• Agnieszka Skąpska

    Opublikowany Wrzesień 1, 2016 przez w kategorii: Relacje o Jerzym Turowiczu

    Historia związków mojej rodziny z Goszycami – czyli dworem rodzinnym pani Anny z Gąsiorowskich Turowiczowej – rozpoczyna się w 1925 roku, kiedy jej mama, Zofia primo voto Gąsiorowska, secundo voto Kernowa, zdecydowała się pomóc w wychowaniu dwóch dziewczynek z rodziny kresowej potrzebującej pomocy. Dziewczynkami były panny Grudzińskie, czyli ciocia Irena i moja mama Helena, zwana Lusią.

    Dom i majątek rodziny Grudzińskich pozostał po sowieckiej stronie granicy wytyczonej na mocy traktatu ryskiego z 1921 roku, kończącego wojnę polsko-bolszewicką. To było osiem wsi i kilkanaście folwarków pod Mińskiem; główną siedzibą był dom rodzinny w Peraszewie. Babcia, Maria Grudzińska z domu Hryckiewicz, opuściła Peraszew w 1920 roku po tym, gdy bolszewicy zaaresztowali i prawdopodobnie zamordowali w Mińsku jej męża. Mówię „prawdopodobnie”, bo nigdy, mimo ustawicznych poszukiwań i wypytywań, nie dotarła do niej żadna o nim informacja. Babcia do końca życia czekała jednak na powrót męża.

    Bolszewicy pozwolili ujść z życiem Marii i jej dzieciom, bo mieli w pamięci szpital, jaki rodzina prowadziła przez całą wojnę w Peraszewie (czy w Horodyszczu – nie wiadomo), gdzie leczono każdego, niezależnie od tego po czyjej stronie barykady walczył. Tak przynajmniej twierdzą autorzy opowieści rodzinnych. Z przyczyn, o których za chwilę opowiem, nie zachowało się bowiem z rodzinnych pamiątek, dokumentów i listów prawie nic, moja rodzina skazana jest na domysły i przypuszczenia, co do kolei losów przodków.

    Babcia Grudzińska zapakowała rodzinne pamiątki i najbardziej potrzebne rzeczy na kilka wozów, do tego dołączyła stado krów i koni. Z dwójką maleńkich dzieci – ciocia Irka miała pięć lat, mama trzy lata – uciekła przed frontem bolszewickim pod Warszawę, do Szymanowa, gdzie zatrzymała się u sióstr niepokalanek. Te zobowiązały się utrzymywać matkę z dziećmi z „rodziny obywatelskiej” (jak się wówczas mówiło).

    Tu dygresja. W książce jednego z moich pradziadów, Edwarda Woyniłłowicza, znalazłam opisy, jak wyglądało wyrzucanie z domów, utrata wielowiekowego dorobku i siedzib rodzinnych. Polskie społeczeństwo zetknęło się z tym dopiero podczas i po II wojnie światowej. Kresowiacy, których dotknęło to już na przełomie lat 10. i 20., właściwie nie mieli języka, którym mogliby swój dramat opowiedzieć cywilizowanemu światu. Ból opuszczenia rodzinnych stron potęgowało poczucie niesprawiedliwości i dojmująca świadomość, że mało prawdopodobny jest nie tyle powrót, ile choćby odnalezienie wszystkich najbliższych. Rodzina babci Grudzińskiej, poza najbliższym rodzeństwem, nigdy nie odnalazła się w całości. Po latach babcia spotkała przypadkiem jakichś krewnych w Wilnie, dokąd przeprowadziła się w 1927 roku.

    Wtedy byt jej dwóch córek był już jako tako zabezpieczony – właśnie dzięki pomocy Zofii Kernowej z Goszyc. Nigdy nie dociekliśmy, jak do nawiązania kontaktu doszło. Młodsze siostry babci Grudzińskiej były peowiaczkami, więc może one znały panią Gąsiorowską-Kernową, która też była zaangażowana w działalność Polskiej Organizacji Wojskowej, i wspólnie postanowiły, że siostry Grudzińskie będą dorastać w Goszycach? Może jacyś wspólni przyjaciele przyczynili się do oddania dziewczynek na wychowanie w majątku pani Kernowej, np. Władysław Raczkiewicz, który był kuzynem babci Grudzińskiej, a i pani Kernowej był znany? A może inny wspólny znajomy – Józef Piłsudski?

    To pewne, że rodziny nie znały się wcześniej, a uzgadnianie warunków odbywało się przez wspólnych przyjaciół. Natomiast Babciozia, jak moje pokolenie nazywało panią Kernową, i babcia Grudzińska spotkały się dopiero pod koniec lat 50. w domu moich rodziców pod Koszalinem. Pamiętam, że odnosiły się do siebie bardzo szorstko…

    Myślę, że oddanie dzieci na wychowanie obcej rodzinie było wyrazem niezwykłej determinacji. Ale też faktem jest, że babcia nie radziła sobie z wychowaniem dziewczynek. Niedługo po przekroczeniu granicy wszystkie wartościowe rzeczy, jakie udało jej się zabrać z Peraszewa – srebra, biżuterię, obrazy, dokumenty historyczne – przekazała w darze na rzecz polskiego wojska i tworzonego przed bolszewikami frontu. Korzystając z opieki niepokalanek, babcia Grudzińska zdała rodzaj państwowego egzaminu, który nadawał jej uprawnienia do wykonywania zawodu nauczycielki. Jej zadaniem było tworzenie w miejscowościach pod Warszawą szkół publicznych na poziomie podstawowym. Okoliczne majątki zobowiązały się pomagać jej materialnie, dostarczając opał i żywność, ale musiała mieć jeszcze kogoś do prowadzenia domu, choćby dlatego, że do końca życia nie nauczyła się gotować. Zresztą cała sfera robót domowych w ogóle dla babci nie istniała.

