roku. Zaczynał się słowami proroczymi, że gdy będziemy czytać te słowa jej już nie będzie, ale komuny też już nie będzie i Goszyce wrócą do rodziny. Kiedy to pisała, oprócz niej nikt w to wówczas nie wierzył…

    Wychowałam się w kulcie Goszyc. Od małego słyszałam od mojej mamy opowieści o dworze, ale opowiadała o tym tak, jak się mówi o zjawisku, które już nie istnieje. Chociaż fizycznie Goszyce istniały, i to bardzo niedaleko Krakowa, dla mamy ich nie było. Raz jeden pojechała tam po wojnie. Opowiadała mi później, że usiadła na schodkach i płakała, a potem postanowiła, że już nigdy więcej tego miejsca nie odwiedzi. Był to dla niej raj utracony. Dopiero na krótko przed śmiercią mama zaczęła opowiadać o ciemnych stronach Goszyc – wielkiej nędzy i strasznych warunkach życia najemnych fornali mieszkających w czworakach, mizerii wiejskiej szkoły i bardzo trudnej sytuacji bytowej, z jaką zmagała się jej matka i jaką ona pamiętała z dzieciństwa.

    Jako dziecko byłam w Goszycach raz, mając siedem czy osiem lat, kiedy Babciozia zabrała mnie tam razem z Magdaleną. Jechałyśmy kolejką do Kocmyrzowa bardzo wcześnie rano (teraz ta kolejka już nie istnieje). Dom był dość mocno zrujnowany, ale była wiosna, więc z tego wyjazdu zapamiętałam duży zielony trawnik, zarośnięty park, kukające kukułki i konwalie zbierane w goszyckim lesie. I bardzo zapchloną pierzynę u byłej dworskiej kucharki, gdzie nocowałyśmy.

    ***

    Jerzego Turowicza zapamiętałam jako osobę trochę jakby wycofaną, odporną na szaleństwa domu, w którym żył, z bardzo swoistym poczuciem humoru i ironicznym dystansem do świata. Był miły, łagodny, życzliwy. Ze swoich podróży po świecie przysyłał ładne kartki z dziełami sztuki lub architektury, z zabawnymi tekstami, na których podpisywał się rysując jeża.

    Gdy byłam mała, przywoził mi z zagranicy różne drobne prezenty, które w siermiężnym PRL-u budziły zachwyt. Pamiętam, że raz dostałam od niego pudełko wspaniałej włoskiej plasteliny w żywych kolorach, pięknie pachnącej, która świetnie się kleiła (inaczej niż polska: o brudnych kolorach i krusząca się w palcach). Przywoził mi zeszyty w kolorowych oprawkach, z dobrego papieru, zachęcające do twórczości. Miał także znakomite oko do dobrych książek dla dzieci, które wyłapywał w polskich księgarniach i które dostawaliśmy pod choinkę.

    W dorosłym życiu kontaktów z Turowiczami miałam mniej. Z powodu różnych życiowych problemów rodzinnych i zawodowych, a także z powodu mało towarzyskiego usposobienia, moje kontakty z krewnymi i znajomymi nie były zbyt intensywne.

    Najlepszy kontakt utrzymałam do dzisiaj z najdziwniejszą osobą z tej rodziny – Joanną Piasecką, średnią córką Turowiczów. Jest to osoba szalona, ale też niezwykle inteligentna, wielka indywidualność, która niestety nigdy nie wykorzystała w pełni swoich możliwości intelektualnych. Joanna jest ode mnie osiem lat starsza, więc kiedy byłam dzieckiem, różnica między nami była duża, szczególnie że ona bardzo wcześnie dorosła i wyszła za mąż w wieku 16 lat. Zaprzyjaźniłam się z nią dopiero będąc na studiach i dalej jesteśmy w kontakcie, mimo że Joanna od lat mieszka w Szwecji. Teraz widzę z radością, że mój syn Marcin i siostrzenica Ajka (Joanna) z mężem Kubą, którzy jeżdżą pomagać Joannie w porządkach, też mają z nią dobry kontakt.

