• Andrzej Turnau

    Opublikowany Wrzesień 5, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

    Pamiętam imieniny z czasów przedszkolnych, na które wuj Jerzy Turowicz[1] przyprowadził swoją najmłodszą córkę, Magdalenę, moją rówieśnicę. To moje pierwsze wspomnienie z jego udziałem. Mam też zdjęcia, gdy z tą samą Magdaleną grzebiemy sobie w piasku nad morzem – w tamtym czasie, na przełomie lat 40. i 50., nasze rodziny wspólnie spędzały wakacje.

    Gdy mama zachorowała na stwardnienie rozsiane, na zmianę z siostrą chodziliśmy po książki dla niej na Lenartowicza, korzystając z bogatego księgozbioru Turowiczów, który zajmował prawie całe ich mieszkanie. Moja mama uważała Turowiczów za ludzi prawych i wyjątkowych pod każdym względem, nie tylko intelektualnym. Przede wszystkim z racji redagowanego przez wuja Jerzego „Tygodnika Powszechnego” – jedynej wówczas ostoi uczciwego dziennikarstwa.

    Kiedy w połowie lat 60. usłyszałem pierwszego sekretarza PZPR, Władysława Gomułkę, który w publicznym wystąpieniu wrzeszczał: „redaktorze Turowicz!”[2], chyba po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że wuj się naraża, że władza, która ma wszystko, może zrobić z Jerzym Turowiczem cokolwiek jej ludziom się spodoba. A przecież on nie robił niczego, co byłoby sprzeczne z ówczesnym prawem. Po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, czy warto być opozycjonistą, który działa z otwartą przyłbicą, a nie knuje w podziemiu. Czy warto tak ryzykować… Bo „Tygodnik” to była opozycja podana na tacy – wszyscy zdawali sobie sprawę, że „ta redakcja jest przeciwko”.

    Niestety, nie było mi dane porozmawiać z wujem Jerzym o tym, jak on to widział. Turowicz był bowiem niebywale małomówny. Nigdy nic nie mówił, ale słuchał i ośmielał do rozmowy. W czasach wypożyczania książek dla mamy rozmawialiśmy przede wszystkim o tym, które warto przeczytać. Z lat późniejszych, już po przełomie ’89 roku, pamiętam, że zapytałem wuja Jerzego, czy Andrzej Drawicz, którego stosunek do Rosji wydawał mi się wówczas jakoś nie do przyjęcia, musiał zostać szefem Radiokomitetu? Wuj nie podzielał moich wątpliwości i nie dał mi cienia satysfakcji, że myśli podobnie jak ja. Decyzja o nominacji Drawicza była jak najbardziej na miejscu, a moje pytanie do wuja – nie. Wuj był bowiem osobą publiczną – zapewne zależało mu, by nie nadużywano jego opinii wypowiadanych na ważne tematy. Wolał być powściągliwy.

    ***

    W domu przy Lenartowicza zdarzało mi się świadczyć usługi techniczne. Wujowi montowałem głośniki, które przywiózł z Niemiec na kolanach – dosłownie! – wracając z jakiejś podróży samolotem. Dla cioci Anną z kolei naprawiałem choćby pralkę. Nie była to łatwa współpraca: ciocia chciała wiedzieć drobiazgowo, jak coś działa, bo gdyby znowu coś się zepsuło, to przecież „Jerzy się tym nie zajmie”. Wuj studiował dwa lata na Politechnice Lwowskiej, ale do naprawiania domowych usterek głowy nie miał.

    Tyle że ciocia Anna nie dowierzała także moim kompetencjom! I rozpoczynały się dyskusje: „Ależ w instrukcji inaczej było napisane. Nie, to nie może tak być! Nie zrozumiałeś instrukcji…”. A ja broniłem się jak każdy inżynier: „Ale co tu czytać? Wystarczy zdrowy rozsądek i odrobina wiedzy, bo to oczywiste, co teraz trzeba zrobić…”. „Nie, mówię ci, że to trzeba zrobić inaczej, bo w instrukcji…”.

    Mieszkanie przy Lenartowicza było niemalowane – takie zawsze miałem wrażenie. Druga rzecz, która rzucała się w oczy, to ciągnące się pod sufit drewniane półki. I dziesiątki czasopism leżących w stosach na podłodze, od „Paris Matcha” począwszy. Przyjemnie było znaleźć sobie wolne miejsce i czytać; można było właściwie stamtąd nie wychodzić. Nie przeszkadzał nawet dym z papierosów, które oboje Turowiczowie palili chyba do ostatnich dni życia.