    Działała za to w głęboko zakonspirowanym związku ziemian z Kresów, zawiązanym celem odzyskania utraconych ziem i regulacji granicy wschodniej, którzy zbierali się u sióstr w Szymanowie. W pewnym momencie zakonnice zdecydowały się jednak wymówić gościnę i babcia wyprowadziła się do Wilna, gdzie mieszkało jej rodzeństwo. Zamieszkała na Antokolu. I wtedy babcia właściwie odcięła się od rzeczywistości. Świat taki, jaki był, którego nie rozumiała i w którym czuła się obco, jej nie interesował. Żyła wyłącznie czytanymi książkami.

    Tu znowu dygresja. Właśnie w Wilnie, gdy we wrześniu 1939 roku do miasta weszli bolszewicy, babcia w ciągu jednej nocy miała spalić wszystkie pochowane w kufrach dokumenty i pamiątki rodzinne sięgające XVII wieku, by nie został jakikolwiek pisany ślad świadczący o tym, skąd pochodzi. I faktycznie: nie zostało jedno zdjęcie czy ćwiartka papieru, które by mówiły o kresowej przeszłości naszej rodziny.

    Taką „niedzisiejszą”, powściągliwą w uczuciach i słowach, trochę obrażoną na PRL-owską rzeczywistość, która przecież w żaden sposób nie przystawała do tego w czym babcia została wychowana, ją pamiętam. Kiedyś opowiedziała mnie i mojemu bratu Tomkowi o schodach w domu rodzinnym w Peraszewie… Babcia tak się skupiła i powiedziała: „Wiecie, one przypominały schody w Zachęcie w Warszawie…”. Dla nas to było niewyobrażalne – mieć dom, w którym mieszczą się takie schody!

    ***

    Świat pozaksiążkowy babci Grudzińskiej nie obchodził, ale jej córki – jak najbardziej.

    Do Goszyc najpierw trafiła Irka jako dziewczyna, która miała towarzyszyć wychowywaniu Anny, jedynaczki. Od 1929 roku, gdy podrosła moja mama, i ona zaczęła tam być wysyłana koleją. Bo mama nie mieszkała w Goszycach stale: do szkół chodziła w Wilnie, gdzie m.in. poznała siostry Skarżanki (razem z Hanką Skarżanką uciekała ze szkoły, by czytać tomiki poezji nad Wilją) i Czesława Miłosza (nazywał ją: Kurcewiczówna; w czasie wojny spotkali się w Goszycach, gdzie Miłosz pojawił się z żoną Janką po wybuchu powstania warszawskiego). Natomiast każde wakacje oraz te miesiące, kiedy chorowała (a była dzieckiem słabego zdrowia), mama spędzała właśnie u Kernów w Goszycach.

    Mama należała do wąskiego grona osób, po które wujcio Kern wysyłał do Krakowa konie, bo zwykle posyłano je tylko do stacji kolejki wąskotorowej w Kocmyrzowie. Bo też miał on do Lusi słabość… Od wczesnych lat wprowadzał mamę w sprawy rolnictwa. Uwielbiał, gdy mama wychodziła z nim w pola i mógł jej opowiadać. Mama zawsze uważała, że spędziła w Goszycach najpiękniejsze lata, że to jej drugi, obok wileńskiego, dom rodzinny.

    Inaczej niż ciotka Irka, w której przez całe życie odzywały się trudne uczucia, nawet żal, „bo została oddana”. Przypuszczam jednak, że przyczyna tych różnic wynikała z charakterów, a nie np. sposobu ich traktowania przez domowników goszyckich. Mama była bezpośrednia, wesoła, odrobinę trzpiotowata i nie miała najmniejszych problemów z nawiązywaniem relacji, nawet w obcym jej środowisku. Ciotka Irka była bardziej skryta, zamknięta w sobie.

    Kiedyś rozmawiałam z ciotką Anną o mojej mamie. „Wiesz, Lusia zawsze była taka wesoła, właściwie na granicy dopuszczalnych zachowań…”. „Przekraczała jakieś granice albo normy?” – zapytałam. „W żadnym wypadku! Nie była nawet frywolna, tylko taka nazbyt wesoła”. Ten krytycyzm był obecny między obu paniami, mimo łączących je ciepłych relacji. Takie obsztorcowywanie… Może był w tym jakiś cień zazdrości o lepsze kontakty mojej mamy z jej ojczymem? To przecież cioci Annie miał on zastępować ojca, z którym jej mama rozwiodła się, gdy była dzieckiem. Tyle, że moja mama też widać szukała namiastki ojca – swojego w ogóle nie pamiętała, nawet nie wiedziała jak wyglądał.

    Ciotki Irka i Anna uczyły się w domu; kiedy podrosły rozpoczęły naukę w szkole Małkowskich w Cisowym Dworku w Sromowcach. Dobrze znały pobliskie dwory, m.in. państwa Zubrzyckich z Wilkowa, którzy mieli trójkę dzieci w zbliżonym wieku: dwóch synów, Jurka i Staszka, oraz córkę Hankę, obecnie Konczewską. Dzieci zaprzyjaźniły się ze sobą na całe życie. Poza tym: Jurek Zubrzycki był przyjacielem gimnazjalnym mojego ojca, natomiast z Hanką Zubrzycką ojciec po wojnie kończył rolnictwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jerzy Zubrzycki[1] i mój ojciec razem odbyli służbę w Szkole Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu, a potem przeszli kampanię wrześniową.