    Z wujem Jerzym jako redaktorem miałam do czynienia kilkakrotnie, gdy publikowałam jakieś teksty w „Tygodniku”, w latach 80. i 90. Jestem mu wdzięczna za to, że wspierał mnie swoim autorytetem, gdy zdarzyło mi się wdać w polemiki ideowe, a zdarzyło się to dwa razy.

    Raz w roku 1994, kiedy zareagowałam na czyjąś recenzję z „Szatańskich wersetów” Salmana Rushdiego i odpowiedziałam ostro broniąc książki[2]. Następnie swój oficjalny protest wobec mojego artykułu wystosowała ambasada Iranu, co brzmiało groźnie i mogło pociągnąć za sobą reperkusje, także wobec moich kolegów i studentów (na szczęście, wiszący w powietrzu konflikt udało się rozładować).

    Za drugim razem recenzent „Tygodnika”, stojąc na stanowisku ekumenicznej poprawności politycznej, która o religiach pozwala mówić tylko dobrze, skrytykował jako islamofobiczny mój tekst (opublikowany w „Znaku”, pod pseudonimem, w 1998 roku), w którym źle się wyrażałam o irańskim fundamentalizmie religijnym[3]. W obydwu przypadkach wuj przyznawał rację moim argumentom i zamieszczał moje odpowiedzi polemiczne, co bardzo mnie podnosiło na duchu (publicystyką nie zajmuję się zawodowo, więc nie mam w tym dużej wprawy).

    ***

    Wiadomość o śmierci Jerzego Turowicza zastała mnie w Teheranie, nie byłam na jego pogrzebie. Jego śmierć była dla mnie nie tylko odejściem osoby dla mnie ważnej, ale też sygnałem końca pewnej epoki i pewnej formacji intelektualnej, która w młodości wydawała mi się niezniszczalna, a dziś już wiem, że była fenomenem swoich czasów i więcej się nie powtórzy.

    Ze środowiskiem „Tygodnika Powszechnego” nigdy nie miałam bliższych związków ani się z nim nie utożsamiałam, chociaż w szerokim tego słowa znaczeniu mogę je uznać za środowisko mojego pochodzenia, ze względu na powiązania rodzinne i kulturalne. Z religijną częścią jego programu w żaden sposób nie mogę się zidentyfikować, ale do dawnego, turowiczowskiego „Tygodnika” mam duży sentyment. Uważam go za pewien symbol tamtych czasów i jeden z istotnych punktów odniesienia na mojej prywatnej mapie kulturalnej.

    Kraków, 29 września 2010 r.

    Prof. ANNA KRASNOWOLSKA (ur. w 1949 roku w Krakowie) jest orientalistką, tłumaczką i autorką publikacji naukowych. Kieruje Zakładem Iranistyki w Instytucie Filologii Orientalnej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mieszka w Krakowie.

     

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

     

    © Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego

    [1]        Jan Józef Szczepański, Dziennik. Tom 1: 19451956, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009.

    [2]        Anna Krasnowolska Dziura po książce, „Tygodnik Powszechny” nr 2, 9 stycznia 1994, s. 9, rubryka: Spory – polemiki. Autorka polemizowała z recenzją Tomasza Bieronia (Dziura po Bogu, „TP” nr 49, 5 grudnia 1993, s. 11). Polemika Attaché Prasowego Ambasady Republiki Islamskiej Iranu (Dziura w wiadomościach) oraz replika autorki (Punkty widzenia) patrz: „TP” nr 25, 19 czerwca 1994, s. 7.

    [3]        Anna Krasnowolska, jako Jan Strzebel, opublikowała w „Znaku” (nr 1, styczeń 1998, s. 48–60) artykuł Fundamentalizm religijny w Iranie po 19 latach. Recenzję numeru miesięcznika zamieścił na łamach „TP” (nr 7, 15 lutego 1998, s. 11) Piotr Stawiński (Zrozumieć islam). Autorka odpowiedziała mu pod pseudonimem tekstem Prawda o Iranie („TP” nr 16, 19 kwietnia 1998, s. 13, rubryka: Spory – polemiki).

Tutaj nie można dodawać komentarzy.