    Oczywiście czytałem także „Tygodnik Powszechny”, bo to pismo nie kłamało, było inaczej redagowane. Odpowiadała mi też prezentowana tam wersja katolicyzmu: otwartego, skupionego nie tylko na hierarchii, soborowego, pozbawionego antysemityzmu, bo w „Tygodniku” problematyki żydowskiej nigdy nie brakowało. Turowicz czuł intuicyjnie, że to jest temat do przepracowania. Dzięki temu, że za sprawą Turowicza dyskusja o antysemityzmie odbyła się na poziomie elit, takich wypowiedzi nie usłyszmy już w mieście czy w środowiskach inteligenckich. Nadal są one jednak spotykane na wsi, bo tam do tej pory nikt równie gruntownej pracy nie wykonał.

    „Tygodnik” był też pomocny w znajdywaniu ciekawych, mądrych księży, m.in. za sprawą zamieszczanych na tych łamach ramek ks. MM, zapisałem się na lekcje religii do ks. Mieczysława Malińskiego. Bardzo mi on wówczas imponował.

    ***

    O wiele bliższy kontakt niż z wujem Jerzym, miałem z jego starszymi braćmi: Andrzejem (Bernardem) Turowiczem, benedyktynem z Tyńca i profesorem matematyki, oraz z ks. Juliuszem Turowiczem, profesorem liturgiki.

    Wuj Andrzej był promotorem mojej pracy doktorskiej na AGH, gdzie wykładał. Pamiętam, jak odwoziłem go do klasztoru po powstaniu Solidarności, mówiąc jakie to niebywałe, co nam się wydarzyło – Wiosna Ludów niemalże. Andrzej nie podzielał mojego entuzjazmu: „Co ty opowiadasz? Dopóki w ZSRR nic się nie zmieni, u nas też zostanie po staremu. Zawracanie głowy – za chwilę wszystko zostanie stłumione…”. Miał rację, tyle że, na szczęście, nie wszystkie zmiany, jakie zaszły w Polsce po Sierpniu ’80 można było anulować. I choć wuj Andrzej nie miał wiary, że komuna skończy się za jego życia, jednak dożył wolnej Polski – zmarł w listopadzie 1989 roku.

    Nie dziwił mnie jego sceptycyzm. Wuj Andrzej pamiętał radziecką okupację Lwowa z lat 1939–1941. (Ukończył matematykę na Uniwersytecie Jagiellońskim; w roku 1937 został adiunktem w Politechnice Lwowskiej, gdzie prowadził zajęcia do wejścia Niemców w 1941 roku. Dobrze znał środowisko matematyków przedwojennego Lwowa: Stefana Banacha, Hugo Steinhausa, Stanisława Ulama i innych członków lwowsko-warszawskiej szkoły logików i matematyków[3]). W PRL-u nie szczędzono mu upokorzeń, m.in. przez długi czas nie mógł pracować na uczelni, tylko w PAU, by nie mieć kontaktu ze studentami. Dopiero prof. Henryk Górecki – wykładowca w Akademii Górniczo-Hutniczej, który specjalizuje się w robotyce i automatyce – powierzył mu prowadzenie zajęć na studium doktoranckim AGH. To był ewenement, nawet w Polsce, która była przecież najmniej zamordystycznym barakiem w obozie krajów socjalistycznych: zatrudnienie profesora matematyki i zakonnika równocześnie. Ale do ZSRR prof. Turowicza OSB już nie wpuszczono, mimo że wcześniej wystosowano do niego zaproszenie. Nie pomogły protesty współautora pracy, która była powodem wysłania zaproszenia, prof. Góreckiego. Usłyszał w Moskwie, że prof. Turowicz nie mógł przekroczyć granicy, ponieważ zabraniają tego przepisy: „Profesor ładno, no my nie znali czto on toże swiatoszczik”…

    O rodzinie wuj Andrzej wiedział wszystko i nie dał się ciągnąć za język jak Jerzy. Był dumny z tego, co robi brat i darzył go dużą estymą, mimo że był od niego starszy. Żartem mówił, że małżeństwo cioci Anny było mezaliansem, bo „ona to córka generała u Piłsudskiego, a Jerzy Turowicz to kto? Syn nauczyciela gimnazjalnego”. Oczywiście, nikt się o to nie obrażał.