    ***

    Mama poznała Jerzego Turowicza w 1936 roku, gdy zaręczył się z ciotką Anną. Wcześniej jednak trzeba opowiedzieć o pierwszym narzeczonym Anny – Jerzym Schroederze, który był synem z pierwszego małżeństwa Artura Schroedera – legionisty, obrońcy Lwowa, literata, a także sekretarza Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych, czyli Pałacu Sztuki, w Krakowie. Z czasów POW był zaprzyjaźniony z Zofią Gąsiorowską-Kernową, jak zresztą z całym otoczeniem Józefa Piłsudskiego. (Tu kolejna dygresja: trzecia żona Artura Schroedera, Zofia z Zarzyckich Schroederowa, była jedną z goszyckich guwernantek ciotki Anny i ciotki Irki we wczesnych latach gimnazjalnych; pochodziła z Wilna i była niezwykłej urody kobietą, której portrety autorstwa Wikacego wiszą w muzeach. Po wojnie babcia Tika, jak ją nazywaliśmy, pracowała w „Tygodniku Powszechnym” jako archiwistka; jej biuro mieściło się przy Kanoniczej). Artura Schroedera oskarżono o defraudację pieniędzy. Posądzenia były bezpodstawne, niemniej podejrzany nie wytrzymał psychicznie uknutej przeciwko niemu intrygi, a że był człowiekiem honoru wybrał rozwiązanie w jego przekonaniu jedyne możliwe: 16 kwietnia 1934 roku popełnił samobójstwo, strzelając sobie w głowę z rewolweru. Wybuchł nieprawdopodobny skandal komentowany na ulicach, w salonach i gazetach[2], co wujek Jerzy ciężko to przeżył, m.in. publicznie spoliczkował prof. Szyszko-Bohusza.

    Młodzi rozstali się, zwracając sobie słowo, niekoniecznie w związku z tą sprawą. Prawdopodobnie zakończyli swoje narzeczeństwo, bo zmieniły się uczucia między nimi – Jerzy Schroeder przeniósł swoją sympatię z Anny Gąsiorowskiej na Irenę Grudzińską, siostrę mojej mamy. Młodzi do końca życia pozostali jednak w przyjaźni. Natomiast ślub Ireny i Jerzego odbył się w wielkiej tajemnicy, chyba bez udziału rodziny, w krakowskim kościele p.w. św. Szczepana. Jerzy był chemikiem, więc małżeństwo wyjechało z Krakowa do Dublan, gdzie przed wojną istniał wydział chemiczny Politechniki Lwowskiej.

    Mama z kolei wyszła za mąż za lekarza z Wilna, Romana Pawłowskiego, i też wyjechała z Goszyc. Wróciła w 1940 roku, gdy po pierwszych wielkich wywózkach Polaków z Wileńszczyzny w lutym 1940 roku, zdecydowała się przejść z mężem „zieloną granicę”. Pierwszym miejscem, w którym można się było zatrzymać po drugiej stronie granicy był dwór Elżbiety Lipskiej, z domu Kunatówny, siostry matki Miłosza. Z trzech par sań, które wyruszyły przez granicę, jedne zatrzymali Niemcy – siedział w nich Pawłowski. Moja mama i jej pierwszy mąż ponownie spotkali się dopiero po wojnie… Kiedy Pawłowski przechodził kolejne obozy koncentracyjne, mama próbowała go wykupić. Udało się to w 1942 albo 1943 roku, kiedy siedział na Majdanku, tyle że Roman odmówił wyjścia. Uważał, że jego, lekarza, miejsce jest przy chorych w obozie. Wyzwolenie zastało go na Zachodzie, skąd przedarł się do mamy, by namówić ją do wyjazdu z Polski. Odmówiła kategorycznie; ostatecznie się rozwiedli.

    Do końca wojny mama nie miała też kontaktu ze swoją matką. Spotkała się z nią dopiero w 1945 roku, kiedy babcia Grudzińska przyjechała z Wilna do Krakowa jedynie z dwoma psami pod pachą, mówiąc: „Jestem”.

    Wracając do lat okupacji. W Goszycach mama spędziła całą wojnę, nie licząc wyjazdów przedsiębranych dla wydobycia męża z obozu. Najbliższą jej wówczas osobą była Danusia Wolska, późniejsza żona Jana Józefa Szczepańskiego. Mieszkały w jednym pokoju, naprzeciwko pokoju cioci Kernowej; gdy był tłok, przeprowadzały się do tzw. starego dworu. Więź między nimi była właściwie siostrzana i przetrwała długie lata.

    Czym się młodzież zajmowała w Goszycach? Hodowano króliki angorskie, z których sierści przędzono miłą w dotyku i bardzo ciepłą wełnę na swetry czy skarpety. Jeszcze w latach 50., jako dziecko, nosiłam ubrania z przerabianej kolejny raz wełny goszyckich angor. Ktoś potrafił prząść, ktoś inny barwić, więc wieczorami siedziało się przy głośnej lekturze, albo śpiewie, i oddawało takim zajęciom. Czytał najczęściej oczywiście Jerzy Turowicz. Latem dziewczyny pomagały w ogrodzie, m.in. zbierały płatki róży perepelnickiej, z której ucierano konfiturę. Róża była też źródłem znaczącego dochodu dla dworu: w okresie kwitnienia płatki były ekspediowane wozami do zakładu cukierniczego „Piasecki” (obecnie Wawel) w Krakowie.

    Były też obowiązki towarzyskie. Dzięki nim mama poznała i zaprzyjaźniła się z Marychną Kozłowską, której męża, Jana, Niemcy rozstrzelali w czasie wojny, niedługo po urodzeniu się ich syna, Macieja[3]. Po powstaniu zamieszkał z nimi w Luborzycy prof. Władysław Tatarkiewicz i ucząc młodzież, zaczął odtwarzać zaginione w powstaniu części „Historii filozofii”.

    Wojna niewiele zmieniła, jeśli chodzi o zarządzanie domem i gospodarstwem, czym się zajmowali: Romuald Kern, Anna Turowiczowa i pracownicy dworu. W domu byli to: furman, ogrodnik, kucharka Dońcowa. Obyczaje domowe były jednak diametralnie odmienne od obecnie obowiązujących, m.in. kiedy kolacja była wydana i wszystko posprzątane, kuchnię zamykano na klucz, a Dońcowa wychodziła do domu, zabierając go ze sobą. Nie było szans zjedzenia czegoś „po godzinach”. (Kiedy chłopcy, którymi opiekował się mój ojciec, Wacław Wójcik, mieli ochotę na jabłka, które kucharka trzymała w spiżarni, wymyślili, że najłatwiej będzie je podprowadzić przez okno za pomocą długiego kija zakończonego gwoździem, na który nabijało się owoc).

    Uważano, że nie można jadać kiedy się chce, ale wtedy, kiedy posiłki są gotowe i podane. I nie jada się tego, na co ma się ochotę, ale to, co znalazło się na stole. Nad wszystkim wisiał imperatyw oszczędzania. Nie bez powodu cukiernice były zamykane na klucze – cukier był drogi, więc wydawano go jedynie w określonych okolicznościach. Jedzenie na co dzień było skromne, choć Dońcowa potrafiła wszystko robić wspaniale: nabiał, przetwory, pieczywo (pieczone raz w tygodniu, ciasta pojawiały się tylko na specjalne okazje). Produkty były świeże i zdrowe, ale potrawy raczej niewyszukane.

    ***

    Skoro wspomniałam o chłopcach, czas wprowadzić do opowieści mojego ojca – Wacława Wójcika. Pochodził z Goszyc, ale nie ze dworu, tylko ze wsi (choć urodzony w „resztówce” Ruszany na terenie dzisiejszej Łotwy, gdzie mój dziadek, Jan, wżenił się w mająteczek kresowy). Dziad mojego ojca był chłopem goszyckim i miał gospodarstwo. Dziadek Wójcik z kolei został żołnierzem: służył jeszcze w wojsku carskim, potem w legionach Piłsudskiego, walczył w bitwie pod Rokitną, w wolnej Polsce został podoficerem Wojska Polskiego. Zamieszkał z rodziną w Krakowie, a kiedy w 1935 roku wypłacono mu żołd za wysługę lat, wybudował dom na ojcowiźnie w Goszycach.

    Po zakończeniu kampanii wrześniowej, w której brali udział i dziadek, i ojciec, obaj powrócili już nie do Krakowa, ale do domu w Goszycach, dokąd zresztą, mimo że dom był w stanie surowym, przeniosła się z miasta babcia Wójcikowa. Gdy dziadek zameldował się we dworze, otrzymał pomoc sąsiedzką (tak sobie wyobrażam, bo relacji między Wójcikami a dworem nie było, choć Kernowie rodzinę znali): konia, krowę, pług i inne narzędzia rolnicze, by mógł gospodarzyć na ojcowiźnie. Niecały miesiąc później został spalony… Wieś nie lubiła, kiedy jej mieszkańcy zanadto bratali się z dworem.

    Dwa lata później sytuacja się powtórzyła. Mój ojciec, który był żołnierzem Batalionów Chłopskich, mieszkał w tzw. starym dworze, razem z „chłopcami”, kiedy przyszło po niego gestapo. Ktoś go zadenuncjował… Ojca uratowała dojarka, która skierowała gestapowców do fornala o tym samym nazwisku co ojca, który jednak był „czysty” i w nic nie zaangażowany. Między dworami – starym, drewnianym i nowym, murowanym – rósł stary sad czereśniowy i ojciec, kryjąc się w stadzie akurat tamtędy pędzonych krów, przemknął do wuja Kerna, który go ukrył. Nocą przewieziono ojca do Nadzowa, majątku na północ od Goszyc, należącego do Bocheńskich, gdzie pozostał do końca wojny. Czasami, nocą, przyjeżdżał do Goszyc konno.

    Goszyce to była dziwna wieś. Moja mama tak mówiła, Babciozia też. Trudno mi powiedzieć, z czego to wynikało, przecież Babciozia wybudowała szkołę, nadała ziemię na własność chłopom, którzy zaciągnęli się do legionów. A mimo to, niechęć między wsią a dworem wciąż istniała. Dała o sobie znać także w lutym 1945 roku, kiedy dwór wysiedlono.

    Poza tym, że ojciec działał w konspiracji (pod pseudonimem Jan Kowalski), studiował też rolnictwo w podziemnym Uniwersytecie Jagiellońskim, odbywał praktyki w majątku ziemskim i był nauczycielem chłopców we dworze. Mianem „chłopców” określano: Julka Wolskiego (młodszy brata Dandy), Marcina i Krzysztofa Wolskich (synowie Kazimierza Wolskiego z Perepelnik), Jaśka Gąsiorowskiego (kuzyn Anny Turowiczowej), Kaspra Pawlikowskiego (syna Anieli z Wolskich Pawlikowskiej). Mieszkali w tzw. starym dworze modrzewiowym, usytuowanym naprzeciwko murowanego, który wybudowano na początku XX wieku. Jak wspomina Kasper Pawlikowski, mój ojciec był im mentorem: oni wymyślali żarty, dokuczali, on starał się ich jakoś okiełznać, mobilizował do pracy, formował charaktery.

    Ojciec, mieszkając w Goszycach, nie należał do kręgu osób skupionych wokół Jerzego Turowicza.