    Drugi z braci Turowiczów, wuj Juliusz, bywał często u mojej mamy, która przez 30 lat zmagała się ze stwardnieniem rozsianym. Był jej spowiednikiem, ale także źródłem informacji o tym, co się dzieje w „Tygodniku”: co nie przeszło, jaki tekst ocenzurowano. Opowiadał też dowcipy: zabawne, ale nie do powtórzenia.

    Choroba mojej matki spowodowała, że w naszym domu przy Straszewskiego 21 w Krakowie pojawiało się wielu księży. Najczęściej pojawiał się ks. Mieczysław Turek z mszą. Bywał ks. Jan Pietraszko, późniejszy biskup. Kilka razy odprawiał mszę ks. Adam Boniecki, także kard. Karol Wojtyła znalazł dwa razy czas na odwiedziny (wszyscy ci duchowni byli zobowiązani z „Tygodnikiem Powszechnym”). Do tego zestawu muszę dołączyć pielęgniarki: siostrę Kantalicję Michalak ze zgromadzenia sercanek (1921–2007) i Aleksandrę Rudecką (1902–1988), prywatnie starszą siostrę profesor filozofii, Izydory Dąmbskiej (Rudecka to było nazwisko przybrane, jeszcze z czasów okupacji; we Lwowie była oficerem AK).

    Wracając do mojej rodziny. Bliżej poznałem jeszcze stryja Lucjana Turnaua[4], brata matki Jerzego Turowicza, Klotyldy Turowiczowej, który mieszkał przy ulicy Wenecja w Krakowie. Stryj Lucuś, z wykształcenia rolnik, zarabiał na życie jako tłumacz przysięgły. Wysokiej postury, ale z czasów, kiedy go poznałem, był już mocno pochylony. Wystarczyło jednak, by zauważył kątem oka, że idą jakieś „młode nogi”, od razu się prostował i oglądał. Wiecznie był zajęty. Gdy dzwonił telefon: „Międzymiastowa do pana, proszę czekać” (kto nie pamięta, temu przypomnę: w telekomunikacji PRL-owskiej połączeń międzymiastowych nie wykonywało się samodzielnie, łączyła telefonistka), bez namysłu odparowywał: „Ja mam już tyle lat, że nie mam czasu czekać” i rzucał słuchawką.

    Wuj Jerzy Turowicz obracał się w zupełnie innej sferze. Dla niego takie mieszczańskie życie nie miało chyba większego znaczenia, nie miał też czasu go prowadzić. Co nie znaczy, że lekceważył rodzinę. Pamiętam swoje zdziwienie, gdy zauważyłem wuja Jerzego, który przyjechał na mój ślub do Tyńca (udzielał mi go wuj Andrzej). Ostatecznie nie byłem dla niego żadną ważną osobą, tylko jednym z licznych krewnych. Na dodatek był zapracowany. Mimo to znalazł czas, by do Tyńca wówczas przyjechać.

    Kraków, 1 kwietnia 2011 r.

    Dr hab. inż. automatyki i robotyki ANDRZEJ TURNAU (ur. w 1947 roku w Krakowie) jest wykładowcą w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

    © Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego

    [1]        Andrzej Turnau jest synem Bogny z Miksiewiczów i Adama Turnauów. Stopień pokrewieństwa między tą gałęzią rodziny Turnauów a Turowiczami został opisany w opowieści jego siostry, Anny Niżegorodcew.

    [2]           Andrzej Turnau nawiązuje do polemiki Gomułki z przemówieniem Turowicza, wygłoszonym 14 stycznia 1966 r. podczas sesji Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu w Warszawie, w którym naczelny „Tygodnika Powszechnego” bronił przed niezwykle ostrą krytyką władz „Orędzia biskupów polskich do ich niemieckich braci w Chrystusowym urzędzie pasterskim” (znanym pod nazwą najbardziej znaczących słów: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie”) z 18 listopada 1965 r.

    [3]        Biogram prof. Andrzeja (Bernarda) Turowicza OSB (1904–1989) patrz: Andrzej Pelczar Stulecie urodzin prof. Andrzeja Bernarda Turowicza OSB, „Roczniki Polskiego Towarzystwa Matematycznego”, Seria II: Wiadomości Matematyczne XLI, 2005, s. 152–158.

    [4]         Więcej informacji o rodzinie Turnauów, w tym o Lucjanie: Magdalena Bajer Turnauowie, „Forum Akademickie” nr 3, marzec 2002, s. 58–59, rubryka: Rody uczone (64).

Tutaj nie można dodawać komentarzy.