    Po wybuchu powstania warszawskiego sformowano oddział z ziemi proszowskiej, należący do batalionu „Skała”, który wyruszył na pomoc powstańczej Warszawie. Zaciągnęli się wówczas: Marcin Wolski, Sznurek czyli Jurek Schroeder (wraz z Ireną i córką Teresą znaleźli się w Goszycach po tym, gdy w 1941 roku Niemcy weszli do Dublan), Danda Wolska, wujek Stefan Szuman i wiele osób z Batalionów Chłopskich. Wycofali się, bo doszło do potyczki. Niedługo później ich dowódca zobaczył pociąg wiozący posiłki niemieckie do Warszawy i zdał sobie sprawę, że ich militarne wysiłki są bezsensowne, a powierzonych sobie młodych ludzi prowadzi na śmierć.

    ***

    Wejście Rosjan do Goszyc w styczniu 1945 roku było początkiem końca. Rosjanie – a właściwie Kałmucy, którzy zajmowali się nie tyle żołnierką, ile grabieżami i bandytyzmem na tyłach frontu – kradli na potęgę, chcieli nawet zagarnąć na onuce do butów ręcznie robione pledy, którymi okrywano w łóżku najmłodsze dzieci, czyli Elżbietę i Joannę Turowiczówny oraz Tereskę Schroederównę. Kiedy moja mama zaprotestowała, z miejsca chcieli ją rozstrzelać. Czego Rosjanie nie mogli zabrać, niszczyli. Pan Bóg łaskaw, że nikomu nie poderżnięto gardeł i żadna z kobiet nie została wówczas zgwałcona, chociaż Dandę Wolską, która była bardzo piękna i najmłodsza z kobiet, przezornie ukryto w owczarni (najgorszy czas przesiedziała w żłobie).

    Odeszli Rosjanie, zaczęto realizować reformę rolną. „Wyrównywanie dziejowych rachunków” oznaczało przede wszystkim wyrzucenie „panów” ze dworu. I tak zrobiono. Wszyscy musieli wyjechać. Ostatnia opuszczała Goszyce Anna Turowiczowa.

    Wszyscy jakoś się urządzili i odnaleźli po utracie Goszyc, poza jedną osobą – wujem Romualdem Kernem. On się z utraty Goszyc nie podniósł. Ciotka Zofia tak – miała 150 węzełków, wiązanych u chlebaczka, a każdy to zadanie do wykonania albo cel do osiągnięcia. Utrata domu była dla niej ofiarą złożoną historii – ofiarą nie daremną, kiedyś miało przyjść zadośćuczynienie. Inaczej wujcio Kern. Bodaj w 1946 roku otrzymał propozycję poprowadzenia ogrodu zoologicznego we Wrocławiu. Wyjechał z ciotką, próbowali się tam instalować, ale nic z tego nie wyszło. Wuj Kern nie radził sobie bez Goszyc… Ładnie ich pamięta Leszek Dudka, krakowski malarz, który mieszkał z nimi na Olszyny 8, w domu należącym do Potockich, w którym otrzymali mieszkanie z przydziału. Dudka lubił z nimi rozmawiać; pomagał golić się wujowi, gdy był już w gorszej formie.

    Moja kuzynka Dorota Schroeder, druga córka Ireny i Jerzego, posiada list z początku lat 50. pisany do jej starszej siostry, Teresy Schroeder-Starowieyskiej, w którym Babciozia zwierza się z wyjazdu do Goszyc. To była chyba druga jej wizyta w tym miejscu od momentu, kiedy rodzinę wyrzucono z dworu. Babciozia dojechała do Łuczyc, nie wysiadając w Baranówce, skąd byłoby najbliżej do Goszyc; znajomy chłop podwiózł ją końmi do wsi. Przeszła przez las, by popatrzeć na dom i park. Jeszcze stało pewne „magiczne drzewo”, dziś już nieistniejące, tzw. wejmutka – sosna, z którą związani byli wszyscy mieszkańcy Goszyc. I Babciozia pisze, że przytuliła się do wejmutki bardzo mocno, widziała z daleka ludzi siedzących na ganku jej domu, który był wówczas domem wypoczynkowym AGH. To był czerwiec, więc jeszcze zerwała garść czereśni ze starego sadu i wróciła.

    ***

    Z grona osób wychodzących z Goszyc, pierwszą, która otrzymała pracę, był Jerzy Schroeder. Dzięki Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu otrzymał propozycję pracy przy odbudowie polskiego przemysłu chemicznego. To było bardzo ważne w tamtych czasach: mieć porządną, państwową posadę. Od tego bowiem zależało otrzymanie mieszkania. Wuj dostał z rodziną przydział na mieszkanie przy Lenartowicza 3. Zameldował się tam, a wraz ze Schroederami zamieszkali Turowiczowie i moja mama. Ponieważ wcześniej był tam ruski burdel, długi czas jeszcze przychodzili żołnierze sowieccy i łomotali do drzwi domagając się „usług”. Niedługo później Schroederowie przenieśli się do Chorzowa, a ostatecznie osiedlili się we Wrocławiu, natomiast mieszkanie zatrzymali Turowiczowie. Znajdowało się ono w posiadaniu rodziny do 2001 roku.

    Mama była pierwszym współmieszkańcem Turowiczów, do swojego zamążpójścia towarzysząc cioci Annie i wujowi Jerzemu w najtrudniejszych czasach, kiedy próbowali się zainstalować w nowych warunkach. Najbardziej doskwierał brak jedzenia. Mama, przedwojenna absolwentka prestiżowej Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego w Snopkowie, zdecydowała się poprowadzić stołówkę studencką przy Dunajewskiego (wówczas 1 Maja). Dzięki temu mogli się tam stołować chłopcy i miała prawo wykupić też trzy–cztery obiady, które przynosiła na Lenartowicza.

    Tuż po wojnie miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie, które poważnie zaciążyło na losach moich rodziców.

    W listopadzie 1945 roku, pod pretekstem zapalenia świeczek na grobach bliskich na cmentarzu w Luborzycy, mój ojciec, moja matka, Jasiek Gąsiorowski, Luka Gąsiorowska i Julek Wolski, pojechali do goszyckiego lasu, by przełożyć ukrytą tam broń. W ciągu dziesięciu minut otoczyli ich żołnierze radzieccy, a następnie dostarczyli do Pałacu pod Baranami, gdzie miało siedzibę NKWD. Kiedy z rękami w górze prowadzono ich Karmelicką do siedziby milicji przy Siemiradzkiego, ktoś ich zobaczył i poinformował rodzinę.

    Rozpoczęła się „akcja wydobywcza”, którą prowadził wuj Jaś Szczepański, a zaangażowani byli Jerzy Turowicz, ciotka Irka i dziadek Wójcik. Chodziło o to, by zgromadzić fundusze, a potem znaleźć kogoś, kogo udałoby się przekupić. Szczepański, Turowicz i Irena chodzili do jakiś speluny, by dotrzeć do odpowiedniej osoby. Musieli z nią wypić morze spirytusu i tańczyć. Ciotka Irka, która była osobą niesłychanie sztywną i zdystansowaną, wytańczyła się wówczas za wszystkie czasy, tyle że z ubekami. Dowiedziałam się tego od wuja Jasia Szczepańskiego, który kapitalnie tę historię opowiadał. Koniec końców, wszystko rozeszło się po kościach: znaleziono pragmatycznego ubeka, który wziął pieniądze czy kosztowności, jakie zebrała rodzina, młodych wypuszczono, ale moi rodzice, którzy już wówczas chcieli się pobrać, doszli do wniosku, że należy opuścić Kraków. Ze względów bezpieczeństwa należało wyjechać jak najdalej.

    Po ślubie w listopadzie 1948 roku (pokój mamy zajął młody ksiądz – Franciszek Macharski) rodzice osiedlili się w miejscowości Gościno między Białogardem a Kołobrzegiem, gdzie mój ojciec dostał pierwszą posadę: prowadził PGR, jaki utworzono w majątku poniemieckim. Wyjechali, wierząc, że kiedyś wrócą do Krakowa, choćby tylko na stare lata. Skończyło się na zapewnieniach, bo nigdy do tego nie doszło.

    ***

    Od tej pory Goszyce stały się częścią rodzinnego mitu, natomiast krakowscy przyjaciele rodziców – naszą najbliższą rodziną. Byliśmy z bratem wychowywani w czci wobec Goszyc, nie szczędzono nam wspomnień dotyczących tego miejsca i związanych z nim ludzi. Przykład Goszyc, gdzie obowiązywały proste i jasne rozwiązania – jeżeli ktoś jest w potrzebie, należy mu pomóc; jeżeli podejmuję się wychowania obcego dziecka, to na dobre i na złe, niezależnie od tego, co los przyniesie – stał się w przekazie rodzinnym uosobieniem najwyższej wartości, godnej wszelkiego uznania.

    W Gościnie rodzice przyjmowali życie takim, jakim było i, wydaje mi się, choć żyli skromnie, byli tam bardzo szczęśliwi. „Po wojnie ceniło się życie…” – jak mówiła moja mama, która stała się z panienki ze dworu gospodynią. Hodowała kury, dwie świnie, uprawiała ogródek, prowadziła dom, w ten sposób zapewniając rodzinie godziwe życie. Sporo się uczyła, popełniała błędy… Nauczona, dzięki szkole Babciozi Kernowej, wzajemnego pomagania upiekła kiedyś kurę, nafaszerowała i wysłała pocztą do Krakowa do Turowiczów czy Babciozi. Nie miała pojęcia, że dotrze na miejsce w postaci niejadalnej.

    Małżeństwo rodziców uważano wówczas za mezalians, ale wśród najbliższych nigdy nie dawano im tego odczuć, tym bardziej, że oboje przyzwyczajenia mieli właściwe. Na ile warunki pozwalały, byliśmy wywożeni do Krakowa, a mama utrzymała kontakt ze wszystkimi przyjaciółmi. Sporadyczność spotkań zdawała się nie mieć większego znaczenia: rozmowy, jakie nawiązywali moi rodzice z przyjaciółmi w Krakowie, nawet po długim nie widzeniu się, wyglądały tak, jakby je przerwali przed momentem.

    Oczywiście, pisano do nas listy, tyle że moja mama, bardzo zajęta, była kiepską korespondentką. Zachowały się listy od Dandy Szczepańskiej, pełne nauk życiowych listy Babciozi, a przede wszystkim obszerne listy cioci Anny Turowiczowej, która np. szczegółowo opisywała pobyty Jerzego w Rzymie, własne wyjazdy do przyjaciół w Belgii, przychodzenie na świat kolejnych wnuków. To nie były sprawozdania, każdy list – pełen troski i czułego zainteresowania – wprowadzał nas w sam środek życia przyjaciół z Krakowa, którego moi rodzice, mimo oddalenia, wciąż byli pełnoprawnymi uczestnikami.

    W najtrudniejszych czasach, kiedy wuj Jerzy stracił pracę, podjęto próbę wspólnego wychowywania Magdaleny z Dorotą, ale ostatecznie zarzucono ten pomysł. Moi rodzice szukali też drogi sprawnego przekazywania żywności z Pomorza do Krakowa, m.in. Marcin Wolski, który kończył studia w Szczecinie, przyjeżdżał po pakunki z jedzeniem (zabierał np. spore ilości wędzonego łososia, którego na tamtych ziemiach, dzięki dawnej gospodarności Niemców, było bardzo dużo). Robiono przetwory, choć akurat w tej konkurencji ciotka Anna Turowiczowa nie miała sobie równych. Nigdy nie wyjeżdżała w lipcu na wakacje – smażyła bowiem konfitury, np. ze smorodiny, jak nazywała czarną porzeczkę. Z kolei we wrześniu suszyła grzyby i robiła marynatę z rydzów. Takie umiejętności ciotka Anna wyniosła chyba jeszcze z domu, choć po prawdzie, gdy mieszkała w Goszycach, nigdy domu nie prowadziła. Ale widać zwyczaje były dla niej ważną namiastką zasobnego domu – takiego, który żyje porami roku.

    Wracając do naszego życia pod Koszalinem. W czasie wakacji jeden miesiąc spędzaliśmy nad morzem i wtedy przyjeżdżano do nas; w drugim miesiącu to myśmy wyjeżdżali. Z reguły do Szczepańskich w Kasince, odwiedzając po drodze przyjaciół rodziców w Krakowie: Turowiczów przy Lenartowicza, Marychnę Kozłowską na Woli Justowskiej. Także Babciozię, której jako dziecko bardzo się bałam, bo była dosyć kategoryczna. Tu trzeba o jednym wspomnieć: byliśmy wychowywani w cieple, mądrości, ku wiedzy i wszelkiemu dobru, ale dosyć twardo, bez bezmyślnej czułostkowości. Otóż Babciozia całą sobą pokazywała, co to jest twarde wychowanie, m.in., kiedy miałam 10–12 lat stawiała mnie na baczność przed portretem Piłsudskiego w swoim mieszkaniu przy Olszyny i odpytywała z wiedzy o Komendancie, skrupulatnie i od razu uzupełniając braki.

    Kiedy przyjeżdżała do Koszalina, gdzie zamieszkaliśmy pod koniec lat 50., uważała, że pojawia się z patriotycznego obowiązku: zajmie się dziećmi, by rodzice mogli pójść na mszę do kościoła (znajdował się ponad trzy kilometry od domu, chodziło się na piechotę). Burzyła nasz spokój, nasze zwyczaje – bo u nas w domu niczego nie trzeba było robić za wszelką cenę – ale jej to zupełnie nie przeszkadzało.

    Kiedyś Babciozia pojawiła się z Joanną Turowiczówną, która w następnych latach przyjeżdżała już sama, do mojej mamy, gdy zaczęły się kłopoty z jej mężem, Markiem Piaseckim. One nawet nie musiały rozmawiać na ten temat; Joanna po prostu rozgrzewała się przy naszej rodzinie. Zabierała mnie, siedmio- czy ośmioletnią nad morze i czytała wiersze. Nie pamiętam, co czytała, ale widać były w tym zawarte jakieś jej tęsknoty, którymi w ten sposób się dzieliła. Nie rozumiałam ich, to oczywiste, byłam na to za mało dojrzała, ale miałam poczucie dopuszczenia do jakiegoś wspólnego z Joanną świata. Do dzisiaj jestem jej wdzięczna, że w czasach, kiedy grabiono plaże, by żaden wróg się nie przedarł, ona zabierała mnie w takie miejsca, by pokazać wschód słońca i zdradzać zawarte w poezji tajemnice.

    Na wakacje przyjeżdżały też postacie nieco ekscentryczne, np. wujcio Stefan Szuman, lekarz i psycholog dziecięcy, z ciocią Zosią. Byli częścią mojego świata. Nie dziwiły mnie, jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, ani pumpy wuja Szumana, ani połatane, wełniane majtki za kolana cioci Zosi, w których pojawiała się nad morzem.

    Co innego mnie dziwiło – odrębność światów: Ziem Zachodnich – umyślnie niszczonego i niedocenianego, oraz tego stabilnego, z pamiątkami rodzinnymi, jaki poznałam w Krakowie. Cała moja wczesna młodość upłynęła na podróżach między tymi światami: nowym, gdzie osiedlili się moi rodzice, i opuszczonym, który był w Krakowie i Kasince (nim wyszłam za mąż, każdego roku jechałam w czerwcu albo lipcu do Szczepańskich w góry chociaż na parę dni). Bliskość, z jaką się stykałam w obu tych miejscach, dawała mi pewność, że ja też jestem stamtąd.

    ***

    Cały czas mówię o otoczeniu, a nie o osobie, która powinna być w tej rozmowie najważniejsza, czyli o Jerzym Turowiczu. Na co dzień nie mówiło się o nim. Wuj Jerzy nie znajdował się w bezpośredniej perspektywie, ale pozostawał między nim a naszą rodziną jakiś rodzaj czułości i przyjaźni.

    Jerzy Turowicz imponował wszystkim konsekwencją. Przy niebywałej sprawności intelektualnej pozostał we wszystkich sprawach, które były sednem jego życia, wierny sobie. Mimo ciężkich czasów nie musiał się godzić na żadne kompromisy. Żal mi, że po 1989 roku nie wykorzystano w pełni w polskiej polityce dorobku intelektualnego, jaki wypracował Turowicz i „Tygodnik Powszechny” oraz środowiska za ich sprawą powstałe.

    Moje kontakty z pismem zacieśniły się w latach 80., kiedy zaangażowałam się w ruch kultury niezależnej, a pod koniec dekady wyszłam za mąż za Jerzego Skąpskiego, malarza i grafika, od lat związanego z pismem. Kiedy się poznaliśmy, nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy, że łączy nas osoba Jerzego. Pamiętam, że do jednego z listów Jurek dołączył zaprojektowany przez siebie znaczek z portretem wuja Jerzego w wieńcu z liści laurowych. Złapałam się za głowę: „Boże, to już wszyscy wiedzą, że Turowicz to prawie moja rodzina”. A Jurek, jak później mi się przyznał, wkładał znaczek do koperty, z lekkim wahaniem: „Może będzie wiedziała, kto to jest…”.

    ***

    I pomyśleć, że rodzina Gąsiorowskich, Kernów i Turowiczów stała się moją rodziną z przypadku – z przyzwolenia historycznego, można by powiedzieć – a potem z wyboru. Ostatecznie stała się rodziną na zawsze.

    Kraków, 8 października 2010 r.

    AGNIESZKA SKĄPSKA (ur. w 1952 roku w Gościnie, niedaleko Kołobrzegu) skończyła bibliotekoznawstwo na Uniwersytecie Wrocławskim, muzealnictwo na Uniwersytecie Jagiellońskim i konserwację zespołów architektonicznych na Politechnice Krakowskiej. Pracowała jako kustosz prac dyplomowych studentów i pracowników ASP we Wrocławiu; w czasach Solidarności zajmowała się kulturą niezależną, współprowadziła wydawnictwo myśli liberalnej Wersy i pracowała przy Biennale Sztuki Młodych. Żona Jerzego Skąpskiego, malarza, grafika i witrażysty. Mieszka w Krakowie.

    Jej mama, Helena z Grudzińskich, primo voto Pawłowska, secundo voto Wójcikowa (ur. w 1917 roku w Snowsku, obecnie Szczors, w obwodzie czernichowskim na Ukrainie – zm. w 2005 roku w Koszalinie), wychowanica Goszyc, była absolwentką Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego w Snopkowie koło Lwowa. W 1948 roku wyjechała na Pomorze Środkowe wraz z mężem, Wacławem Wójcikiem (ur. w 1918 roku w Ruszonach, obecnie Łotwa – zm. w 2001 roku w Koszalinie), który był inżynierem rolnikiem i prowadził państwowe gospodarstwa rolne w tamtym regionie. Mieszkali w Koszalinie, mieli dwoje dzieci: Tomasza (ur. 1949) i Agnieszkę.

    Wysłuchała i napisała: Anna Mateja

    © Copyright by Fundacja Tygodnika Powszechnego

    [1]        Prof. Jerzy Benedykt Zubrzycki (1920–2009) był synem Józefa i Zofii z Madeyskich, właścicieli Wilkowa, majątku sąsiadującego z Goszycami. Pierwszy oficer łącznikowy Komendy Głównej AK, który dotarł z okupowanego kraju do Wielkiej Brytanii, gdzie m.in. nadzorował wysyłanie cichociemnych nad Polskę. Uczestniczył w przerzucie z Polski do Londynu rakiety V-2, a w 1944 r. prowadził loty alianckie z Brindisi nad powstańczą Warszawę. Po wojnie został na Zachodzie; w 1956 r. przeniósł się do Australii, gdzie wykładał demografię i socjologię na Australijskim Uniwersytecie Narodowym w Canberze. Jest nazywany „ojcem australijskiej polityki wielokulturowości”.

    [2]        Jak pisze Marek Sołtysik w tekście Honor Artura Schroedera („Palestra” nr 5–6, maj–czerwiec 2004, s. 81–86, rubryka: Procesy artystyczne), Adolf Szyszko-Bohusz, architekt i rektor krakowskiej ASP, oskarżył Schroedera o nieścisłości finansowe i prywatę w księgach rachunkowych TPST (chodziło o zakup węgla do służbowego mieszkania w Pałacu Sztuki, które Schroeder zajmował). Przeprowadzone po śmierci Schroedera sądowe badanie ksiąg rachunkowych Towarzystwa nie stwierdziło nadużyć. Syn Artura, Jerzy Schroeder, miał spoliczkować publicznie Szyszko-Bohusza, a następnie odmówić mu satysfakcji pojedynkowania się, uważając, że „Szyszko-Bohusz nie jest godny otrzymania honorowego zadośćuczynienia”. Sąd honorowy, obradujący pod przewodnictwem znanego krakowskiego adwokata Józefa Skąpskiego, doprowadził do pokojowego rozwiązania sprawy: uwolniono Szyszko-Bohusza od zarzutów o czyn niehonorowy, a postępek Jerzego Schroedera uznano za „czyn spowodowany rozpaczą”.

    Zob. też: Kornel Filipowicz, Ulica Gołębia, Czytelnik, Warszawa 1966, s. 295: „Od paru miesięcy dojrzewał do wybuchu ostry, zasadniczy konflikt w środowisku malarskim Krakowa. Stare, bankrutujące już, nie reprezentujące zresztą nigdy nic wybitnego, ale dzierżące jeszcze mocno w rękach wszystkie dochodowe instytucje, artystyczne pokolenie malarzy zostało zaatakowane w najczulsze miejsce: w giełdę artystyczną, Pałac Sztuki, miejsce tradycyjnych wystaw i salonów. Zbyt długo sprawowali rządy artystyczne jedni i ci sami ludzie; zdobyli monopol, który wyrodził się w system nadużyć. Wykryto sensacyjną defraudację. Niewinny, czysty człowiek, jak się to często zdarza w takich razach, popełnił samobójstwo, nie mogąc znieść myśli, że tyle lat darzył zaufaniem złodziei. Opinia publiczna domagała się wyjaśnień”.

    [3]        Dr Maciej Kozłowski (ur. 1943) jest historykiem, dziennikarzem, dyplomatą. W 1969 r. skazany w tzw. procesie taterników. Więzień polityczny i opozycjonista. W latach 1982–1990 redaktor „Tygodnika Powszechnego”. Od 1989 r. pracuje w służbie dyplomatycznej, m.in. w latach 1999–2003 był ambasadorem Polski w Izraelu.

Tutaj nie można dodawać komentarzy.